Nowa rzeczywistość

Niesamowite jest to, jak bardzo dużo w życiu zmienia miejsce, w którym człek wykonuje swoją pracę. Zadziwia mnie ogrom zmian związanych z przeniesieniem się na home office: teoretycznie jedyna nowość to oszczędność godziny dziennie na dotarcie do/z pracy, a w praktyce… Całkowicie zmienia się rozkład dnia. Rodzą się nowe możliwości, pojawiają się wraz z nimi korekty i niby nadal człowiek pracuje 8 godzin, ale wszystko wokół zmienia się bardziej, niż pierwotnie można było przypuszczać.

Nigdy nie myślałem, że przed rozpoczęciem pracy można zrobić tak dużo dla siebie, dla innych.

Rodzi mi się w głowie myśl, sposób wykorzystania nowej rzeczywistości. Może to przeniesienie się do domu, nie będzie jednak aż tak straszne?

A tymczasem, gdzieś poza pracą, w głównym nurcie wydarzeń, także niezmiennie zachodzą zmiany. Kolejny rezonans uspokoił nieco nerwy, stawy powoli zdobywają nowe umiejętności. Wydawać by się mogło, że dopiero co, ledwie dwa tygodnie temu udało mi się zrobić pierwszy samodzielny przysiad bez podpórek i to było ważne, to był kamień milowy, ale… Jakimś sposobem tydzień później udaje się podejść pod pierwszą górkę gdzieś na południu Polski. I udaje się z niej zejść. I nagle drogi na zamek, na platformy widokowe znów stają się dostępne i kuszące. Wzrok niepewnie podnosi się z dolinek w stronę wzniesień. Wydawać by się mogło, że powoli wstaję z kolan. Teraz trzeba uważać, by nie walnąć głową w sufit.

I przytrafiła nam się jesień. Nie wiem, czy już kalendarzowa, to nie jest istotne. Najdziwniejsze jest to, że w moim przypadku wszystko musi być jakoś na opak, bo niby wszystko dobrze w górę, czyli tak naprawdę w kierunku “w dół”. Bo jest radość z tego, że przyroda umiera jak co roku, a wraz z nią idzie zachwyt nad każdym opadającym liściem. Więc znów spadnie temperatura i będzie ciemno, więc będzie trzeba się cieplej ubierać, ale za to w ulubione kurtki. Bo w sumie będzie do bani, ale tak naprawdę to fajnie. To tak, jakby chodzić w górę po to, by móc chodzić głęboko w dół.
Nie, nie da się tego logicznie wytłumaczyć.

Tak czy inaczej: jest dobrze.



Wąchaj chrapy, zdzirze!

Zastanawiam się czasami, jak to by było znów siedzieć w siodle. Teoretycznie.
Bo prawda jest taka, że w tym momencie nie dałbym rady ani na konia wejść, ani z niego zeskoczyć. To tak praktycznie.

Nie zmienia to jednak faktu, że gdzieś z tyłu głowy została sympatia do tych sympatycznych, wyrośniętych śmierdzieli, które z jednej strony mogą człowieka posłać na długie L4 jednym kopniakiem, a z drugiej są w stanie wystraszyć się krzywo skoszonej trawy.

„Moje” konie już powymierały. Końska przygoda leży gdzieś pod ziemią albo została zutylizowana i przerobiona na klej, karmę dla lisów, czy kij wie co jeszcze. A jednak, jeśli się dobrze zastanowić, gdy porządnie pogrzebię w pamięci, to potrafię przywołać rozkoszne uczucie, gdy pierdołowaty koń nadepnie człowiekowi na stopę i stojąc na niej dziwi się, dlaczego człek drze się zamiast podawać marchewki.

Nie przepadałem za męczeniem konia swoją wagą, nie ciągnęło mnie jakoś wybitnie do siodła. „Co mi zrobił niby ten koń, by miał mnie teraz za karę dźwigać na plecach”. Chyba jakoś tak to było.
A z drugiej strony fajnie było z czasem stać się kumplem dla kilkusetkilogramowego zwierza, głupiego jak but, płochliwego jak kot, gdy wuwuzela jest w domu, śmierdzącego każdym kawałkiem ciała.
Zdecydowanie, Rudy i Siwy dołączyły do Pierdoły.

W cennikach ośrodków jeździeckich brakuje mi jednej pozycji: „Weź konia na godzinę w odosobnione miejsce i ciesz się jego obecnością. Za dodatkowe X szekli nikt nie będzie wam zawracał dupy przez całe 60 minut.”

