Mój pies jest lepszy niż twój!

Trwa niemy wyścig zbrojeń. Nie pada żadne słowo na temat wydarzeń mających miejsce na osiedlu, ale wszyscy wiemy, że trwa zimna wojna. Wojna o dominację, wojna o bycie lepszym, wojna, której celem jest zdobycie podziwu ostatecznego, niepodważalnego i całkowitego.

Bo mój pies jest lepszy niż twój!

Czy to chłodne poranki, czy deszczowe wieczory, nieważne. Nie liczy się, czy to pora po obiedzie czy akurat półgodzinna przerwa na reklamę w Polsacie: właściciele psów wylegają na dwór, by pokazać, że mój pies jest lepszy niż twój!

Sympatyczne uśmiechy mijających się właścicieli merdających ogonów niby są przyjacielskie, niby wyrażają sympatię i radość ze spotkania, ale… na końcu smyczy trwa wieczna wojna!

<Ha! Ależ ten jork Kowalskiej szarpie się na smyczy, a mój Pimpuś tak spokojnie chodzi!>
<Nie wiem z czego cieszy się to babsko od zapasionego Pimpusia, przecież ten pies Nowakowej ledwie chodzi.>
<A ta czego się gapi na mojego Pimpusia, przecież to jej Jork zaraz rzuci się na mojego serdelka!>
<Jak dobrze, że mój Puciuś Muciuś jest takim słodki pieskiem a nie jak ten klocek jamnikobodobny co to nawet łapy do sikania nie podniesie, bo ma za krótkie i za grub…>

N: Oooooooo… dzień dobry Pani Kowalska, jak tam nasza osiedlowa perełka? O jaka ładna kokardka, bardzo mu pasuje, gdzieś czytałam, że jorki lubią nosić kokardki większe niż ich główka!
K: A wie Pani, tak jakoś lubimy z Puciusiem Muciusiem ładnie wyglądać.
N: <a nie wygląda na to, byście starały się wyglądać JAKKOLWIEK, co to za torba, do tych butów?!>
N: No bardzo, BARDZO elegancka kokarda, a jak ładnie dzisiaj na smyczy chodzi!
Zazwyczaj właśnie w tym miejscu aktywuje się jork, który, mimo że jest przeważany na boki przez tandetną kokardę, rzuca się do przodu na Pimpusia. Pimpuś w zasadzie ma to w dupie, bo raz: jorka i tak odciągną, a dwa: i tak jest za gruby by uciekać.
K: Ależ Puciuś, nie skacz na Pimpusia, zobacz, jak się boi!

Pimpuś łypie na toczącego z pyska pianę Puciusia wzrokiem wyrażającym totalne wyjebanie na wszystko. Ostatecznie, w razie czego może usiąść na tego zaślinionego, jazgotliwego szczura i go udusić dupskiem.

K: Przepraszam, jakiś dzisiaj taki żywotny Puciuś. Ale za to pani Pimpuś spokojny, nic go nie rusza!
N: A wie pani, odkryliśmy, że jest taki spokojny w domu, gdy nie jest głodny, więc troszkę go dokarmiamy. No i chyba umie otworzyć sobie lodówkę, bo z dołu znika wędlina a mąż się nie przyznaje, no i chyba ciasteczka ze stołu podjada, bo też znikają a mąż się nie przyznaje.

Realnie patrząc na gabaryt Nowakowej, to człowiek nie jest pewny kto po nocach podżera ciastka i wędlinę. Zarówno Pimpuś jak i Nowakowa zdecydowanie nie cierpią z powodu głodu.

N: …ale za to Pimpuś nauczył się takiej sztuczki i to kompletnie sam! Takiej sztuczki, że jak jest na kanapie i chce zejść, to nie zeskakuje, tylko jak taka hihi, mała foczka, hihi, ześlizguje się na podłogę.

W mojej ocenie to nie tyle sztuczka, co grawitacja, ale co ja tam wiem… Tak czy inaczej to pora, bym w historii pojawił się z Orionem i ja.

K: O jak słodko! A wie Pani, że Puciuś też zna nową sztuczkę, że jak mówię mu by budził męża, to wskakuje na łózko i tak słodko mu usta liże!

Słodkie spojrzenia Nowakowej i Kowalskiej spływają na Puciusia, który w tym momencie z pełnym zaangażowaniem wylizuje sobie dupę, jednocześnie powarkując na Pimpusia.
I wtedy pojawiamy się my.

