• "date": "3 kwietnia, 2014"
  • "title": "Nie mam pomysłu na tytuł."
  • "blogger_blog": "30lat.blogspot.com"
  • "blogger_author": "30lat"
  • "blogger_permalink": "/2014/04/nie-mam-pomysu-na-tytu.html"
  • "blogger_internal": "/feeds/6495723430140596885/posts/default/6849888720883906745"

Świat zwariował. Przyjmuje całkiem obce, niecodzienne, nieznane mi wcześniej formy.
Wszystko wygląda i zachowuje się inaczej. I wymaga jakiegoś takiego dziwnego podejścia do sprawy.

Wszystkiego trzeba uczyć się od nowa.
Pomidorowej. Pomidorowej też trzeba uczyć się od nowa. Miałem ugotować mały garnek, wyszła mi pasza w ilości będącej w stanie zaspokoić potrzeby sporego regimentu armii radzieckiej. Nie mogę już patrzeć na pomidorową, a z garnka nic a nic nie ubywa. Miałem nadzieję, że trochę, nie wiem, wyparuje samo z siebie czy coś, ale gdzie tam.
Merdaty też jakby z niepokojem zerka na ten garnek. Zupełnie jakby się obawiał, że spodziewam się od niego pomocy w zeżarciu cysterny zupy. Gdyby był porządnym psem, to sam by poprosił żeby mu nalać.
Kurde, może ona jednak nie była taka smaczna, jak mi się wydawało?

*****

Pękły mi spodnie na dupie. Tak standardowo, znaczy się od prania, bo te proszki teraz takie jakieś agresywne są oczywiście. Nie to że przytyłem czy coś, wręcz przeciwnie. W każdym razie pękły. Jedne z ulubionych. Taka mała dziurka, tak się rozeszło, tak jak zawsze, gdy spodnie dochodzą do wniosku, że chcą oddać duszę panu i zakończyć swój żywot w śmietniku, pośród obierek ziemniaków, łupin cebuli i kociego gówna wyrzuconego z całą zawartością kuwety.
I nie wiem co z tymi spodniami zrobić. Wcześniej wystarczyło pójść do Teściowej, uśmiechnąć się ładnie, pierdzielnąć słodkie ślepka i już. Frrrrrrrrut frrrrrrrrrut na maszynie i spodnie były zreanimowane. A teraz? Jakoś nie wypada, jakoś się nie godzi. W zasadzie mógłbym spróbować zrobić z tym coś sam, ale biorąc pod uwagę moje zdolności krawieckie i fakt, że jedyny ścieg jaki znam to “na kurzą dupkę”, spodnie wychodząc spod moich rąk mogłyby przypominać wiele rzeczy, ale z pewnością nie ten element ubioru, który naciąga się na część ciała odpowiedzialną za siedzenie i pierdzenie na kota.

Trzeba było więc iść po spodnie. Kupić jakieś. Nigdy w życiu nie wiedziałem, że jednoosobowy zakup spodni jest tak złożonym procesem logistycznym. O ile jeszcze ogarniam gdzie są lumpeksy, tak już kompletnie nie wiem na których wieszakach czego szukać. Kolory jakieś, wzory, materiał taki, sraki, owaki, nawet nie można się zorientować, czy to co człek próbuje naciągnąć na dupsko, nie jest gaciami damskimi.
Tak, wbiłem się dziś w spodnie z jakimiś… chuj wie co to było, cekiny jakieś? Bez mała zabiłem się w przymierzalni starając się ukryć kompromitujące gacie na zadzie. Sądząc z ciszy, która zapadła na hali, chyba jednak nie zdążyłem się ukryć i dane mi było olśnić wszystkich zebranych dupskiem zdobionym cekinami układającymi się w napis LOVE.
Ja pierdolę.

Sklepy są straszne. Wieszaki są straszne. Zawsze wystarczało zamerdać ciuchem w stronę Najwspanialszej-Z-Żon i zapytać – “a to?”. Spojrzenie pełne politowania lub zadowolenia zawsze jednoznacznie sygnalizowało, czy mam się udać do przymierzalni z odkopanym znaleziskiem, czy też lepiej iść powiesić się na najbliższym wieszaku by nie robić więcej wstydu podczas zakupów.