*****

Dziwne uczucie, gdy stoi się po zewnętrznej stronie ogrodzenia i nie można wejść na padok.

I niezmiennie uwielbiam leżące na łąkach belki z sianem.



Ignorant

Czy gdziekolwiek jest lepiej? Czy jest sens obrażać się na niezadowalającą rzeczywistość, której na pewnych płaszczyznach nie można zmienić?
Czy jest sens się tym wszystkim przejmować, angażować, psuć sobie nerwy?

“A na cholerę mam się denerwować, szkoda wieczoru sobie psuć źle wystawionym rachunkiem”.

Skala problemu może być różna, ale tak naprawdę chodzi zawsze o jedno: coś nie tyle poszło nie po naszej myśli, co całość rzeczywistości ma tendencje do tego, by być rozczarowującą. Zawsze znajdzie się ktoś niezadowolony – to wiadomo, ale jednocześnie co zrobić w sytuacji, gdy niezadowolenie dotyka połowy społeczeństwa, sprawia, że ta wspomniana połowa zaczyna warczeć na drugą? Co w chwili, gdy wrogiem nie jest ten, kto generował problem, pokłócił, rozdzielił?

To, co dzieje się wokół mnie gospodarczo, politycznie, to jakiś chory sen. Jako odpowiedzialny obywatel, staram się przynajmniej minimalnie być zainteresowanym aktualnymi wydarzeniami, ale… nie da się. Średnio wytrzymuję dwa artykuły (niekiedy przeczytam coś więcej niż wstępniak), nim trafia mnie szlag. Bez względu na stronę, w którą serwis informacyjny się chyli, wszędzie jest identyczny festiwal lania gówna i rzygowin na tych, którzy mają odmienne poglądy na którejkolwiek z płaszczyzn. Do tego, tak naprawdę nigdy nie wiadomo, czy ścierwiasty nagłówek “nie uwierzysz co się stało, musisz to zobaczyć”, dotyczy kolejnego zachlanego posła, łapówki pod stołem, wysadzenia połowy Bejrutu w powietrze, czy cycka podstarzałej aktorki, który wybrał wolność i z cichym plaskiem wpadł do talerza z zupą.

Za dużo nerwów, za dużo zdrowia kosztuje mnie bycie odpowiedzialnym obywatelem. Za bardzo mnie irytuje wybieranie mniejszego zła, czy zajmowanie się przez rządzących nieistotnym ideologicznie bełkotem, zamiast prawdziwymi problemami, z którymi należy się w końcu rozprawić. Rozpaczliwie staram się w tym wszystkim znaleźć jakiś sens, logikę, coś co trzyma się kupy w kolejnych pomysłach rządu, ale wszędzie już widzę tylko niekompetencję, łamanie wcześniej danego słowa i próby wydymania mnie w dupsko. Na sucho.

Przepraszam bardzo, ale nie.

“…a może tym wszystkim j3bnąć i wyjechać w Bieszczady?”

Wyjechać, słowo klucz. Nie w perspektywie roku czy dwóch, ale lat pięciu? Tylko dokąd? Oszukiwanie się, że gdziekolwiek jest lepiej, jest bez sensu. Wszędzie zawsze będą te same problemy, tylko skala inna. Nie pozostaje więc nic innego, jak szacowanie, gdzie jest mnie beznadziejnie i gdzie można więcej ugrać na swoją korzyść. Problem polega na tym, że nie takiego świata chcę. Nie podoba mi się to, jakie trzeba podejmować decyzje i z czego one wynikają. To wszystko jest totalnie chore.

Więc znów na jakiś czas włączy mi się ignorant. Wiedzę o świecie będę czerpał z memów, wiadomość będę unikał jak ognia, a chwili, gdy ktokolwiek gdziekolwiek zacznie się produkować na tematy polityczne – zwrócę swoją uwagę na ptaszka, który radośnie ćwierka na drzewku, srając jednocześnie na zaparkowane pod nim samochody.
Może nie będzie to postawa, którą sam pochwalam, ale będę spokojniejszy, mniej nerwowy, będzie mi się lepiej pracowało, więc więcej zarobię, nie będziemy w domu denerwować się polityką i wszyscy będą szczęśliwsi. I łatwiej będzie nas golić w formie kolejnych, nowych ukrytych podatków, obciążeń i opłat.
Krąg życia, urwał jego nać.