E: Dzień dobry!
N: Orionek, dzień dobry! Ale on ładnie dzisiaj wygląda, a jak mądrze patrzy na Puciusia! I nie skacze na niego!

W mojej ocenie nie tyle mądrze patrzy, co stara się zrozumieć, dlaczego ktoś znów wyprowadza szczura na smyczy. I dlaczego ten szczur jest taki skręcony i warczy z nosem we własnej dupie. Udaje puzon, czy jak?
Na wszelki wypadek Orion odsuwa się od dziwnego tworu i potyka o kłodę, która okazuje się Pimpusiem. Wybudzony z wiecznego procesu powolnego trawienia Pimpuś trzykrotnie merda do Oriona, na co ten od razu przyjmuje pozycję bawmy-się gońmy-się. Wzrok Pimpusia mówi jednoznacznie: stary, jedynie co mnie goni, to jak salceson maślanką popijam, daj sobie spokój.

E: No dzień dobry, ależ mamy ładną pogodę! Wszyscy z psami na spacerze!
K: No tak! I właśnie rozmawiamy o nowych umiejętnościach naszych psów! Puciuś umie budzić męża lizaniem, a Pimpuś sam opracował nowy sposób schodzenia z kanapy!

I to jest ten moment, gdy zarówno Kowalska jak i Nowakowa zaczynają strzelać wzrokiem to w Oriona, to we mnie, czekając czy się okaże, że Orioniasty nauczył się czegoś lepszego niż ich psy.

E: To super, że takie eeeeeeee… inteligentne <rzucam widząc, jak Puciuś nadal boruje językiem w swojej pierdziawie>, no a Orion to też ostatnio pokazał coś nowego, eeee… no jak się źle czuł i zesrał się w domu, to trafił w jedyny dywanik jaki mamy!

***

Tak, trwa wieczna zimna wojna, licytacje słowne, licytacje gestami, postawami, sztuczkami, grzecznymi psami i szybkimi reakcjami na komendę. Tamtego dnia… nie wiem, czy wygrałem licytację na nowe sztuczki, ale na pewno nikt nie podejmował próby przebicia Orionowego dokonania.
Więc chodzimy w stanie zimnej wojny wymieniając się grzecznościami nasączonymi jadem, udowadniając, że mój pies ładniej chodzi na smyczy niż Twój i siada na komendę i jak zjada w trawie coś zdechłego, to nawet czasami to wypluje jak go ładnie poproszę.

Tak… Mamy psa. Jakoś od miesiąca.

Szczęśliwym trafem jeszcze się nie pozabijaliśmy ani my, ani zwierzęta, chociaż czasami może się wydawać, że koty przychodzą z jakimś jakby wyrzutem i starają się wyjaśnić to nieporozumienie w postać Oriona chodzącego po domu. Ale finalnie to chyba nawet zaczynają się lubić, bo wiedzą, że jak pies wychodzi, to jest karmienie, a jak wraca i je, to często mu coś bokiem z paszczy poleci i można to później dojeść. No i ma kong, z którego niekiedy wypada coś smacznego. No i jak śpi to można mu obwąchiwać łapy, bo pies to zawsze wdepnie w coś ciekawego.

***

Prawie północ. Wchodzę do sypialni. Na jednej stronie łóżka Ajax jeszcze coś czyta, a na mojej połowie w ramach “nie wpuszczamy psa do sypialni” leży rozwalony pies z poduszką pod łbem. Moją poduszką, w którą zaspany psiur słodko wpuszcza ślinę. Rozglądam się po tym pobojowisku: obok poduszki zaśliniony szarpak, przy ładowarce wylizany kong, a tam, gdzie zwykle kładę kapcie – stara psia smycz.
Jutro rano poszukam ofert sprzedaży jeża.
Wtedy będzie komplet.



Orion

Świat oszalał. Nie wiem kiedy mija nam tydzień. Wszystko stoi na głowie, przyjęta i oswojona kolej rzeczy została wysadzona ze standardowych torów i gna przed siebie napędzana plamiastym dupskiem i ryjem o niebieskich oczach.

