• "date": "27 listopada, 2011"
  • "title": "AnderGrałnt #2"
  • "blogger_blog": "30lat.blogspot.com"
  • "blogger_author": "30lat"
  • "blogger_permalink": "/2011/11/andergrant-2.html"
  • "blogger_internal": "/feeds/6495723430140596885/posts/default/7719661267305675039"

Dzień dobry. Chyba jestem kłębkiem nerwów i chyba nie jest śmiesznie.
Okopałem się pod kołdrą, podłożyłem pod twarz poduszek kilka i trzęsę się jak kurczak na widok rożna.
Chyba jednak nie było dziś śmiesznie…

Mając jeszcze we łbie wspominki z sierpniowej wyprawy do jaskiń, postanowiłem się zabrać z ekipą moich ulubionych psychokretów na przechadzkę pod jednym z okolicznych miast.
Będąc świadomym trudów przeprawy, zaopatrzyłem się w odpowiedni wodoodporny (a ch*j na grób, a nie wodoodporny!) kombinezon, zapas baterii (psu w żyć takie baterie!), kanapki, batony, wodę, tylko kutfa emocjonalnego zapasu sił nie zabrałem.

Późna jesień. Prawie łyse drzewa cicho szumiały, gdy przedzieraliśmy się przez kamieniołom by dojść do wejścia pod ziemię. Wielkie merdające psisko, które przyplątało się do nas, radośnie biegało wokół węsząc po ścieżce skąpanej we wszechobecnym brązie opadłych liści i zieleni walających się dookoła puszek po piwie żubr. By sielanka na tym obrazku nie przysłoniła dramatyzmu sytuacji dodam, że pies skończywszy węszenie, podniósł ogon, wypiął zad i uwalił przed nami na drodze kupsko, którego wielkość nie powstydziłby się nawet nosorożec.
Teraz już rozumiem: to była taka delikatna sugestia Matki Natury, że pchamy się w niezłe gówno.

Mimo to szliśmy dalej. U wejścia do jaskiń przyodzialiśmy swoje sexi gumowe kombinezony, kaski, rękawice, wory, a następnie zeszliśmy gęsiego w mrok…

Nie wiem co mam napisać. Trwało to cztery, może pięć godzin. Było śmiesznie, było ciekawie, było ciężko. Nigdy wcześniej żadna wyprawa tak bardzo nie wyeksploatowała moich sił do życia.  Fantastycznym było zobaczyć tabliczkę w ścianie, gdzie data informowała, że chodnik ów powstał(?) w 1800-którymś roku, miło było zobaczyć śpiącego nietoperza, miło było obstawiać, kogo zjemy jeśli się zgubimy w tych dziesiątkach kilometrów korytarzy, ale nie, kurwa, nie było miło godzinę marszu do wyjścia uświadomić sobie, że zapasowe baterie do mojej czołówki są już w użyciu, nie było miło polecieć na mordę w wodę sięgającą do pasa, nie było miło przepychać się w miejscach, gdzie dno zacisku wyłożone było kamieniami czekającymi tylko na to, by rozpłatać mi zad na dwoje robiąc dodatkowy rów. W poprzek.

Kłamałem. Było miło.

Jestem wypalony. Zamykając oczy znów widzę zalane korytarze którymi idziemy po pas w wodzie, mając nad lustrem wody jedynie pół metra miejsca na głowę i bagaż. Widzę studnie kilkunastometrowej głębokości, zionące ciemnością, a jednocześnie mrugające do nas odbiciem naszych czołówek w tafli wody gdzieś na dnie. Bez mała czuję na nogach zatopione w wodzie belki o które potykaliśmy się brnąc przed siebie. I widzę studnię, której nie zauważyłem, którą minąłem o półtora metra, w którą mógłbym się wpierdolić gdybym chciał odsunąć się nieco od ściany by przyglądnąć się dokładniej wzorom tworzonym przez jakieś glutozaury odkładające się na ścianach.
Mógłbym sobie spaść i nie żyć. Najwspanialsza-Z-Żon chyba by mnie stamtąd wyjęła, by mnie zabić jeszcze raz. Za brak uwagi.

Wiecie jak wygląda woda stojąca pod ziemią, której od tygodnia nie zmącił żaden człowiek? Jest krystaliczna jak dusza noworodka. Jest idealna. Jest niczym wygrzany przez sen policzek ukochanej osoby. Człowiek jest niegodnym dotykania lustra tej wody.
A zarazem jest zimna. Drażliwa. W ułamku sekundy potrafi się zmącić, byś stracił orientację gdzie jest zalana studnia, by mogła polować na Twoje stopy za które pochwyci Cię by przedstawić Twą nędzną osobę największym głębokościom na jakie zeszła w swojej nieskończonej potędze.
Otula sunąc po Twych butach, by po chwili zwalać z nóg ukrytymi w jej odmętach przegniłymi kawałkami stropu polującego na ofiarę z pełnym zaangażowaniem całego ich gnijącego jestestwa.
I pięknie tańczy odbijając skrzące się drobiny skał. Sprawia wrażenie, że kopalnia zaprosiła na mszę odprawianą w chodnikach przez resztki atmosfery czasów, gdy ludzie bez pomocy zaawansowanej technologii ryli te chodniki tworząc łukowe stropy, porządkując rudę, wydobywając to, co karmiąc ich – jednocześnie zabijało.

Nie wiem, jak głęboko byłem dziś pod ziemią, ile kilometrów przeszliśmy. Jebie mnie to.
Wyszliśmy na powierzchnię. Dobrze było po prostu odlać się pod drzewem w przeświadczeniu, że pomimo własnej głupoty i brak doświadczenia nie dałem się zabić temu, co w mroku dyszy pod ziemią.

Miło czasami zejść pod ziemię, zmęczyć się, wystraszyć. Ciekawa rozrywka na niedzielne popołudnie. Taki dreszczyk emocji, czy jak to się tam nazywa. Atrakcja.

Gówno warte.

Chyba już ponad 10 lat temu mój Ojciec przeszedł na emeryturę. Ratownik górniczy, jeden z tych, co to w ‘sile wieku’ nie muszą pracować, czym powodują toczenie piany na pyskach tych, którzy najmniej wiedzą co się dzieje pod ziemią.
Nie wyobrażam sobie, jakim trzeba być człowiekiem, by złazić w walące się, płonące, czy zatapiane chodniki w celu odszukania, uratowania ludzi. To nie jest normalne. To nie jest kwestia charakteru, płacy, czy poszukiwania adrenaliny.

Siedząc pod ziemią zastanawiałem się – gdyby teraz tąpnęło. Akurat teraz, gdy pełzniemy w najpaskudniejszym zacisku. W najbardziej przerażającym, odrażającym swoją wulgarną bezlitosnością kawałku kopalni. W miejscu, przez które boję się przechodzić. Ja mógłbym może wyjść i więcej nie wrócić. Ale ludzie z SCRG by wrócili. Wracają i wracać będą, pchając się w tak okrutne gówno, że muszą zostawić za sobą zdrowy rozsądek i instynkt przetrwania. By iść do przodu i szukać tych, którzy liczą na pomoc.

*****

Zamykam oczy. Pod powiekami przeplatają mi się dwa obrazy: niekończący się, zalany wodą korytarz przez który brnę po pas w wodzie. I studnia obok której przechodzę nieświadom jej istnienia.
Kopalnia to miejsce, gdzie człowiek uczy się wiary. Wiary w to, że wszystko idzie zgodnie z planem i bezpiecznie wyjdzie na powierzchnię. Bez tego można oszaleć.
Dziś brakowało mi wiary.

Share

Cancel reply