Kolorowanka

Czasami wydaje mi się, że ludzkie życie to jedna wielka kolorowanka. Kolorujemy nasze dni, wspomnienia, przepuszczamy je przez filtry, poprawiamy ich obraz, korygujemy, a wszystko po to, by patrząc w szklaną taflę móc doświadczać czegoś lepszego niż otaczająca nas rzeczywistość. Zupełnie jakby człowiek okłamywał samego siebie, wmawiając sobie, że świat jest piękny.

Gapimy się przez pryzmat spłacany w ratach, abonamencie, spłacany jednorazowo, otrzymany, ukradziony, pożyczony, byle tylko przez pryzmat sprawiający, że czerwień jest bardziej soczysta, zieleń bardziej uspokaja, a błękit radomskiego nieba równie mocno chwyta za serce, co nieboskłon na Kanarach.

I czasami zastanawiam się, po co to wszystko. Czy uprawianie kolorowingu jest ćpaniem wyidealizowanego, nieistniejącego świata, czy może… Jest sposobem na pokazanie, uchwycenie tego, co człowiek czuje i przeżywa, a co nie zawsze uda się przekazać, obserwując na żywo rzeczywistość? Jeśli na wysypisku śmieci wyrośnie kwiat, to jego piękno może przyćmić wszechsyf otoczenia, pierwszy pomidor na krzaku zaatakowanym przez mszyce zawsze będzie ważniejszy niż stado robali pożerających w tle liście.

Gdzie jest granica w rekompozycji świata? Co jeszcze jest podkreślaniem rzeczy dla nas ważnych, a co tworzeniem wyimaginowanej rzeczywistości? I czy warto szukać tej granicy i ją znaleźć?

A może nasz konsumpcjonizm jest już rozbuchany do takiego stopnia, że poza kupowaniem kolejnych zbędnych bzdur, tworzymy piękno, które z założenia przygotowujemy na pożarcie przez wewnętrzną potrzebę wstrzyknięcia sobie odrobimy przeżywania-czegoś-ładnego nim zaczną przeżywać to wszyscy, więc przestanie być modne i znudzi się i przestanie mieć znaczenie, więc stanie się brzydkie?

Gdzieś, dziwnie, w którąś stronę to wszystko galopuje. Pochłaniamy przeżycia doprawiając je odrobiną kłamstwa, jednocześnie przebijając wszystkich znajomych w niekończącej się licytacji “pokaż kto ma lepiej”.

…a może po prostu wyłapujemy kwiat pośród śmieci i podkreślamy jego istnienie, bo ważne jest dla Ciebie i dla mnie i dla reszty ludzi to, by pośród codzienności znaleźć coś, co przywoła uśmiech na twarzy? Czy to jest reanimacja dziecięcej, naiwnej radości?

– mamo, tato, zobaczcie jaki piękny zamek zrobiłem!
– przecież to tylko sterta kamieni, piachu i kilka patyków.
– nie, to jest mój najpiękniejszy zamek pod słońcem!

Może teraz zamiast kamieni i piachu i kilku patyków mamy telefony, aparaty, soft? Bo co wolimy przeżywać: kwiatek na wysypisku, czy wysypisko wokół kwiatka?

Gryzę się z tym tematem od dwóch tygodni i ciągle sam sobie przeczę. Podważam sam siebie i nie zgadzam się sam ze sobą, kolejny raz zaczynam rozgryzać temat od nowa, by w pełni przekonania dojść do tych samych wniosków, które już podważyłem wcześniej, będąc w pełni przekonanym, że podważyć je trzeba. A jednocześnie na wszelki wypadek kupiłem nowy telefon, którym da się zrobić lepsze zdjęcia, które można później jeszcze obrobić by pokazały to, jak ja odbierałem sfotografowany obiekt. I żebym mógł się cieszyć drogą od wypatrzenia kadru, przez rejestrację i edycję materiału, aż do zobaczenia efektu końcowego.
I uwierzę w otrzymany efekt końcowy, pomimo że uwiecznione miejsce nie istnieje w przedstawionej formie. Nie zobaczy się go w rzeczywistości.