Świat stanął na głowie, dosłownie. W domu syf, trzy minuty po sprzątaniu znów można sprzątać. W łóżku ciasno, na kanapie ciasno, ciągle coś zieje, pierdzi, znosi, roznosi, unosi, wynosi, koty same nie wiedzą czego chcą, destabilizacja pełną gębą. Cholernie za tym tęskniłem. Za krwią na suficie bo ucho krwawi, za glutem na ścianie bo kichnięcie wyszło na bogato, za śliną na nogawce bo z ryja pociekło. Chyba zaczynam się czuć szczęśliwszy, bo jakaś bomba atomowa rozwaliła nam wszelkie schematy i nawyki.

I tak będzie przez następnych kilkanaście ładnych lat.

Nie wiem jak to jest, że odrobina chaosu wprowadziła równowagę. Teoretycznie element destabilizujący powinien negatywnie wpływać na środowisko w którym funkcjonuje, a mimo to środowisko wydaje się teraz działać lepiej. Zupełnie, jakby odrobina nienaturalnie dodanej soli, poprawiła smak całości dania. Niby sól w naturze sama się nigdzie nie dodaje i może wszystko zepsuć, ale… Nie wiem, dziwię się, cieszę się, uczę się.

Pozostaje tylko cały czas obawa, że niechcący coś zepsuję, że klejenie od podstaw plamiastego ryja z moim udziałem, może mieć negatywny wpływ na efekt końcowy. Tym bardziej, że praca nie ogranicza się do stworzenia czegoś od zera. W zasadzie trzeba najpierw poradzić sobie z tym, co w pakiecie przyszło zepsute.

Nie wiem, sam nie wiem, sam dostrzegam, że te ideologiczne rozważania są bez sensu, że szukanie sensu w rzeczach prostych jest bez sensu, że jedyna sensowna rzecz, to porzucenie poszukiwania sensu i sensowne uproszczenie wszystkiego, jak tylko się da. Co za przekombinowane masło maślane.
A przecież chodzi tylko o (nie)zwykłe pojawienie się w życiu psa.

Dzień dobry, wabię się Orion.



Nowa rzeczywistość

Niesamowite jest to, jak bardzo dużo w życiu zmienia miejsce, w którym człek wykonuje swoją pracę. Zadziwia mnie ogrom zmian związanych z przeniesieniem się na home office: teoretycznie jedyna nowość to oszczędność godziny dziennie na dotarcie do/z pracy, a w praktyce… Całkowicie zmienia się rozkład dnia. Rodzą się nowe możliwości, pojawiają się wraz z nimi korekty i niby nadal człowiek pracuje 8 godzin, ale wszystko wokół zmienia się bardziej, niż pierwotnie można było przypuszczać.

Nigdy nie myślałem, że przed rozpoczęciem pracy można zrobić tak dużo dla siebie, dla innych.

Rodzi mi się w głowie myśl, sposób wykorzystania nowej rzeczywistości. Może to przeniesienie się do domu, nie będzie jednak aż tak straszne?

A tymczasem, gdzieś poza pracą, w głównym nurcie wydarzeń, także niezmiennie zachodzą zmiany. Kolejny rezonans uspokoił nieco nerwy, stawy powoli zdobywają nowe umiejętności. Wydawać by się mogło, że dopiero co, ledwie dwa tygodnie temu udało mi się zrobić pierwszy samodzielny przysiad bez podpórek i to było ważne, to był kamień milowy, ale… Jakimś sposobem tydzień później udaje się podejść pod pierwszą górkę gdzieś na południu Polski. I udaje się z niej zejść. I nagle drogi na zamek, na platformy widokowe znów stają się dostępne i kuszące. Wzrok niepewnie podnosi się z dolinek w stronę wzniesień. Wydawać by się mogło, że powoli wstaję z kolan. Teraz trzeba uważać, by nie walnąć głową w sufit.

I przytrafiła nam się jesień. Nie wiem, czy już kalendarzowa, to nie jest istotne. Najdziwniejsze jest to, że w moim przypadku wszystko musi być jakoś na opak, bo niby wszystko dobrze w górę, czyli tak naprawdę w kierunku “w dół”. Bo jest radość z tego, że przyroda umiera jak co roku, a wraz z nią idzie zachwyt nad każdym opadającym liściem. Więc znów spadnie temperatura i będzie ciemno, więc będzie trzeba się cieplej ubierać, ale za to w ulubione kurtki. Bo w sumie będzie do bani, ale tak naprawdę to fajnie. To tak, jakby chodzić w górę po to, by móc chodzić głęboko w dół.
Nie, nie da się tego logicznie wytłumaczyć.

