• "date": "26 lutego, 2013"
  • "title": "Wspomnieniowo destrukcyjnie"
  • "blogger_blog": "30lat.blogspot.com"
  • "blogger_author": "30lat"
  • "blogger_permalink": "/2013/02/wspomnieniowo-destrukcyjnie.html"
  • "blogger_internal": "/feeds/6495723430140596885/posts/default/7836460180674217502"

Są pewne rzeczy, których kobiecie dotykać nie można. Nie można i tyle. Niewieście dłonie na przedmiotach owych są równie bluźniercze, co warzywo na talerzu dotykające kawałek smakowitej, soczystej wołowiny.

W przypadku świętych precjozów nie ma miejsca na niewieście pytania w stylu:
– dlaczego tego nie wyrzucisz?
– po co ci to potrzebne?
– dlaczego tego nie pomalujesz np na różowo?
– a może by tak okleić to różowym futerkiem?

Nawet delikatne sugestie rodzaju:
– a może przynajmniej zeskrobiesz z tego pleśń?
…też nie powinny się pojawić. Nie i już!

O ile udało mi się Najwspanialszą-Z-Żon odwieść od pomysłów w stylu “wyrzućmy twoją kolekcję żółtych gumowych kaczuszek”, czy “a może by tego półmetrowego gumowego kurczaka dać psu do zabawy?”, tak nigdy bym nie pomyślał, że ofiarą niewieściego, podświadomego dążenia do likwidacji wszystkich artefaktów będących dowodem beztroskiego życia kawalerskiego, będzie kubek.
Mój kubek.
Ten Kubek.

Nosz kurwa mać!
Toż to nawet udało mi się uchronić przed wyrzuceniem moje ukochane pra-glany, w których dane mi było pływać w naszym pięknym Bałtyku! A kubka uratować nie dałem rady…

Kubek.Który to był rok? 2004? 2005? Nie pamiętam dokładnie. Z ówczesną Najwspanialszą-Z-Dziewczyn wiedliśmy w tamtym czasie dość barwny żywot, który polegał głównie na pracy, studiach i obijaniu się po Polsce z plecakiem na grzbiecie.
Kołobrzeg, zdaje się, że jesień. Do tego późna. Wielkie spocone Niemkozaurzyce ze stadem zapasionych Szkopoziątek już dawno podryfowały za swoją stronę granicy, Farszafka też zwinęła swe wysolarowane dupska w stronę domu, w końcu można było jak człowiek siąść na plaży, by w ciszy i spokoju nawalić się produktem polskiego przemysłu winiarskiego, ewentualnie skupić się na innych czynnościach na widok których mewy z nieba spadały.
Teoretycznie moglibyśmy gnić godzinami w oparach gleborzutów gadając o niczym szczególnym gdyby nie fakt, że czasami poza zdrową paszą w postaci płynnej (wszak wino było wiśniowe, więc jakieś witaminki musiały w środku być), należy przyjąć także coś w postaci stałej.
Tu się kłania bar mleczny. Stołówka wyrwana wprost z wczesnych lat osiemdziesiątych. Miejsce ze stołami krytymi ceratowym obrusem, miejsce gdzie aluminiowe widelce wyginały się na twardych niczym kewlar kotletach. Świątynia, w której mistrzem ceremonii była wielka, sympatyczna kuchara w poplamionej, kwiecistej podomce, witająca przybyłych chwytającym za serce:

– …sobie pan życzy?!