…a może nie chodzi o przekazywanie zakłamanego obrazu, ale próbę uchwycenia przeżyć? Ale… przecież to dawałoby pole do nadużyć, mogłoby się skończyć współprzeżywaniem kłamstwa zamiast piękną, więc…

…więc jeszcze raz, od nowa: czasami wydaje mi się, że ludzkie życie to jedna wielka kolorowanka. Kolorujemy nasze dni, wspomnienia, przepuszczamy je przez filtry…



Maślanka z brakiem smaku w koronie

Kiedyś maślanka to była maślanka: człowiek bał się po niej kaszlnąć, a co dopiero pierdnąć. A dziś?
Ledwie czuć grudki na języku.

*****

Praca. Sięgam po kubek z herbatą. Oczywiście zimną, bo podczas spotkania nie było chwili, by umoczyć dziób.
Pierwszy łyk. Jałowa jakaś taka. Odstawiam kubek, zdejmuję okulary. Przecieram zmęczone oczy. Suche od monitora ślepia domagają się chwili spokoju piekąc na potęgę. Ale to jeszcze nie pora na odpoczynek. Zakładam okulary, chwytam kubek i wracam do maili.
Kolejny łyk herbaty. No totalnie bez smaku. Czy na pewno zrobiłem tę miętową?
Pociągam nosem nad kubkiem herbaty, zazwyczaj aromatycznej i smacznej. Nie czuję nic. Nie czuję jej zapachu, nie czuję jej smaku, lekki posmak mięty nie odświeża mi ust, zapach nie pobudza. Nie ma ich.

Zaczynam panikować. Szybko przerzucam w pamięci ostatnie dni, tygodnie, staram się przypomnieć sobie, gdzie byliśmy, co robiliśmy, czy któreś z nas ostatnio gorzej się poczuło. No oczywiście, że oboje ostatnio mieliśmy słabsze fizycznie dni. Odchrząkuję z przerażeniem, zastanawiając się, czy najpierw spisywać testament, czy dzwonić do ubezpieczyciela w celu zwiększenia polisy na życie. No i kto zajmie się darmozjadami, gdy pójdziemy z Ajaxem do piachu.
Koniec świata, koniec wszystkiego, teraz tylko drewniane wdzianko, ciemność i robaki.

Patrzę na kubek, na znajdujący się w nim płyn.
Jakiś taki bezbarwny.

No tak, w całej tej gonitwie wlałem do kubka wrzątek, ale o wrzuceniu tytki z herbatą to już nie pamiętałem.

Tak, byle do urlopu.



Vanitas

…a czasami jest jakby zapaść.

Już nawet nie tyle irytuje, co wywołuje we mnie agresję bombardowanie mnie z każdej strony obrazem idealnego świata, którego należy być uczestnikiem. Jeśli nie masz idealnego życia, jesteś przegrywem. Jeśli nie rzygasz wokół codzienną fotorelacją z pławienia się w idealnym życiu, jesteś przegrywem. Jeśli nie zdobywasz miliona komentarzy znajomych pod każdym postem i nie zdobywasz tysiąca łapek w górę – jesteś największym przegrywem wśród przegrywów.

Totalnie wszystko się wypłyca, totalnie wszystko redukuje się do cyfrowych reakcji na cyfrowy obraz nierzeczywistej rzeczywistości. Nie potrafię się cieszyć nawet z tego, że jeden czy drugi klub speleo wrzucił relację z jakiejś wyprawy. Kiedyś tego typu wpisy były okazją do zobaczenia ciekawych miejsc, czasami do ujęcia ich w swoich planach wyjazdowych, a dziś odbieram je jako kolejne zagrożenie. Kolejny materiał, którego celem jest wyłudzenie łapki w górę i podbicie nic-wszystko-znaczącej statystyki. Wszystko płynie w bezsensownym kierunku, w zasadzie chyba ta rzeka, potok nieznaczących ciągów zer i jedynek zatacza koło, jednocześnie wpadając na siebie, walcząc ze sobą i płynąc dalej znów tworzy koło. Koło przy kole zetknięte konfliktem nurtów. Taki binarny znak nieskończoności.

Próbuję czytać jakieś wiadomości: same negatywy z kraju i ze świata, ze szczególnym wszechzepsuciem u rządzących nami. Kłamstwa ścierających się obozów sprawiają, że nie wiem jaka jest prawda, nie wiem komu można ufać, nie wiem czy w tym kraju jest miejsce dla mnie, pośród tego przeciągania liny między głównymi siłami. Które tak naprawdę psu spod jednego ogona wypadły. Nie wiem, jak patrzeć w przyszłość, gdy ludzie, od których ona zależy, nie sięgają wzrokiem dalej niż kolejna kadencja która jeszcze da szanse być przyspawanym do koryta. Wszystko się stacza i nie daje poczucia bezpieczeństwa w dłuższej perspektywie czasu.
Dno.