Tak czy inaczej: jest dobrze.



Wąchaj chrapy, zdzirze!

Zastanawiam się czasami, jak to by było znów siedzieć w siodle. Teoretycznie.
Bo prawda jest taka, że w tym momencie nie dałbym rady ani na konia wejść, ani z niego zeskoczyć. To tak praktycznie.

Nie zmienia to jednak faktu, że gdzieś z tyłu głowy została sympatia do tych sympatycznych, wyrośniętych śmierdzieli, które z jednej strony mogą człowieka posłać na długie L4 jednym kopniakiem, a z drugiej są w stanie wystraszyć się krzywo skoszonej trawy.

„Moje” konie już powymierały. Końska przygoda leży gdzieś pod ziemią albo została zutylizowana i przerobiona na klej, karmę dla lisów, czy kij wie co jeszcze. A jednak, jeśli się dobrze zastanowić, gdy porządnie pogrzebię w pamięci, to potrafię przywołać rozkoszne uczucie, gdy pierdołowaty koń nadepnie człowiekowi na stopę i stojąc na niej dziwi się, dlaczego człek drze się zamiast podawać marchewki.

Nie przepadałem za męczeniem konia swoją wagą, nie ciągnęło mnie jakoś wybitnie do siodła. „Co mi zrobił niby ten koń, by miał mnie teraz za karę dźwigać na plecach”. Chyba jakoś tak to było.
A z drugiej strony fajnie było z czasem stać się kumplem dla kilkusetkilogramowego zwierza, głupiego jak but, płochliwego jak kot, gdy wuwuzela jest w domu, śmierdzącego każdym kawałkiem ciała.
Zdecydowanie, Rudy i Siwy dołączyły do Pierdoły.

W cennikach ośrodków jeździeckich brakuje mi jednej pozycji: „Weź konia na godzinę w odosobnione miejsce i ciesz się jego obecnością. Za dodatkowe X szekli nikt nie będzie wam zawracał dupy przez całe 60 minut.”

*****

Dziwne uczucie, gdy stoi się po zewnętrznej stronie ogrodzenia i nie można wejść na padok.

I niezmiennie uwielbiam leżące na łąkach belki z sianem.



Ignorant

Czy gdziekolwiek jest lepiej? Czy jest sens obrażać się na niezadowalającą rzeczywistość, której na pewnych płaszczyznach nie można zmienić?
Czy jest sens się tym wszystkim przejmować, angażować, psuć sobie nerwy?

“A na cholerę mam się denerwować, szkoda wieczoru sobie psuć źle wystawionym rachunkiem”.

Skala problemu może być różna, ale tak naprawdę chodzi zawsze o jedno: coś nie tyle poszło nie po naszej myśli, co całość rzeczywistości ma tendencje do tego, by być rozczarowującą. Zawsze znajdzie się ktoś niezadowolony – to wiadomo, ale jednocześnie co zrobić w sytuacji, gdy niezadowolenie dotyka połowy społeczeństwa, sprawia, że ta wspomniana połowa zaczyna warczeć na drugą? Co w chwili, gdy wrogiem nie jest ten, kto generował problem, pokłócił, rozdzielił?

To, co dzieje się wokół mnie gospodarczo, politycznie, to jakiś chory sen. Jako odpowiedzialny obywatel, staram się przynajmniej minimalnie być zainteresowanym aktualnymi wydarzeniami, ale… nie da się. Średnio wytrzymuję dwa artykuły (niekiedy przeczytam coś więcej niż wstępniak), nim trafia mnie szlag. Bez względu na stronę, w którą serwis informacyjny się chyli, wszędzie jest identyczny festiwal lania gówna i rzygowin na tych, którzy mają odmienne poglądy na którejkolwiek z płaszczyzn. Do tego, tak naprawdę nigdy nie wiadomo, czy ścierwiasty nagłówek “nie uwierzysz co się stało, musisz to zobaczyć”, dotyczy kolejnego zachlanego posła, łapówki pod stołem, wysadzenia połowy Bejrutu w powietrze, czy cycka podstarzałej aktorki, który wybrał wolność i z cichym plaskiem wpadł do talerza z zupą.