Lumpex. Niekończąca się składnica pomysłów, towarów, potencjalnych błędów zakupowych i kusząco niskich cen. Poszedłem tam po spodnie. Jeansy. Wyszedłem z jakimiś super-mega ocieplanymi spodniami narciarskimi składającymi się ze sryliona warstw odciągających pot, wodę i pewnie też bąki, wyszedłem stamtąd z koszulką której nie planowałem kupić, wyszedłem stamtąd ze spodniami na rower. Takimi wyściełanymi w kroczu jakimś amortyzatorem, ze specjalnymi kieszeniami i w ogóle milionem udogodnień. O i ile jeszcze koszulka się przyda, spodnie na rower też wykorzystam, to może mi ktoś wyjaśnić na chuj mi spodnie snowboardowe wczesną wiosną?
Przecież nie potrafię jeździć na żadnej desce, a jakikolwiek mój kontakt ze śniegiem kończy się zazwyczaj przeziębieniem, lub wyrżnięciem ryjem w zaspę.

Zakupy. Kolejny lumpex. Kolejne przymiarki – nie mam na to nerwów. Spotykam gdzieś w międzyczasie kogoś ze szkoły, wchodzimy razem do lumpa więc liczę, że kobiece oko pomoże mi wyłapać coś w moim rozmiarze – ale nie. Zdziwienie, zaskoczenie w związku z rozstaniem z Najwspanialszą-Z-Żon przysłaniają wszelkie inne kwestie. Kurwa, ale ja potrzebuję teraz spodni, a nie pogadanki o tym jak co dlaczego i co teraz.

Poddaję się.
Wchodzę do sklepu gdzie można kupić nowe spodnie. Jakiś outlet. Wykosztuję się, odżałuję, ale podejdę do pierwszej lepszej sprzedawczyni i poproszę o pomoc. Przynajmniej w teorii powinna wiedzieć, jak określić moje rozmiary, więc przy dobrym wietrze ten jeden problem będzie z głowy.
Taki chuj. Pierwsza ekspedientka ogląda, czy tips jej się nie odkleił, druga chwali się trzeciej jakąś techniawką z telefonu. Obsługa – pełna profeska.

Wyłapuję więc z tłumu sprzedawców kobietę w wieku jurajskim, której wiek jednoznacznie wskazuje, że o życiu wie już wszystko. Więc pewnie na rozmiarach też się zna. Bingo. Bierze mnie na bok, wyciąga miarkę, mierzy w każdą ze stron, to raz wzdycha, to raz coś mamra pod nosem, liczy, kalkuluje, dodaje odejmuje, sięga do wieszaka i wyciąga coś, co wygląda rozmiarowo na ciuch dopasowany do mojego zada. Tak, dopasowane spodnie. Żółte.
Ja pierdolę.
Tłumaczę więc, że to tak nie za bardzo, że bardziej stonowane, że z kolorów to tak bardziej czarne, szare, zielonkawe, takie te, no, niebieskie takie bardziej ciemne trochę jakby popiołem ktoś obsypał, albo atramentem usmarował… Bez mała widać, że kobieta prawie chce zapytać, czy szukam ciuchów na stypę.
No w zasadzie to tak.

Dostaję dwie pary. W jednych cały osprzęt lata mi jak serce Dzwonu Zygmunta i ogólnie wyglądam jakbym sieknął kretem w pieluchę, kolejne znów są tak obcisłe i opinające, że mogę w lustrze rozpoznać odznaczające się na materiale poszczególne włosy łonowe. O losie złośliwy…
Za którymś razem pojawiają się Te spodnie. Nie wiem jaki mają kolor. Taki niejednolity. Zakładam je na zad. Prawie idealne. Jak się trochę rozciągną, będą ok.
Wstrzymując oddech zerkam na cenówkę. Dziewindziesiont dziewińć. O matko. Jakimś sposobem nie zwalam się na ziemię niczym porażony piorunem, uspokajam oddech, podejmuję męską decyzję. Biorę. A co mi tam.
– poproszę te spodnie, pasują. Normalnie powinienem Panią uściskać w podziękowaniu za pomoc.
– ależ nie ma sprawy, po to tu jestem.
Macam jeszcze przez chwilę materiał spodni. Jest jakiś inny niż zwykle. Taki… Niby delikatny, ale mocny.  I przyjemny w dotyku.
– dziwny materiał – zagaduję – takiego jeszcze nie miałem…
– a bo to są spodnie, wie Pan, w sklepie firmowym wyżej kosztują normalnie trzysta złotych.