Co jakiś czas wraca kwestia wyjazdu stąd.
Lubię ten kraj, ale ludzie nim rządzący sprawili, że przestaje on być miejscem, w którym czuję, że moja przyszłość jest bezpieczna.
Dno.

…a czasami jest jakby zapaść, gdy ten cały cyfrowy zlew chlustający mi na łeb hektolitrami bełkotu wytyka mi, wypomina wszystko to, czego robić nie mogę. W zasadzie z coraz większym obrzydzeniem włączam komputer/monitor/tablet, jak zwał tak zwał. Odczuwam autentyczną niechęć do tego, co czeka mnie przebrane jako informacja-z-którą-MUSZĘ-się-urwał-zapoznać. Wszystko krzyczy i stara się ściągać na siebie uwagę, a tak naprawdę jest równie nieistotne, co zeszłoroczny pierd puszczony na wietrze. Zupełnie, jakby ten świat chciał sobie wychować pseudointelektualnych konsumentów dezinformacji, której nie będą podważać. Jakby świat rościł sobie prawo do decydowania, która informacja jest dla mnie istotna i której mam prawo się “domagać”.

I żrą wszyscy te bełkotliwe inforzygowiny, zachwycają się wyborczymi słupami angażując się w walkę o człowieka, który będzie ich walił w dupę tak samo, jak ten “gorszy”. Wierzą wszyscy w piękne słowa, dają się kupić obietnicami bez pokrycia, pozwalają by życie im mijało na ssaniu medialnej pały ku chwale tego, komu wspomniane media same obciągają.
Nie jestem pewien, czy na tym ma polegać życie.

Chciałem ostatnio wyczyścić swojego fb z ludzi, którzy są zaangażowani w cały ten politbełkot. Zostałyby mi wtedy na fb tylko reklamy i ogłoszenia.
Żałosne.

Były kiedyś (a nawet czasami jeszcze można spotkać) pralki Frania. Wlewasz wodę, wrzucasz pranie, jakiś detergent, pranie się kręci, pierze, itd. Cały ten kraj jest jak jedna wielka Frania, próbująca pozbyć się gospodarczego brudu, plam na honorze, politycznych zabarwień w informacjach płynących do ludzi. Problem polega na tym, że wszyscy wokół srają do bębna. Taki ot gówniany nasz los.

Lubię ten piach polnych dróg. Jest jedną ze składowych bardzo ciekawego wypieku. Myślowego ciasta, na które poza kurzem z polnej drogi, składają się jeszcze zmarznięte opuszki palców, chrupanie pod butami zamarzniętego śniegu, zapach chłodnego letniego poranka i bezcelowe gapienie się w niebo. Trzeba to jeszcze doprawić zawartością szufladki nicości i mamy stan idealny, pozwalający sięgać myślą ponad wszystko, co nas otacza. Nigdy nie wiedziałem co to za proces, nie wiedziałem, czy jest to jakaś medytacja czy inny pies. Liczyło się to, że opierając się na którymkolwiek ze składników myślociasta, można było pójść krok dalej niż możliwości poznawcze umysłu. Kiedyś zrobiłem o jeden krok za daleko i zmiotło mnie, rzuciło mną o ziemię, bo natknąłem się na coś, czego nie byłem w stanie pojąć, objąć umysłem, nawet nie tyle zrozumieć, co zarejestrować fakt istnienia zjawiska, które nie było ani wydarzeniem, ani bytem, ani myślą. Sięgnąłem pytaniem przed sekundę przed pierwszą sekundą i rozbiłem się o świadomości istnienia czegoś poza moimi kategoriami istnienia, czego nie poznam, bo jest w formie poza możliwościami mojego poznawania.
“Wszystko co było miało początek, punkt po punkcie zero, w którym nic nie było, więc co było w punkcie zero? Co było sekundę przed pierwszą sekundą?

