Miesiąc: Październik 2014

Góra-dół, dół-góra.

Wyzwanie. Pokonywanie barier. Własnych słabości. Walka z ograniczeniami tkwiącymi gdzieś w mózgu.

Pchamy się nieustannie w dziury, pchamy się w górę. Targamy za sobą dziesiątki kilogramów sprzętu, wciągamy to pod niebo, lub spychamy pod ziemię. Uczymy się jak być bezpieczni, by móc pchać się w niebezpieczniejsze miejsca. Wszystko wbrew naturalnym instynktom, wszystko częściowo wbrew sobie, wszystko po to, by po powrocie do własnych czterech kątów spojrzeć w lustro i powiedzieć sobie: stary, zrobiłeś to!

Prawie jak półbogowie. Herosi. Zdobywcy świata. Wyolbrzymiamy swoje dokonania we własnych oczach, nasycamy się samozadowoleniem, my: weekendowi eksperci od doznań ekstremalnych.

A tak naprawdę jesteśmy i będziemy niczym.
Podziemnym zerem w porównaniu z naszymi ojcami, wujami i dziadami, którzy będąc ratownikami górniczymi, pchali się w bagno, do którego dziesiątej części nie jesteśmy w stanie się zbliżyć bez obwieszenia dupska brzęczącymi świecidełkami wartymi grube tysiące.
Napowietrznym zerem dyndającym pod filarem mostu dla samej idei dyndania. Jak nie wstyd się tym chwalić, jeśli kumpel siedzący dwa piwa dalej naraża codziennie dupsko wisząc gdzieś pod platformą nad lodowatym morzem, byśmy mogli – niezmiennie narzekając na ceny – zatankować nasze samochody.

Po raz setny przeglądam zdjęcia z kolejnych “wypraw”, przeżywam trudności, analizuję wydarzenia. Pokazuję rodzicom filmy, zdjęcia z lin, chcę pokazać te z jaskiń, ale…
…jak mam zrobić wrażenie zejściem pod ziemię (wynikającym z bezproduktywnej realizacji głupich pomysłów) przed Kimś, kto pchał się w zawalone, zadymione chodniki by ratować ludzkie życie?

Share


Agares

Czasami bywa tak, że podczas porządkowania katalogów, człowiek natrafi na coś, co go złoży. Najpierw na pół, później na cztery, aż w końcu połamie człeka do formy, w której jedyne co można zrobić, to zwalić się pod stół i wyć.

Agares. Nie był młody, gdy przyszedł ze schroniska. Nigdy nie był zdrowy i nigdy nie miał wyzdrowieć.

Był nieskończony.

W pamięci mam go jako wielkie, łaciate bydlę, sięgające do pasa, do piersi, do szyi, sięgającego pod niebo. Zdjęcia świadczą inaczej, w rzeczywistości nie był aż tak potężny, ale był dla mnie gigantem. Prawdziwym gigantem, na którym zawsze można było się wesprzeć, który zawsze wysłuchał. A jeśli trzeba – popatrzył na człowieka tym swoim cielęcym wzrokiem, zupełnie jakby chciał powiedzieć: “stary, weź się w garść, nie rób siary”.

Budowaliśmy razem coś od nowa. Był to dla nas obojga czas nowego początku. Układałem się w życiu ja, układał się w moim życiu pies, układaliśmy się wzajemnie obaj. Długo nam zeszło, zanim doszliśmy do porozumienia, ale gdy to już się stało…

Pierdoła, Pierdziawka, miał kilka ksyw. Każda była prawdziwa. Bo Agares potrafił uderzyć łbem w stół, spaść przez sen z fotela, wiecznie obsikiwał sobie przednie łapy. Moje -dzieścia czy -dzieści kilogramów łaciatego szczęścia.

Nie było ważne, że żarłem przez tydzień ryż, Agares musiał dostać swoje leki. Nie były ważne koszty, jakie generował, chodziło tylko o to, by merdał. Później nawet kłusował. Aż wreszcie galop. Pomiędzy zrywającymi się do lotu gołębiami, z psem sąsiada, na łące za przygłupią kaczką.

Dziś zastanawiam się jeszcze przez moment, czy nie można było zbudować mu jakiegoś wózka, wspornika z kółkami, by spróbować odciążyć mu przednie łapy, nie wiem, kupić coś, nie wiem… Dla tego psa byłbym w stanie wynaleźć napęd antygrawitacyjny by mógł się przemieszczać i żeby go nie bolało, żeby mógł robić wszystko to, co zwykł robić pies, ale prawda jest taka, że najlepsze co można było dla niego zrobić, to uśpić.

