• "date": "26 grudnia, 2011"
  • "title": "Poprzedświąteczne zaległości: Zombieland (24.12.2011)"
  • "blogger_blog": "30lat.blogspot.com"
  • "blogger_author": "30lat"
  • "blogger_permalink": "/2011/12/poprzedswiateczne-zalegosci-zombieland.html"
  • "blogger_internal": "/feeds/6495723430140596885/posts/default/2607288825763035368"

Świąteczny nastrój na ulicach rozpłynął się wraz z resztą pośniegowego błota. Za to w marketach święta czuć pełną gębą. Wszystko przesycone jest przyjazną atmosferą jakby dobywającą się z resztek rozszarpywanych karpi, sypiących się po ziemi orzechów i testowanych przez wszystkich na potęgę perfumach. Gdyby wejść na drogerię z zapaloną fajką – mogłoby dojść do do eksplozji.

Wchodzę na pasaż. W kieszeni lista zakupów obejmujące cztery pozycje. Opłatek, tia, trzeba załatwić tradycyjny opłatek. Najlepiej kupiony w promocji za czi-cztyrdziści. Nim rozepnę kurtkę – niczym żółw nindża wyłania się spod ziemi anielica. Bliżej jej do katalogu Obsessive z sexi ciuszkami, niż do drogowskazu ukazującego drogę zbawienia. Skrzydlata podchodzi kręcąc biodrami i zerkając na mnie zalotnie skubie piórko w skrzydełkach. Z anielskich ust dobywa się:
– Reprezentuję stowarzyszenie na rzecz…
Szybko przerywam:
– Tak, potrzebne mi opłatki, jedną paczkę proszę.
– A ma Pan ochotę na sianko?
Tu mój mózg wpada na najwyższe obroty: albo za dopłatą są trzy źdźbła pod obrus, albo kogoś swędzi anielska dupa i mam rwanie. Tak czy inaczej, gdyby była tu obecna Najwspanialsza-Z-Żon, paczka siana już by była załadowana w tę część anielskiego organizmu, do której z pewnością nie dociera światłość zbawienia.
Dla pewności dopytuję drapiąc się po twarzy tak, by obrączka była dobrze widoczna:
– Takie pod obrus?
– Tak, jest gratis do opłatka.
Płacę, odchodzę. Muszę w przyszłości sprezentować Najwspanialszej-Z-Żon takie skrzydełka.

Przedzieram się przez sklep. Ogólna rozjebunda, pod rybnym trzeci szwadron emerytów ściera się z oskrzydlającymi go przepracowanymi japiszonami w walce o ostatnie dogorywające karpie. W tym samym czasie na warzywnym tłum wywiera coraz większą presję na personel, domagając się ogórków o przekroju w kształcie gwiazdki. Jednocześnie stara się opanować zamieszki na drogeryjnym spowodowane wykupieniem wszystkich świątecznych zestawów “zobacz kobieto jestem na koniu”.

Zasada ruchu prawostronnego przestała obowiązywać. Zamiast poruszać się w jakiś przemyślany, sensowny sposób, kupujący snują się jak banda zombie polująca na dupsko Milli Jovovic. Na alkoholowym za to dzień zadumy. Wszyscy w skupieniu przeglądają półki pełne piw i win, zapewne zastanawiając się, jaki trunek kupić w ramach tradycyjnego, bożonarodzeniowego posiłku. Nażreć się, napierdolić, iść na pasterkę. Jutro podobnie, tyle, że bez pasterki.

Biorę sok z półki obok i kieruję się do kas chcąc po drodze odwiedzić regał z mlekiem. Przy półkach z cukrem dzieją się rzeczy piękne i niezwykłe:

Ona: i musimy wzionć czy kila cukuru!
On: drobno mielony czy zwykły?
Ona: weź drobno mielony, drobiny są mniejsze to więcej ich się mieści w paczce!
Ich dziecko: mamo, ale i tak i tak jest tylko jeden kila w torbie.
Nagle nie wiedzieć skąd nad głową dziecka pojawiły się ciemne chmury miotające błyskawice. Świąteczny nastrój prysnął jak nocny bąk przez otwarte nad ranem okno. Ona starając się niczym Meduza zamienić dziecko wzrokiem w kamień, wysyczała przez zęby do męża:
Ona: Jendrek, bier ten cieńszy!