Zmiażdżyło mnie kiedyś to pytanie. Nie znalazłem na nie odpowiedzi. Długie tygodnie musiałem się otrząsać po tym, jak sobie je zadałem i.… przestałem szukać na nie odpowiedzi. Tak jest bezpieczniej. Absolut niewiedzy powinien motywować do rozchylania kolejnych zasłon tajemnicy, ale czy jestem gotowy na badanie czegoś, czego badać nie potrafię ze względu na zbyt ograniczone możliwości badawcze?
Czy ameba jest w stanie sobie wyobrazić, jak wielki i złożony świat istnieje ponad jej światem?
Co istnieje ponad nami, jeśli to my jesteśmy amebą?

W wieku lat prawie-czterdziestu odkryłem słowo “transcendencja”. Nie wiedziałem, że to co obwąchiwałem z daleka, ma swoją nazwę.
Nawet ładna taka ta nazwa, wydaje się przyjemna. Niegroźna. Szkoda, że próba rozwikłania tego supła może doprowadzić do szaleństwa.

Środa. Codzienna porcja kodowania. Kolejny język, kolejne środowisko, kolejny problem zerojedynkowy do rozwikłania. Bez politycznego nalotu, bez łapek w górę zbędnych komentarzy. Bez sekundy przed pierwszą sekundą.
Odpocznę.

*****

“Hi! hi! hi! dokąd wy jedziecie, podróżni?… Dlaczego narażasz kark, akrobato?… Po co wam po uściskach, tancerze?… Wykręcą się sprężyny i pójdziecie na powrót do szafy. Głupstwo, wszystko głupstwo!… a wam, gdybyście myśleli, mogłoby się zdawać, że to jest coś wielkiego!…”



Nie-wakacje.

Czas “wakacyjny” to specyficzny okres w kalendarzu. Niby się człowiek cieszy z rozbuchałej zieleni, niby może radośnie ponarzekać na ciepło większe niż jest mu do szczęścia potrzebne, ale te dwa, trzy miesiące lata uciekają jakby szybciej, niż reszta roku.

Nie wiedzieć kiedy, nagle pod oknami robi się głośniej od rana do wieczora. O ile żaden kaszlowirus nie dziesiątkuje planów wakacyjnych, to dzień w dzień można każdego poranka zazdrościć dzieciakom ich beztroski, wolnego czasu, braku zmartwień.
Z tymi zmartwieniami to też nie tak do końca, zmartwienia zawsze były, są i będą, bez względu na wiek. Po prostu zmienia się ich skala. Powaga problemu czy zmartwienia zawsze jest wprost proporcjonalna do wieku, więc zaryzykowałbym stwierdzenie, że każdy wiek ma swoje życiowe dramaty, wagi których nie należy umniejszać.

Ale wracając do czasu wakacyjnego, letniego, jak zwał tak zwał.

Ten rok jest bardzo dziwny. Z jednej strony kolanowy kaganiec odebrał mi możliwość działania pod ziemią, a z drugiej substytut normalniej(?) formy ruchu pozwoliło mi powrócić do miejsc, w których pomiędzy rozległymi przestrzeniami wypełnionymi zielenią, żółcią, szumem wiatru i jazgotem świerszczy, wiją się ubite, pylące polne drogi. Jeśli bym miał powiedzieć, jak pachnie lato, to ma ono woń owego kurzu. Tego, co zostaje na dłoni, gdy dotkniemy w tym miejscu ziemi. Czegoś suchego jak pieprz, zgrzytającego między zębami, parzącego od popołudniowych promieni słońca. Tak, udało mi się tam wrócić na swój stary-nowy, rowerowo-koślawy sposób. Może ciut bardziej asekuracyjny, ale jednak znów można uczestniczyć w życiu polnej drogi.

Nie-wakacje. Pojawiają się nie wiedzieć kiedy. Człowiek nie zdąży nawet przełożyć w szafie ciuchów na lżejsze, a już powinien chodzić w letnich. Nagle nie wiedzieć skąd na stole lądują truskawki i tak jak szybko się pojawiły, tak jeszcze szybciej się kończą. Nagle okazuje się, że ten czerwiec dawno się skończył i nagle zrobiła się połowa lipca. W zasadzie to już druga i za chwilę, ledwie za 3-4 tygodnie będzie urlop, więc przestaje się człowiek cieszyć tymi trzema-czterema tygodniami ciepła, tylko orze jak może by dociągnąć do daty wyjazdu i…
…i gdyby nie rower, to nic więcej by z tych nie-wakacji nie było.