Był diabelsko inteligentny. Gdy załapał, że jest chwalony za głośne bekanie, przychodził do człowieka i zarzucał odberrrrrrknięciem, którego i ja bym się nie powstydził. To właśnie zrobił kilkanaście minut przed wpakowaniem mu w żyły świętego spokoju: beknął jakby dopiero zaprzełyczył kufel zimnego piwska, popatrzył, zamerdał.

W nagrodę dostał zawartość dwóch strzykawek.

Zawsze będą wątpliwości, ZAWSZE.

Share


Świat będzie patrzył

Po prawej prawie zimna kawa. Kawałek dalej talerz z okruchami pożartego przed chwilą pączka. Biedny musiał czekać dwie doby na wykonanie wyroku. Bo jakoś tak mi się zapomniało, że jest.

W głośnikach jakieś skandynawskie pojękiwania, we łbie trochę jakby mętlik.

Teoretycznie zapowiadało się, że w dniu wczorajszym miałem kulturalnie zrobić z siebie błazna, trząchając dupskiem w boki jak wąż z akumulatorem podpiętym do stopy. Teoretycznie miałem stanąć twarzą w twarz z salsą i – wg zapowiedzi, gróźb i wszelkich znaków na niebie – zostać rzucony na parkiet pełen miłośników muzyki, która do tej pory kojarzyła mi się jedynie z jakimś sosem do żarcia.

Śmiech śmiechem, zabawa zabawą, ale… uświadomiłem sobie wczoraj, jak prymitywną, jednowątkową istotą jestem. Obserwując parę wywijającą na parkiecie coś przypominającego grę wstępna dwóch pijanych ośmiornic, jedyne co widziałem to momenty gdy chłop powinien wyjść z tunelu i wpakować się na plecy partnerki, chwile odpowiednie do zglebowania niewiasty i…

– …właśnie sobie uświadomiłem, że ostatni raz gdy byłem tak blisko obcej kobiety, to zbliżyłem się do niej jedynie w celu rzucenia nią o ziemię.

LOL. Plus trzy do skrzywienia się na widok własnego odbicia w lustrze.

Sącząc leniwie piwo przez kolejne pół godziny, obserwując pary wijące się na parkiecie nie mogłem wyjść z podziwu dla siebie samego. Jak bardzo uneandertalczykowałem się, jeśli większość kontaktów damsko-męskich ogranicza się do prób wzajemnego zrobienia sobie krzywdy?

Salsa. To, czego wczoraj byłem świadkiem, z pewnością jest kawałkiem innego, całkiem obcego świata. Pełnego dziwnych wijących się gestów, zwrotów, drygnięć. Prawdziwa symfonia ruchów współgrających od a do z. No może poza jednym pacjentem, który wyglądał, jakby praktykował coś pomiędzy robot dance, voque, a łapaniem oślizgłej ryby.

Tak czy inaczej: jak bardzo to wszystko jest dla mnie abstrakcyjne, niezrozumiałe. Szok.

Nie, kurs tańca klasycznego nie wyszedł mi z łba. Przy kolejnej okazji trzeba będzie znów wrócić do tematu. Tak ot, dla siebie, żeby trochę okrzesać ten ruchowy kawał drewna we łbie. Ucywilizować się nieco. Nawet, jeśli świat będzie patrzył, śmiejąc się do rozpuku.

Share


Czarna Dziura

…poza tym… już nie jesteś 30-latkiem. Nieco posiwiałeś, nieco się przygarbiłeś; trochę się zmieniło. 

Nie oszukujmy się.
30latek padł, ciągnięcie tego projektu nie ma już większego sensu. Dorabianie ciągu dalszego jest jak wymiotowanie spaghetti przez słomkę: niby się da, ale jakoś to wszystko nie do końca i nie za bardzo.
Nie wiem. Chyba wszystko co „nowe” nie wpisuje się w 30latkowe realia świata pełnego Rudego Ciula, Merdatego i (x)NzŻ.

Tyle, że palce swędzą. Niezmiennie, bezczelnie, bezlitośnie. Niby są pochowane miejsca, gdzie można postawić literowego vomita, niby ktoś ma do tego dostęp, ale wszystko to jest jak lizanie loda przez szybę.

(…)

A poza tym – ile z tego 30latka jeszcze zostało w (aktualnie) 33latku? Chyba niewiele. Więc jeśli nie ma już 30 lat, nie ma oprawy która nadawała całości smak, treść, sens – chyba trzeba wrócić do podstaw.

Być może już nie będzie tak śmiesznie – ale kto by się tym przejmował?

Czytaj całość.

