Wspomnień czar.

Minął już luty i praktycznie cały marzec, miesiące, kiedy od dawien dawna rodziły mi się we łbie wielkie plany wyjazdowe, autostopowe, miesiące, kiedy co roku czułem w dupsku, że czas się pakować, iść wymarznąć na trasie i uczciwie zapracować na zapalenie płuc spaniem w niedogrzanych schroniskach. Luty od dawien dawna był miesiącem gdy mnie nosiło. Trwało to zawsze do końcówki marca. Jak co roku, i tym razem tak było. Ehhhhhh…

Pamiętam do tej pory zapach PKS`u jadącego w stronę Siewierza. Wiecznie rozklekotany, śmierdzący olejem, paliwem, palącym się sprzęgłem i czymś prastarym, co zapewne wlazło wieki temu do bagażnika by dokonać tam żywota.
Pamiętam jak dziś chrzęst żwiru pod glanami, gdy ustawiałem się przy zjeździe na wysokości Będzina. Jedynym problem zaprzątający moją głowę było: na północ, czy na południe? No dobra, bądźmy szczerzy: czasami zastanawiałem się jeszcze czy rzeczy, które robiły na filmach rozgrzane niewiasty ze swoimi autostopowymi towarzyszami podróży zdarzają się w rzeczywistości 😉 Albo źle trafiałem, albo się nie zdarzają.
Mam w domu zdjęcie. Najzwyczajniejsze w świecie zdjęcie, robione na kliszy małpką. Fotka ta przedstawia mój stary plecak pomiędzy krzakami. Za plecakiem rozciąga się plaża, jakieś 30 metrów dalej jest morze. Jest to jedno z najwspanialszych zdjęć jakie posiadam. Było ono zrobione jakoś w 2002 roku, kiedy po odebraniu wyników kampanii wrześniowej poszedłem na trasę i jadąc do Wrocławia wylądowałem nad morzem. Wpadłem gdzieś po drodze na pomysł, że jednak warto skierować się na północ kraju. Po 2 dniach dotarłem do Gdańska. Przenocowałem w jakimś schronisku i wcześnie rano z plecakiem poszedłem szukać plaży. Błądziłem jakieś 2-3 godziny, zanim przebiłem się przez ogródki działowe, lasek, jakieś nieużytki… Pamiętam, że byłem wściekły jak cholera, zaczynała mi się gorączka, a na dodatek miałem w kieszeni jakieś 6 zł. Po tych 2 czy 3 godzinkach nadziałem się na krzaczory. Przebrnąłem przez nie i pojawiła się przed moimi nogami ścieżka wiodąca pomiędzy kolejne kępy krzaków. W przerwie pomiędzy nimi przywitał mnie Błękit Wielki Jak Sam Chuj. Zdjąłem plecak, trzepnąłem zdjęcie, zdjąłem buty i po wrzuceniu garba na plecy potuptałem plażą do morza. Stanąłem na linii wody. Ta podeszła mi pod stopy, omyła je. Kurwa, byłem najdalej jak się dało. Dotarłem do krańca świata, do granicy której nie jestem w stanie przekroczyć, wykorzystałem całą przestrzeń która stała przed moim pyskiem, dotarłem tam, gdzie kończy się ziemia. Nigdy wcześniej i nie wiem czy kiedykolwiek później nie czułem się taki wolny. Było zimno jak diabli, mewy uparły się, żeby nasrać mi na głowę, byłem cholernie głodny, miałem dwa dni drogi do domu, i byłem kompletnie sam na plaży.
Zadzwoniłem do rodziców by dać znać, że jestem cały…
– dzyń dzyń
– słucham
– mamo, dzwonię żeby się odmeldować, że jestem cały i zdrowy
– dojechałeś do tego Wrocławia?
– no dojechać to dojechałem…
– a co tak tam szumi?
– bo jestem nad morzem…
Wracałem wtedy do domu jakieś dwie doby. To był jeden z najpotworniejszych powrotów. Ugrzązłem chyba we Włocławku(?), przed północą dotarłem do rodziny którą miałem po drodze, pochorowałem się jak diabli, musiałem się u Nich podkurować.
Pamiętam, jakim majątkiem wtedy było dla mnie 6 zł. Oznaczało pół chleba i litr mleka.
Aha, nie pijcie mleka w trasie. Jak człowieka pogoni kupa to trochę wstyd prosić kierowcę TIRa o przystanięcie na kupkę 😉 Jakkolwiek tego nie powiedzieć, brzmi głupio 😉
Tia, minęły miesiące ciągot za autostopem. Idzie wiosna. Rozpoczyna się sezon grilla przy śmierdzącym koniu, sezon spania w stajni i opowiadania w blasku ogniska o tym, co spotykało mnie podczas wyjazdów w trasę. Opowiadania, jak to sympatyczny czterdziestolatek zapragnął ‘bliżej’ mnie poznać, opowiadania, jak to mapą broniłem swoje ‘juwenalia’ przed wzrokiem ‘sympatycznego inaczej’ kierowcy, opowiadania, jak to…
Kutfa. Wychodzi na to, że jednak na stopie zdarzają się takie rzeczy jak w filmach. Tylko ja ciągle trafiałem nie na tą płeć i orientację sexualną co trzeba…
Share