Szczeniaczek

Na świecie mamy pewnie jakiś srylion wirusów. Wirusy odpowiedzialne za gorączki krwotoczne, za zgąbczenie mózgu, znalazłoby się coś od demolowania układu odpornościowego, a nawet jakiś mikrob po którym pewnie wypadają włosy albo i nawet odpada.. nieważne.
Więc gdy już Prawdziwego Samca weźmie jakiś wirus położy, to wypadałoby, żeby przynajmniej miał jakąś orientalną, groźnie brzmiącą nazwę, jakieś właściwości śmiercionośne niech ma, żeby człek mógł powiedzieć:
– ha! Organizm mój samczy pokonał okrutnego mikroba! Wygrał nierówną walkę z atakiem miliarda prymitywnych istot, które chciały uśmiercić mą powłokę cielesną, ale nie ze mną te numery!

…i wtedy Prawdziwy Samiec mógłby jakimiś danymi statystycznymi zarzucić i zabłysnąć jako jeden z niewielu którzy przeżyli. Tak! Tak właśnie powinna wyglądać walka Prawdziwego Samca z wirusem! Niechaj więc przybywają wszelakie Ebole, Marburgi, AH1N1, SARSy czy HIVy, niech spróbują starcia z mym Samczym Organizmem, niech poniosą sromotną klęskę która zapisze się na stałe w kartach historii przynosząc mi chwałę i cześć i uwielbienie! Bo tak właśnie powinien chorować Prawdziwy Samiec!

…a ja jedyne co, to dostałem jakiejś wirusowej sraczki.

*****

Jak miecz na karkiem, wisi nad nami temat praktyk. Chciał nie chciał – trzeba przeorganizować sobie rozkład dnia, zajęcia w lecznicy uwzględnić i zacząć realizować to, co nieuniknione. Dumam więc przed zaśnięciem jak to wszystko poskładać do kupy. Myśli zaczynają się rozmywać, obraz przed oczami się rozpływa, pochrapywanie Merdatego znika gdzieś za szeptem Morfeusza, który tworzy w mej mózgownicy sen, tak, rodzi się sen w którym…

…stoimy we trójkę na dnie jakiegoś wykopaliska. Nie wiem kim są moi towarzysze. Zerkamy na strome ściany otaczające nas z trzech stron. Po prawej w tle majaczy jakaś fabryka, może kompleks przemysłowy. Tak, chyba to jest kamieniołom, chyba tam gdzieś jest jaskinia do której mamy w niedzielę jechać.
Sine niebo wisi absurdalnie nisko nad naszymi głowami, przetaczające się po nim, brudnozielone chmury przypominają pulsujące wnętrzności jakiegoś tworu z najmroczniejszych głębin oceanu.
Nagle do naszych uszu dochodzi wycie syren. To gdzieś nad nami pędzi samochód na sygnale. Rozglądamy się – jest. Na moście zerwanym w połowie długości, przy samej krawędzi stoją trzy samochody. W ich stronę pędzi rozpędzona karetka. Samochody stoją w nienaturalnych pozycjach, pewnie musiał być wypadek. Rozpędzona karetka zbliża się do aut nie zwalniając nawet odrobinę. Na naszych twarzach zaczyna malować się przerażenie – ten samochód się już nie zatrzyma…
…ułamek sekundy później rozpędzona karetka uderza w samochody spychając je na barierki, sama zaś odbija się kilka razy od nich by w końcu dotrzeć do końca mostu i runąć w dół wyjąc rozpaczliwie zawodzącą syreną. Huk i jazgot gnących się blach. Karetka uderza w ziemię. Ktoś obok krzyczy:
– trzeba tam biec i mu pomóc, za kierownicą był szczeniaczek!!!

Biegnę więc ile sił w nogach, staram się jak najszybciej dotrzeć do powyginanego wraku. Nie mam pojęcia dlaczego karetką miałby kierować szczeniak, ale nie pora teraz na takie rozważania. Dobiegam do wraku, wybijam kopniakiem ocalałą jakimś cudem szybę i nurkuję do szoferki pomiędzy pogięte blachy. Jest. Za kierownicą siedział szczeniak labradora. Delikatnie go wyciągam z wraku – żyje. Tak, lecznica, teraz do lecznicy, przy okazji załatwię praktyki. Z góry, z mostu ktoś krzyczy do mnie:
– biegnij do lecznicy, na pierwszym piętrze jest gabinet i tam czeka już lekarz!

Biegnę więc, wspinam się po stromej ścianie najdelikatniej jak się da niosąc rannego psa. Wiem, że coś jest nie tak z jego żebrami, bo jest jakiś taki nierówny na boku i trochę przypomina skarpetę wypełnioną grochem. Ale mozolnie wspinam się w górę. Żwir i kamienia usypują mi się spod nóg, kilka razy prawie upadam. Szczeniak nadal oddycha.
Chmury na niebie ciężkim jak niestrawność po starym bigosie, zaczynają się kotłować, obracać. Nadchodzi burza. Wpadam do budynku. Lecznica, na pierwszym piętrze jest lecznica. Nigdzie nie ma schodów. Bezzębna staruszka z sinymi od tytoniu palcami uśmiecha się do mnie dopalając peta bez filtra:
– ja wiem gdzie są schody, ale nie powiem. Uratuj szczeniaczka.

Wpadam więc w labirynt korytarzy. Stare, brudne lamperie ochlapane resztkami rzeczy których pochodzenia znać nie chcę, obserwują mnie cicho. Rybiooki pacjenci na wózkach, balkonikach, powoli wynurzają się z pokojów uśmiechając się szyderczo:
– ona ma szczeniaczka, idzie ratować szczeniaczka.

Potykam się o jakiś wózek inwalidzki i dalej biegnę, przebiegam przez stare łazienki, z odpływów śmierdzi gnijącą mazią, woda obleśnie kapie z kranów, spływa na ziemię jak śluz grzejącej się klaczy. Nie, nie będę rzygać. Rozchlapując mokre rozlewiska wpadam w kolejny korytarz oświetlony migającą żarówką. Gdzieś w mroku majaczą schody. W końcu.
Wpadam na klatkę schodową, dziewięć schodów do ćwierćpiętra, kolejne dziewięć do półpiętra, po 27 już prawie jestem na górze. Jeszcze dziewięć i jestem przed drzwiami i uderzam w nie bokiem wpadając do gabinetu i już jest jasno i ciepło i sucho i bezpiecznie… czysty, pachnący gabinet z uroczą uśmiechniętą Panią Doktor, gabinet ze stołem czekającym na mojego szczeniaczka, z szafkami pełnymi leków i zapleczem pełnym wszelkiej aparatury która uratuje my życie i podchodzę do lekarki i mówię wskazując na psiaka w moich rękach, że to ten i podaję jej mojego rannego szczeniaczka i wyciąga ona po niego troskliwe ręce i zabiera i…

…upadł jej na podłogę.

*****

Czy sraczka może powodować koszmary?

Share