Dziś mija pięć lat, jak zszedłem na dno Marmurowej. 126 metrów o ile dobrze pamiętam. Moja pierwsza “prawdziwa” tatrzańska jaskinia położona gdzieś tam, wysoko. Oznacza to, że cztery lata temu, we wrześniu rozsypała się noga. Krótko później musiałem odstawić na bok rower, później kolejne pomysły na dziury, później całą resztę, z sobą samym na końcu.
Wiem, mamy epidemię, pandemię, jak zwał tak zwał. Nie jest ważna nazwa, ważna jest sytuacja. Wiem, rynek poczuł efekty kaszlowirusa, wiem, ludzie dostali po kieszeni, wiem. A mimo to, chyba z perspektywy samego siebie, mógłbym uznać rok 2020 za dobry. Udało się naprawić nogę, bardzo powoli zaczynam robić rzeczy, których nie robiłem od kilku lat. Chodzę po nierównościach, schodzę w dół po pochyłej drodze, czasami nawet wbiegam na górę po dwa schody. No dobra, niekiedy jeszcze źle stanę, spadnę z nogi i polecę ryjem na ścianę, ale to tylko uświadamia mi, że podświadomie pozwalam sobie na więcej, bo prawie zaliczyłem glebę w chwili, gdy rytmicznie schodziłem po schodach nie myśląc o tym, jaki wykonać kolejny ruch by krok był stabilny, bezpieczny.
Chyba przydatne są te pojawiające się czasami zawirowania i potknięcia. Przypominają mi, że jeszcze nie jestem supersamcem alfa i powinienem nabrać ciut pokory. I cierpliwości.

Nie-wakacje.
Jedną z pierwszych oznak początku końca nie-wakacji można napotkać w marketach. Pojawiają się wystawki z przyborami szkolnymi. Kredki, bloki, mazaki, zeszyty, wszystko bombarduje kolorami. Mógłbym stać przed takimi regałami i patrzeć, podziwiać, kontemplować sterty papierniczo-piśmienniczych dóbr, niczym najpiękniejszy obraz. Od zawsze bogactwo wzorów, modeli, barw, było czymś, co mnie zachwycało. Pamiętam czasy, gdy wybór zeszytu ograniczał się do czysty-kratka-linia, ewentualnie ilość stron. Nie było mowy o kolorowych okładkach zrobionych ulubionymi bohaterami, nie można było wybierać wśród piór “model na sezon 2020/2021”, wszystko zamiast jakości miało jedną wielką nijakość, a jedynym sposobem na upiększenie kajetu, było obłożenie go kolorowym papierem, tapetą czy plakatem. No chyba, że Ojciec przyniósł z rylpexu gumowe, kolorowe okładki na zeszyty. Okładki, które były równie brzydki co śmierdzące tanią gumą, no ale jak przyniósł, to trzeba było używać. Czasami przy odrobinie szczęścia można było dorwać gdzieś naklejki z miejscem na wpisanie przedmiotu czy nazwiska. Wyglądało to, jak stokrotka wbita w stolec, ale przynajmniej jeden element tego grafpisowego świata nie dobijał wszsytkobrzydkiwizmem.

Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że dziś kupując sobie czy to zeszyt, czy to notes, sięgam zazwyczaj po te najbardziej… szare. Nijakie. Takie zakompleksione źródła papieru, chowające się gdzieś w kącie przed blaskiem ich kolorowych, licencjonowanych braci. Jakbym wybierając je, chciał im przekazać: wiem kim jesteś, wiem do jakich czasów pochodzisz, wybieram Ciebie.
A później się okazuje, że ta odrobina nostalgii w wyborze nieznaczącego wiele kajetu spowodowała, że mam w koszyku najdroższy papier z całego działu. Bo jest ekologiczny, więc jego produkcja jest bardziej kosztowna niż tych nowych, kolorowych, nadanie białej barwy kartce papieru wymaga więcej wysiłku, a na dobitkę sprawienie, że całość nie śmierdzi rozmoczoną srajtaśmą winduje cenę w okolicę kilograma szynki, która faktycznie widziała wędzarnię i mięso.

Trwają nie-wakacje. Jest niedziela, chyba jakaś choro-poranna godzina. Kawa już dawno wypita, koty znów pozasypiały. Ptaki drą się za oknem, zaraz zastąpią je drące się dzieci. I tak jeszcze przez trzy-cztery tygodnie, do urlopu.

A w międzyczasie rower. W końcu kurz z polnej drogi sam się nie zbierze.