Za dużo nerwów, za dużo zdrowia kosztuje mnie bycie odpowiedzialnym obywatelem. Za bardzo mnie irytuje wybieranie mniejszego zła, czy zajmowanie się przez rządzących nieistotnym ideologicznie bełkotem, zamiast prawdziwymi problemami, z którymi należy się w końcu rozprawić. Rozpaczliwie staram się w tym wszystkim znaleźć jakiś sens, logikę, coś co trzyma się kupy w kolejnych pomysłach rządu, ale wszędzie już widzę tylko niekompetencję, łamanie wcześniej danego słowa i próby wydymania mnie w dupsko. Na sucho.

Przepraszam bardzo, ale nie.

“…a może tym wszystkim j3bnąć i wyjechać w Bieszczady?”

Wyjechać, słowo klucz. Nie w perspektywie roku czy dwóch, ale lat pięciu? Tylko dokąd? Oszukiwanie się, że gdziekolwiek jest lepiej, jest bez sensu. Wszędzie zawsze będą te same problemy, tylko skala inna. Nie pozostaje więc nic innego, jak szacowanie, gdzie jest mnie beznadziejnie i gdzie można więcej ugrać na swoją korzyść. Problem polega na tym, że nie takiego świata chcę. Nie podoba mi się to, jakie trzeba podejmować decyzje i z czego one wynikają. To wszystko jest totalnie chore.

Więc znów na jakiś czas włączy mi się ignorant. Wiedzę o świecie będę czerpał z memów, wiadomość będę unikał jak ognia, a chwili, gdy ktokolwiek gdziekolwiek zacznie się produkować na tematy polityczne – zwrócę swoją uwagę na ptaszka, który radośnie ćwierka na drzewku, srając jednocześnie na zaparkowane pod nim samochody.
Może nie będzie to postawa, którą sam pochwalam, ale będę spokojniejszy, mniej nerwowy, będzie mi się lepiej pracowało, więc więcej zarobię, nie będziemy w domu denerwować się polityką i wszyscy będą szczęśliwsi. I łatwiej będzie nas golić w formie kolejnych, nowych ukrytych podatków, obciążeń i opłat.
Krąg życia, urwał jego nać.



Kolorowanka

Czasami wydaje mi się, że ludzkie życie to jedna wielka kolorowanka. Kolorujemy nasze dni, wspomnienia, przepuszczamy je przez filtry, poprawiamy ich obraz, korygujemy, a wszystko po to, by patrząc w szklaną taflę móc doświadczać czegoś lepszego niż otaczająca nas rzeczywistość. Zupełnie jakby człowiek okłamywał samego siebie, wmawiając sobie, że świat jest piękny.

Gapimy się przez pryzmat spłacany w ratach, abonamencie, spłacany jednorazowo, otrzymany, ukradziony, pożyczony, byle tylko przez pryzmat sprawiający, że czerwień jest bardziej soczysta, zieleń bardziej uspokaja, a błękit radomskiego nieba równie mocno chwyta za serce, co nieboskłon na Kanarach.

I czasami zastanawiam się, po co to wszystko. Czy uprawianie kolorowingu jest ćpaniem wyidealizowanego, nieistniejącego świata, czy może… Jest sposobem na pokazanie, uchwycenie tego, co człowiek czuje i przeżywa, a co nie zawsze uda się przekazać, obserwując na żywo rzeczywistość? Jeśli na wysypisku śmieci wyrośnie kwiat, to jego piękno może przyćmić wszechsyf otoczenia, pierwszy pomidor na krzaku zaatakowanym przez mszyce zawsze będzie ważniejszy niż stado robali pożerających w tle liście.

Gdzie jest granica w rekompozycji świata? Co jeszcze jest podkreślaniem rzeczy dla nas ważnych, a co tworzeniem wyimaginowanej rzeczywistości? I czy warto szukać tej granicy i ją znaleźć?

A może nasz konsumpcjonizm jest już rozbuchany do takiego stopnia, że poza kupowaniem kolejnych zbędnych bzdur, tworzymy piękno, które z założenia przygotowujemy na pożarcie przez wewnętrzną potrzebę wstrzyknięcia sobie odrobimy przeżywania-czegoś-ładnego nim zaczną przeżywać to wszyscy, więc przestanie być modne i znudzi się i przestanie mieć znaczenie, więc stanie się brzydkie?