Mam już mleko. Przedzieram się przez sklep. Pod kawami trwa walka o…
Ona: te lepszą kawę weź, bo jak szwagierka przyjdzie to potem byndzie gadać, że u nich ostatnio czibo było a u nos ino neskafe lejemy i trza jeszcze…
On: ale po co aż trzy paczki?
Ona: weź nie godej, patrz, w promocji jest, i trzi dwadzieścia zaoszczyndze!
On: ale mi ona nie smakuje!
Ona: no to na prezencie da się komuś, bier trzi.
On posłusznie ładuje trzecia paczkę do wózka, tęsknym wzrokiem sunąc w stronę półek z piwem. Ich nastoletnia córka znudzona do obrzygania, patrzy nieobecnym wzrokiem w słoik z zabielaczem, naciągając palcami prawą powiekę i puszczając ją. Systematyczne “ślurp!” trzaskającej o gałkę oczną powieki wypełnia jej otoczenie. Rodzina rusza, w oczach ojca rodzi się nadzieja – jadąc na stoisko z serami można przejechać obok stoiska monopolowego.

Gdzieś z przodu widzę kasy, idę w ich kierunku. W głośnikach rzęzi “Pójdźmy wszyscy do stajenki”, zagłuszane przez ryk godny konającego bizona:
– jak to kurwa Andrzej i Mela z dziećmi przyjdą?!!?!? Na chuj żeś ich zapraszała!!! Pytałaś mnie o zdanie?!?!!?

Zdecydowanie czuć atmosferę świąt. Przy kasach bożonarodzeniowe zamieszanie. Żadna z kasjerek ani żaden z ochroniarzy nie są w stanie zdjąć z odtwarzacza mp3 blokady antykradzieżowej. Tłum faluje szykując się do linczu niedoszłego właściciela odtwarzacza, który poza kolejką odwiedza kolejne kasy prosząc o zdjęcie blokady. Gdyby nie obstawa ochrony sklepu – pewnie już by miał problematyczne precjozo wbite w krtań.
Obok mnie następca Isaaca Newtona bada skutki prawa ciążenia: otwiera kartonik z perfumem, po czym obraca go do góry nogami. Zgodnie z wszystkimi prawidłami – butelka wypada z kartonu i roztrzaskuje się  o podłogę. Dookoła rozchodzi się drażniący zapach piżma, czy czego tam z bobrzej dupy używa się do produkcji perfum. Następca Newtona ulatnia się z miejsca zbrodni nie zwracając na siebie uwagi. Obstawiam, że stara się wywinąć z płacenia za zniszczony towar.
W tym samym czasie objawia się nowy talent przy kasie: Mistrzyni Pakowania W Jednorazówki. Lekko licząc, ciężar jej zakupów można szacować na srylion kilogramów. Mistrzyni nie zważa na to, dzielnie upychając trzeci kilogram mandarynek do torby która z założenia służy jedynie do tego, żeby się potargać. Rzucam okiem na to, co jeszcze mistrzowska ręka ma zamiar wpakować w jednorazóweczki: szczególnie dobrze rokują kanciaste dwulitrowe kartony z sokami czekające tylko na to, by przebić swoimi rogami reklamówkowe uosobienie cienkości i tandety.
Mistrzyni kończy pakowanie i odchodzi. Skupiam swoją uwagę na jegomościu za którym stoję. Facet około czterdziestki dumnie zerka na taśmę ze swoimi zakupami. Zadowolony z siebie ocenia prezenty: dla chłopaka autko, dla dziewczynki zabawkowy mixer. Wyraz oczu kupującego mówi: “bardzo dobrze, niech się od maleńkości mała franca uczy, gdzie jej miejsce”.
Moje obserwacje przerywa dźwięk dartej reklamówki i huk kartonów walących o ziemię. Obstawiam, że Mistrzyni poniosła klęskę. W ogólnym hałasie nikną gdzieś przekleństwa kierowana na adres producenta “tych szmelcowatych toreb na zakupy”.

Uosobienie sexizmu po zapłaceniu za zakupy odchodzi od kasy, reguluję rachunki i ja, po czym staram się wydostać jak najszybciej z tego piekła.