Trzysta zeta za spodnie? To co one robią, masują jądra i mają opcję automatycznego ssania?!

– eeeeeeeeeeee… – zapytuję inteligentnie – to co to jest za firma?
– proszę przyjrzeć się metce.

Odginam materiał, patrzę na metkę. Kurwa, znów konie.

*****

Właśnie napierdolony koleś przy stoliku obok zacząć smęcić na pół knajpy, że teraz jest przesrane bo za pół roku kończy 20 lat a on nadal jest sam. Ile sąd wlepia za wbicie komuś w dupę butelki piwa przy założeniu, że oskarżony działał w afekcie?

*****

Późne popołudnie.
Wmuszam w siebie czikenburgera własnej produkcji. Osiągnąłem mistrzostwo – stworzyłem najobrzydliwsze na świecie danie fastfoodowe. Jeśli po tym nie rzygnę na treningu, to będzie cud.
Przeżuwam paszę kęs po kęsie zerkając bezmyślnie na zakupy leżące na kanapie. Spodnie narciarskie, spodnie do-chodzenia, spodnie na rower. Koszulka – z jakimś dziwnym kolesiem. I jeszcze jedna. Niebieska. Najwspanialsza-Z-Żon zawsze powtarzała, że nie mam się ubierać tylko w czarne kolory. Kupiłem więc niebieską koszulkę z jakimś diabełkiem. Problem w tym, że ten kolor pasuje mi jak spojler do traktora. Nie wiem, do czego będę to miał później dopasować, jeśli nie mam innych ciuchów w podobnych barwach. Chyba przyda się jak już całkiem zsinieję na ryju od tego wszystkiego.

*****

Czwartek. Pora dopić piwo, zapalić jeszcze fajkę i zwijać się do domu.
Jutro piątek. Kolejna walka o to, by zamęczyć się w ciągu dnia na tyle skutecznie, żeby wieczorem paść na twarz nie mając przed snem siły na myślenie o czymkolwiek.

Za to kaktus ożył.
Kto by pomyślał, że kaktusa jednak też należy czasami podlać.

Share

Trzymaj się. Wszyscy koledzy co przerabiali rozwody na początku przeżywali tak jak Ty a teraz powtarzają, że się cieszą. Ci bez dzieci,rzecz jasna.

Wszelkie pocieszenia typu: dasz radę, czas leczy rany.. itd są całkiem do dupy.
Więc ja mam dla Ciebie tylko jedną radę… kup mniejszy garnek 🙂

Było po spodnie pójśc do sklepu z militariami – bo nie wszystkie gacie tam są w ciapki, i jak już kupisz to prędko na dupsku nie pękną. No kupowanie poszłoby łatwo szybko i na temat, boi tam facet-sprzedawca doradziłby jak facetowi.

koszulkę noś pod swetrem czy bluzą .. nie będzie widać że nie pasuje.. a po dziny-na-codzień wdepnij do supermarketu , juz za 30zeta kupisz coś co i wygląda i leży.. a jak się rozlezą po pól roku to też nie żal.

nie cierpię długich postów, nie znoszę opowieści-sreści na pół Internetu, nie czytam kolaboratów o malowaniu paznokci, kupowaniu gaci, gwałceniu wielorybów, rzucam okiem, mówię "ojezuuu" i zamykam stronę, nie komentuję, nie zostawiam śladów, byle przypadkiem tam nie wrócić i oczopląsu nie dostać
właśnie złamałam wszystkie te zasady 🙂
i zastanawiam się jak opowieść o podartych spodniach mogła mnie tak wciągnąć…
ps i na dodatek wrócę tu