Stonka transportowa

Biedrona. Tak, stałem się jednym ze stałych klientów tego sklepu. Nie z powodu jakiegoś wybitnie płomiennej miłości do pchania kasy w zagraniczne firmy, ale tak ot, bo blisko. Wcześniej był MarcPol ale splajtował, bo ludzie kupowali za mało piwa i kaszanki. Więc otworzył ktoś w tym samym miejscu Biedronę, obniżył cenę krupnioków, podniósł cenę piwa, dorzucił do tego pomidory w promocji i wszyscy zadowoleni: klienci, sieć… tylko mieszkańcy osiedla jakby bardziej wkurwieni, bo po ulicach plącze nam się mrowie rzęchów plujących olejem… a, nie, przepraszam: samochodów prawie-zabytkowych, znaczących teren.

Tak czy inaczej: zaczynam chodzić do Biedrony: pomidory biedrona quality po których prawie nie ma sraczki, owoce biedrona quality pachnące woskiem i starymi skarpetami, golarka biedrona quality, która przy odrobinie szczęścia nie pierdolnie mnie prądem. Sama radość. Są też w promocji banany biedrona quality, niektóre nawet żółte. Nie jestem pewien, czy to w biedronowych bananach był koks, ale na wszelki wypadek kupuję je na potęgę i wcieram w dziąsła biały nalot ze skórek.

No i chodzę do tej Biedrony. Bo prawie po drodze z pracy, bo prawie blisko, bo prawie można płacić kartą, a jeśli zabraknie gotówki to można bez problemu wyjść ze sklepu, przejść przez ulicę, wejść do centrum handlowego po drugiej stronie, zjechać ruchomymi schodami na dół, wypłacić pieniądze z bankomatu, wjechać ruchomymi schodami na górę, przejść przez ulicę, wejść do sklepu i już można podejść z powrotem do kasy by uregulować rachunek. Oczywiście o ile człowieka nie zajebią wcześniej ci, co stali za nim w kolejce.
I wyłazi człowiek z tego sklepu przedzierając się przez stado dzieciaków starających się zwalić na ziemię wszystko, co mogą dosięgnąć przy kasie. I otacza człowieka błoga cisza i spokój, nic nie wrzeszczy, nikt nie piszczy, nie spiera się o ostatnią paczkę mielonego garmażeryjnego. Poezja.

Tylko nie rozumiem jednej rzeczy…

*****

Popołudnie. Drałuję w stronę domu targając torbę wypełnioną wszelakim dobrem. Krok za krokiem wspinam się pod górkę przy parkingu, leniwie obserwując resztę pieszych: po prawej idą dwie kobiety z załadowanymi siatkami. Po prawej idą kolejne dwie, każda z co najmniej jedną reklamówką. Z przodu jeszcze jedna niewiasta transportowa, obracam się – za mną następne trzy. Każda jak muł juczny. Tzn nie z urody, tylko z pełnionej chwilowo funkcji. No, w zasadzie te dwie po lewej trochę przypominają z twarzy muła… ale to nie o tym miało być.
Idą więc te niewiasty w wieku różnym, status społeczny przedstawiając różnoraki, idą krok za krokiem. Bez mała słyszę, jak trzeszczą im te biodra, jak ścięgna jęczą pod obciążeniem, trzy z nich mają taki wysiłek na twarzy, jakby zaraz z przeciążenia miała wypaść im macica. Albo wątroba.
I coś mi się kurwa w tym wszystkim nie zgadza.

Gdzie tu są ich faceci?!?!

Przecież za czasów gdy miałem swoją Niewiastę na łbie 24/24h jasne było, że wszelakie zakupy o większym ciężarze załatwiało się razem! No dobra, czasami było to nudne do porzygu, gdy xNzŻ zastanawiała się przez pół godziny nad wyborem pomiędzy bananami skręconymi w lewą albo w prawą stronę, ale taki był koszt życia razem! Tak tak tak, trzeba było znosić akcje xNzŻ w stylu:
– potrzebujemy tylko owoce, cukier, mleko… oooo…. ooooooooo, jaka bluzeczka!

…no ale, kurza dupa, jak można puścić babę do sklepu żeby sama dźwigała kilkanaście kilogramów w siatach? Przecież to nie te czasy, gdy babami orało się pole, czy używało ich do zabezpieczania wycieku w uszkodzonym reaktorze atomowym!

Zdecydowanie, momentami nie ogarniam tego świata.

*****

A Benek ma się dobrze. Chyba.

Bo albo ma pryszcze na końcówce, albo puszcza pierwsze korzonki.

Share