Idąc pasażem staram się wyprzedzić zakochaną parkę, która stara się swoim szczęściem zablokować możliwie największy kawałek podłogi. Już mam ich mijać lewą stroną, gdy nagle niewiasta rzuca się na szyję przechodzącej lewicą 2giej niewiaście:
– no czeeeeeeeeeee!!!
– czeeeeeeeee, co robicie tu kochani?!!? – zapytuje zaskoczona ta-2ga.
Dwa samczyki towarzyszące niewiastom przechodzą w tryb prężenia się przed sobą, poprawiania sznurówek na jaskrawych adidasach i ciągłego sprawdzania, czy paski równo na spodniach się układają. Chcąc widzieć swe panie z odpowiedniej perspektywy, odsuwają się o krok zajmując jeszcze więcej miejsca na pasażu, przechodząc jednocześnie w tryb piekących pach, czyli puszenia się z jak najszerzej rozstawionymi ramionami. Ostatnio widziałem takie coś w stajni – gdy kura dawała się wydymać kogutowi to podobnie ustawiała skrzydła. Niewiasty w tym czasie prowadzą ożywioną konwersację:
– no i co robisz tu, co, noooooooooooo?
“ZAKUPY KURRRWA!!!!” – mam ochotę rzucić jej w twarz
– a wieeeeeeeeeesz, kochanie moje – tu uśmiecha się do jednego z prężących się kolesi – powiedziało, że mamy mało piwów a przed świętami to wiesz, trzeba mieć, on taki troskliwy…
Troskliwy jegomość od piwów jest na krawędzi wytrzymałości ociekając męskością i zajebistością. Jeszcze jeden komplement i zesra się albo puści krew nosem.
– no wieeeeeeeeesz, kochana – nadal toczy się rozmowa niewiast – a po świętach co robicie, jakieś balety na sylwka?
Staram się ominąć te spinającą się elokwencją i męskością zbieraninę, jednak nie mogę się przecisnąć przez pasaż zatarasowany wylewającymi się z biodrówek boczkami rozmówczyń. Te kontynuują dysputę:
– a plany na nowy rok?
– a wieeeeeeeeesz, spodziewamy się z Misiem dziecka, Misio obiecał z początkiem roku poszukać pracy, a ja chyba przerwę szkołę bo w sumie i tak pojebana jest wieeeeeeeeeeeeesz…
– oooooooo, gratulujeeeeeeee, kochaaaaaaaaana, dorobiliście się!
– noooooo, wiesz kochaaaaaaana, ale nie wiem jeszcze co zrobimy dalej…

“Jak to co” – myślę prześlizgując się między zwałami tłuszczu pomiędzy którymi zrobiła się szpara – “MOPS i żerowanie na normalnych obywatelach, pierdolony pasożycie. A, wesołych świąt wytwórnio ćwierćinteligentów rodzących kolejnych ćwierćinteligentów”.

Przepełniony świątecznym duchem wychodzę ze sklepu.

*****

Na deser – scenka rodzajowa, czyli Deja Vu: gdy kobieta mówi, że w rogu, to nie znaczy, że w rogu.

Najwspanialsza-Z-Żon: kupimy jeszcze ryby?
Ja: nie ma problemu, wracając podjedziemy do sklepu, przy okazji weźmiemy szampon.
NzŻ: ok 🙂
Tu wiadomo – od razu czuję nadchodzącą misję zabicia parszywego karpia, wykazania się swoją męskością, morderczymi instynktami, imponującym stylem posługiwania się nożem, czyli wszystkim tym, na widok czego Najwspanialsza-Z-Żon zmięknie nieco w kolanach. Wchodzimy do sklepu, zaczynam się kierować w stronę basenu z karpiami, gdy Najwspanialsza-Z-Żon nagle ciągnie mnie do zoologicznego i zwracając się do ekspedientki stojącej obok akwariów z rybkami rzecze:
NzŻ: sześć Brzanek, dwie Rozbory i dwa Danio proszę 🙂

No chuj bombki strzelił. Pakuję swoje mordercze instynkty do tylnej kieszeni spodni i posłusznie idę do kasy zapłacić za rybki.

Share

najbardziej lubię przyszłość polskiej inteligencji właśnie. nie wiem zupełnie dlaczego selekcja naturalna przestała nas uśmiercać w odpowiednim czasie?

Taaa, a w głośnikach "Lulajże i lulajże". Dlatego do sklepu w okresie świątecznym zawsze chodzę po dwóch piwach.

Cancel reply