Gdzieś, dziwnie, w którąś stronę to wszystko galopuje. Pochłaniamy przeżycia doprawiając je odrobiną kłamstwa, jednocześnie przebijając wszystkich znajomych w niekończącej się licytacji “pokaż kto ma lepiej”.

…a może po prostu wyłapujemy kwiat pośród śmieci i podkreślamy jego istnienie, bo ważne jest dla Ciebie i dla mnie i dla reszty ludzi to, by pośród codzienności znaleźć coś, co przywoła uśmiech na twarzy? Czy to jest reanimacja dziecięcej, naiwnej radości?

– mamo, tato, zobaczcie jaki piękny zamek zrobiłem!
– przecież to tylko sterta kamieni, piachu i kilka patyków.
– nie, to jest mój najpiękniejszy zamek pod słońcem!

Może teraz zamiast kamieni i piachu i kilku patyków mamy telefony, aparaty, soft? Bo co wolimy przeżywać: kwiatek na wysypisku, czy wysypisko wokół kwiatka?

Gryzę się z tym tematem od dwóch tygodni i ciągle sam sobie przeczę. Podważam sam siebie i nie zgadzam się sam ze sobą, kolejny raz zaczynam rozgryzać temat od nowa, by w pełni przekonania dojść do tych samych wniosków, które już podważyłem wcześniej, będąc w pełni przekonanym, że podważyć je trzeba. A jednocześnie na wszelki wypadek kupiłem nowy telefon, którym da się zrobić lepsze zdjęcia, które można później jeszcze obrobić by pokazały to, jak ja odbierałem sfotografowany obiekt. I żebym mógł się cieszyć drogą od wypatrzenia kadru, przez rejestrację i edycję materiału, aż do zobaczenia efektu końcowego.
I uwierzę w otrzymany efekt końcowy, pomimo że uwiecznione miejsce nie istnieje w przedstawionej formie. Nie zobaczy się go w rzeczywistości.

…a może nie chodzi o przekazywanie zakłamanego obrazu, ale próbę uchwycenia przeżyć? Ale… przecież to dawałoby pole do nadużyć, mogłoby się skończyć współprzeżywaniem kłamstwa zamiast piękną, więc…

…więc jeszcze raz, od nowa: czasami wydaje mi się, że ludzkie życie to jedna wielka kolorowanka. Kolorujemy nasze dni, wspomnienia, przepuszczamy je przez filtry…



Maślanka z brakiem smaku w koronie

Kiedyś maślanka to była maślanka: człowiek bał się po niej kaszlnąć, a co dopiero pierdnąć. A dziś?
Ledwie czuć grudki na języku.

*****

Praca. Sięgam po kubek z herbatą. Oczywiście zimną, bo podczas spotkania nie było chwili, by umoczyć dziób.
Pierwszy łyk. Jałowa jakaś taka. Odstawiam kubek, zdejmuję okulary. Przecieram zmęczone oczy. Suche od monitora ślepia domagają się chwili spokoju piekąc na potęgę. Ale to jeszcze nie pora na odpoczynek. Zakładam okulary, chwytam kubek i wracam do maili.
Kolejny łyk herbaty. No totalnie bez smaku. Czy na pewno zrobiłem tę miętową?
Pociągam nosem nad kubkiem herbaty, zazwyczaj aromatycznej i smacznej. Nie czuję nic. Nie czuję jej zapachu, nie czuję jej smaku, lekki posmak mięty nie odświeża mi ust, zapach nie pobudza. Nie ma ich.

Zaczynam panikować. Szybko przerzucam w pamięci ostatnie dni, tygodnie, staram się przypomnieć sobie, gdzie byliśmy, co robiliśmy, czy któreś z nas ostatnio gorzej się poczuło. No oczywiście, że oboje ostatnio mieliśmy słabsze fizycznie dni. Odchrząkuję z przerażeniem, zastanawiając się, czy najpierw spisywać testament, czy dzwonić do ubezpieczyciela w celu zwiększenia polisy na życie. No i kto zajmie się darmozjadami, gdy pójdziemy z Ajaxem do piachu.
Koniec świata, koniec wszystkiego, teraz tylko drewniane wdzianko, ciemność i robaki.

Patrzę na kubek, na znajdujący się w nim płyn.
Jakiś taki bezbarwny.

No tak, w całej tej gonitwie wlałem do kubka wrzątek, ale o wrzuceniu tytki z herbatą to już nie pamiętałem.

Tak, byle do urlopu.