Magiczne Kuleczki [cz.2]

Cztery dni do godziny zero.

Przez uchylone okno wlewa się powietrze wilgotne niczym oddech bereciary pod krzyżem. Senne twarze snują się po korytarzach, szukając natchnienia na rozpoczęcie kolejnego dnia pracy w służbie ludzkości.
Pośród tego zbiorowiska żywych trupów stoję ja. Niczym druid pochylony nad kubkiem tajemnej mieszanki suszonego zielska, wącham, doglądam, dolewam, miącham… Sześć łyżeczek płatków owsianych kupionych o północy w nocnym na granicy miasta, cztery szczypty cukru z woreczka krwiścieczerwonego, zamiąchać pięć razy w lewo stojąc na prawej nodze, trzy razy prawo nucąc pod nosem “Hare Rama Hare Rama, Rama Rama Hare Hare”, powąchać – nos się wykręca i oczy łzawią. Jest ok.

Przenoszę delikatnie kubek w stronę biurka. Blask monitora oświetla zawartość naczynia. Trzeba być bardzo delikatnym – gdyby mi się wylało, wyżarłoby dziurę w stole, wykładzinie i zrobiłaby się dziura do biura piętro niżej. I że niby ja mam zamiar zjeść to coś!

Wbijam łyżeczkę w galaretowato-porowaty twór, przy którym ektoplazma z GhostBusters wymięka. Coś wewnątrz kubka zasysa sztuciec i nie chce puścić. Z wielkim oporem miącham zawiesiną, niczym Belzebub szykujący smołę w kotle na przyjęcie Ojca Dyrektora. Mam coraz większe wątpliwości co do spożywania tego czegoś. Coż jednak mam innego zrobić, gdy organizm cierpi, a żołądek z nerwów nie chce przyjąć żadnej paszy, poza prostymi glutami szykowanymi dla dzieci? Poza tym stara polska prawda (odkryta na papirusie w Malborku) mówi:

Gdy z okazji cięcia ptaka
na tle nerwowym dopadnie Cię sraka,
gdy Ci się cofa na widok jedzenia,
zeżryj glut owsiany
by skończyć swe cierpienia!

Sięgam po łyżeczkę załadowaną odrażającą papką i wsadzam sobie całość do ust. Ciamknam chwilę w skupieniu, na wszelki wypadek mając pod ręką śmietnik. Organizm stwierdza, że chyba mnie posrało – wszak w jamie ustnej nie stwierdzono ani kawałka mięsa! Przełykam z trudem. Kolejna łyżeczka wchodzi jeszcze ciężej. Przy czwartej moja cielesna powłoka stawia czynny opór. Ładuję w siebie na siłę kleiste-coś targany odruchami obrzydzenia. Teraz wiem, jak czuje się kot któremu ktoś stara się wytłumaczyć, że czopek to sama przyjemność i fajnie jest umieszczać go sobie w organiźmie. Pewnie minę mam podobną do czopkowanego kota.
Wiem jedno: prędzej mi włosy na kolanach urosną, niż kiedykolwiek zjem płatki dla przyjemności.

Mija piętnaście minut. Zawartość kubka została wciągnięta. Oblizuję się jak pies któremu ktoś zaaplikował pastę na odrobaczenie.

Zrezygnowanym wzrokiem gapię się w pudełko płatków. O, jest instrukcja… Szkoda, że dopiero teraz ją widzę…

…to woda do zalania miała być zagotowana, a nie zimna?!??

Share