Kuchenne ewolucje

Czwartek.
Po pięciu dniach cierpienia, okrutnych męczarni pod postacią anginy zaklętych, powstaję oto ja, niczym Fenix z popiołów! Ruszam swój Prawdziwie Męski zad, by niespodziankę Najwspanialszej-Z-Żon zrobić.
Znaczy się – upierdolę coś wybitnego na obiad!

Szybka wizytacja w kuchni. No tak. Leżąc w domu zeżarłem większość rzeczy nadających się do spożycia. Jedyne co rzuca się w oczy to kurczak i pomarańcze. Wklepuję w Google ‘kurczak z pomarańczami’ i voila! Jest przepis! Są nawet obrazki – to jeszcze lepiej. Tylko coś tu nie gra. Trup na obrazku ma jakby nogi i kończyny górne, a mój jest płaski i bardziej meduzowaty. Ano tak, w zamrażarce były tylko filety… Jak wiadomo filet nie posiada dziury odbytowej, więc nijak nie da się wypchać go pomarańczą. Przepis odpada.
Zmiana frazy: ‘kurczak z pomaranczami’.
Jest!
Na obrazku filet – to mam. Pomarańcze – to też mam. Jeszcze raz sprawdzam tytuł przepisu: “Kurczak w pomarańczach… z orzechami”. Jakie znów orzechy?
Chwila grzebania w torbie – ha! Znalazło się kilka orzechów! No to jak zaraz obiada uwalę, to Najwspanialszej-Z-Żon tak zmiękną kolana, że zacznie zostawiać za sobą mokre ślady!

…wyciśnij sok z połowy cytryny i pomarańczy…

No to to wiem o co chodzi, w końcu jestem samiec, po coś ten testosteron i mięśnie mam. Kilka strzałów w cytrusowe lica i już sok leje się gęsto!

…posól i popieprz kurczaka pokrojonego w paski…

Ciach ciach ciach! Kilka ultraszybkich ciosów nożem w kurze truchło i mamy paseczki jak od liniki. Teraz doprawiamy zwłoka: jeb, w słoiku została końcówka soli. No nie ma chuja we wsi, soli nie styknie. Zeskrobuję dzielnie ostatki z dna słoika. Mało, cały czas mam jej za mało. Na szczęście kawalerskie czasy nauczyły, jak pozyskiwać sól gdy wydawać się może, że nie ma jej wcale. Do zbiornika po soli wlewam odrobinę wody, miącham, miącham, próbuję – woda słona jak pacha spoconej kurtyzany przy DK88. Chlup – wlewamy pomyje do mięsa uzyskując słoną marynatę. Do tego dorzucamy pieprz i gotowe. Zerkam w przepis co zrobić z pomarańczami, a tam…

…Połączyć sok ze startymi skórkami (pomarańczy, cytryny i/lub limonki), miodem, imbirem, cynamonem, olejem i winem, drobno posiekanym czosnkiem, wymieszać dokładnie.

CZYM KURWA?!?!?!
Wcześniej tak nie było napisane!!! Psia mać, musiałem nie przewinąć strony!
Co to jest kurwa IMBIR? To chyba do ciastek coś, jak będę miał piec ciasto do tego kurczaka to jebnę!
Szybkie poszukiwania w koszyku z przyprawami. Srylion torebek z najróżniejszymi dziwactwami, na jednej jest jest napis “imbir”. Ok, wsypuję ciulstwo do marynaty. Teraz miód. Miał być płynny, ale mam tylko taki co się w cukier zamienił. Odlewam marynatę, pakuję miód, miącham dłonią robiąc ciapaję – teraz jest płynny. Olej? Olać olej, mamy jeść zdrowo bez zbędnych kalorii. Wino – odpada, jestem na antybiotykach. Czosnek… Pomarańcze i czosnek?
Wącham mięso w marynacie – jebie jakby lekarstwem na kaszel. Jednak czosnek to zdecydowanie dobry pomysł. W razie czego dodam więcej – zabije posmak syropu odkrztuśnego.
Mija kilka minut – czosnek pociachany. Skórka z pomarańczy starta, skórka z cytryny… eeeeeeeeee.. cytryna była tylko jedna, co ja z nią zrobiłem po wyciśnięciu?

…na szczęście w koszu na śmieci nie było nic obleśnego, do czego skórka z wyciśniętej cytryny mogła się przykleić. Wącham – wydaje się ok. Kilka sekund szorowania pod kranem i skórka jak nowa, nic tylko ścierać!

Orzechy… pieprzyć orzechy, nie zdążę, mam kawałek czekolady z orzechami, dam na deser to wszystko się wyrówna.  Obieram pomarańcze, kroję w plasterki, zerkam w przepis:

…ułożyć warstwami w naczyniu żaroodpornym..

Naczynie żaroodporne? Coś ostatnio Najwspanialsza-Z-Żon o nim mówiła, więc szukam dziadostwa w szafkach. Znalazły się kapcie których szukałem od pół roku, znalazła się gumowa kość od psa i jakiś element damskiej bielizny lub średniowiecznego narzędzia tortur. To zależnie od tego, czy zakładałem sobie to na tyłek czy na twarz. Oczywiście naczynia żaroodpornego nie znalazłem.
Jest za to forma do ciast. I to i to do piekarnika się nadaje, układam więc drobiowo-pomarańczowe piętra w czymś co ma więcej wspólnego z babką piaskową niż kurczakami. Pakuję wszystko do piekarnika – akurat wchodzi do domu Najwspanialsza-Z-Żon.

Staję w drzwiach z kuchni dumny z siebie niczym Bydlę Miaukate po uświnieniu jednym rzygiem trzech par butów, następuje tradycyjny cmok i tradycyjne w takich okolicznościach pytanie:

– co będzie na obiad?
Dla podkreślenia atmosfery obniżam głos i patrząc prosto w oczy Najwspanialszej-Z-Żon pytam:
– a czym Ci pachnie?
– kurczak z cebulą?

…no ja pierdolę. Odwracam się i wchodzę do kuchni.
Piętnaście minut później wszystko wygląda na gotowe. Ryż ugotowany, kurczak soczysty i pachnący, nawet pomarańcze nie zamieniły się w breję. Układam wszystko ładnie na talerzach, po chwili podaję korytko Najwspanialszej-Z-Żon.
Mijają minuty przesycone ciamkaniem, siorbaniem i mlaskaniem. Nieśmiało pytam:
– smakuje?
Najwspanialsza-Z-Żon z uroczo dyndającą cząstką pomarańczki w kąciku z ust stwierdza:
– cysstko parco tophe!

Maj miszyn is kamplit!

*****

Uzupełnienie notki:

Kilkanaście minut po obiedzie Najwspanialsza-Z-Żon czyta notkę. Czekając na ochy i achy wiercę się obok. Gdy otwierają się usta mej 2giej połowy jestem gotów na chłonięcie pochwał i komplementów.

– GDYBYM WCZEŚNIEJ TO PRZECZYTAŁA TO BYM NIE ZJADŁA!!! IDŹ I ZGIŃ I NIE RÓB WIĘCEJ OBIADÓW!!!

…i weź tu próbuj dogodzić kobiecie…

Share