Standardowy zestaw “mielone, ziemniaki i buraczki proszę” został uzupełniony kubkiem czegoś co nosiło nazwę kawy. Kubkiem. Tym Kubkiem.
Biały, gruby jak muszla sedesowa, wygodny w trzymaniu niczym śledź wysmarowany olejem, mój Kubek! Gdy tylko spojrzeliśmy na siebie, wiedziałem że to będzie początek długiej przygody. Po wchłonięciu paszy stałej, talerze grzecznie poszły do okienka na brudne naczynia, zaś Kubek powędrował nieśmiało do kostki.
Tak oto rozpoczęła się nasza wspólna historia…

Był mi jednym z najbliższych przyjaciół, był mi towarzyszem w czasach chudych jak i grubych, to właśnie On w momencie największego kaca ulgę przynosił wraz z płynną zawartością, to On utrzymywał temperaturę gorącej herbaty, gdy złożony chorobą ciepłe płyny przyjmować musiałem. Nikt inny, tylko Ten Kubek stał zawsze na honorowym miejscu będąc gotowym do niesienia kawy, herbaty, piwa, wódki, wina, wody, czegokolwiek, jakikolwiek płyn chciałbym do niego wlać – zawsze był gotów przyjąć efekt moich najbardziej wyuzdanych, płynnych fantazji.
Może nie zawsze traktowałem go tak, jak powinienem. Zdarzało się, że po imprezie stał zapomniany gdzieś w rogu mieszkania z jakąś resztą herbaty i kiepami w środku, może nie zawsze od razu go myłem, ale… Chyba właśnie na tym polega przyjaźń. Na wspólnym przeżywaniu tych lepszych chwil ale i tych gorszych.

Żywot Kubka zakończył się wraz z solidnym pierdolnięciem towarzyszącym zwaleniu się naczyń na podłogę. Merdaty od razu przyleciał do pokoju zameldować, że jak coś, to on nie miał nic wspólnego z tym co się stało.
To głos Najwspanialszej-Z-Żon oznajmił wieść hiobową:

– nie denerwuj się, ale chyba rozbiłam twój kubek…
– KTÓRY?!!?
– no właśnie Ten…
– …

Uczcijmy pamięć Kubka minutą ciszy.

*****

Wieczór. Spocząłem w małżeńskim łożu w pozycji Nieszczelnej Kuchenki (znaczy się leżę palnikiem do góry wypuszczając co jakiś czas gazy), przed mym licem na ekranie TV jakaś urocza niewiasta stara się mnie przekonać, że na jej pieczenie stref intymnych pomaga tylko i wyłącznie Kuciapomycyna Forte. Po minucie niewiastę z Kuciapomycyną Forte zastąpiła Pani Babcia opowiadająca o swoich problemach z wypróżnianiem. Zaczynam się zastanawiać, co piętnastominutowy blok reklam z Kuciapomycyną i zatkaną pierdziawa pomarszczonej starowinki mają wspólnego z misyjnym charakterem telewizji publicznej, gdy do mych uszu dochodzi pytanie Najwspanialszej-Z-Żon:

– robię kawę, chcesz też?
– tak – odpowiadam.
…i przypominam sobie, że już nigdy nie napiję się kawy z Niego.
I kurwa aż tak coś za serce chwyta…

Share

ale ból byłby piękniejszy gdybyś bez studenckiego języka go wyrażał. wszak 30 się chwalisz, a to dziś język małolatów bezszkolnych. wyrazy współczucia ze zrozumieniem – wczoraj wyszczerbiony został Mój Kubek, co oznacza ajego zerową funkcjonalność. buuuu

Ból należy wyrażać ze słownictwem, bo to pomaga zmagać się z nim (bólem, nie słownictwem). Udowodnione naukowo. Przez hamerykańskich naukowców.
A kto w szkole (czy później) nie nosił kostki/kwadrata, ten kiep ;P

hahaha, dla mnie to przezabawne, choć też nie lubię jak mi coś wywalają, boć co gorsza ktoś użyje MOICH perfum, ale sposób opisania tego błahego, z punktu widzenia problemów toczących się na świecie, jest genialne

Też mam taki kubek . Czas już wyrył na nim swe pęknięcia. Każdego dnia parząc w nim kawę modle się ,żeby nie pękł do końca, bo dla mnie byłoby to traumatyczne przeżycie. Wyrazy współczucia .

Jasne. Zawsze jako argument możesz dodać, że metoda jest całkowicie naturalna ( bez konserwantów ) i w trakcie testów nie ucierpiało żadne zwierzę.