Share


Nowo-twór

Coś rośnie mi we łbie. Kiełkuje: myśl, idea.
Rośnie toto dziadostwo od wieków, rośnie od końca-starego, początku-nowego świata. Jedna prosta myśl osadziła się gdzieś głęboko pod czaszką i rośnie sobie. Uparcie.

Niby nie jest podlewana, odżywiana, a jednak rozwija się bezczelnie, coraz głębiej zakorzeniając się w zakamarkach umysłu. Rosnąc – klaruje się, sama sobie wybiera formy, kształty, zupełnie jakby była równoległym, nie do końca przebiegającym pod moją kontrolą procesem myślowym.

I wszystko może byłoby łatwiejsze, gdyby całość ograniczała się do zbitki, plątaniny myśli, które można by zignorować. Ale nie, nie jest tak łatwo. Bo na półce po prawej jest namacalny dowód nr 1 jasno wskazujący, że wszystko da się zrobić i jest jak najbardziej realne.

Za oknem leje. Znów. Rower idzie dziś w odstawkę. Może basen? A może po prostu zwalić się na wyro i szklanym wzrokiem gapić się na kolejne odcinki sieczki o obcinaniu sobie głów i gwałceniu niewolnic? Tyle, że to nie zawsze pomaga. Bo…

…bo mózg, myśl, idea tylko czeka na taki dzień. Czuję, jak wyczekuje na odpowiedni moment, by znów mogła wziąć głęboki wdech, po którym nastąpi wrzask: jazgotliwy potok słów, niepodważalnych treści cieknących z uszu przez barki, ramiona, aż po palce pragnące wbić się w klawiaturę i klepać, trzaskać zapisywać, dawać świadectwo.

Co za dziadostwo.

Gdy krowa nasra, to powstaje taki placek. No i ten placek na słońcu sobie przysycha. Z góry robi się taka twarda, spieczona skorupka. No i taki placek nie śmierdzi i jest spokój. Jednak jeśli weźmie się patyk, przebije tę skorupkę i zacznie w tej kupie mieszać, znów ruszy smród i zlecą się muchy i…

…i “no właśnie”. Po co babrać się od nowa w gównie, jeśli umysł jest już przewietrzony?
A no tak. Bo bywa ono najlepszym nawozem.

Share


Lesson xyz. Slow.

But, but, but, but.

Czasami wydaje mi się, że jestem zdobywcą świata. Że już tak dużo osiągnąłem, że tak niewiele brakuje do prawie-zadowolenia z prawie-wszystkiego. A później przychodzi trening.

I rozpadają się w pył pielęgnowane całymi godzinami widziadła, rozpływa się we mgle spadającej na oczy wizja lepszego-ja, wszystko wraca do poziomu gleby, na której kolejny raz ląduje po spartoleniu najłatwiejszego z elementów.

Slow fight. Nowy koszmarek. Taki mały Ósmy Pasażer Trzeciego Zwoju. Można zwalić wszystko na brak czasu. Błędy życiowe, niepowodzenia, braki w wykształceniu, brak jakiegokolwiek samorozwoju, wszystko można zrzucić na fakt, że doba ma jedynie 24 godziny. Ale nie da się, NIE DA tego zrobić przy slow fight. Zupełnie, jakbym pochłaniając encyklopedie nagle rozkraczył się na czytance dla dzieci z klas 1-3.

Marzy mi się park. Dwa metry rozumnego przeciwnika. I slow, bardzo slow. Żebym miał czas przypomnieć sobie pojedyncze litery, bym mógł spróbować budowania wyrazów od podstaw, a później, może w przyszłości – nawet zdań.

Slow, slow, slow.

Czas staje w miejscu. Na wszystko jest pora. Na przemyślenie, na wydedukowanie, na dobranie, na wybór, na wdrożenie, zastosowanie, wykonanie, zakończenie, na samoocenę.

Slow, slow, slow.

Lekcja pokory została przyjęta. Wnioski jeszcze są wyciągane. Pierwsze z nich zaczynają świerzbić. Bo dlaczego w naszej zakichanej, szarej codzienności nie potrafi człowiek urządzić sobie slow fight z tym, co go gryzie? Cały czas, wiecznie pędziłem wychodząc z założenia, że czego nie da się stratować, to można przed tym zwiać. A przecież wystarczyło od początku poskładać litery, słowa, zdania. Można by wtedy porozmawiać.
Tia, zorientowałem się właśnie, że odbyłem w życiu jeden slow fight więcej, niż by się zdawać mogło: w parku. Na resztkach jesiennej trawy.

Share



Ground Fight 2

Nie jestem do końca pewien, co się wydarzyło w ostatnią niedzielę.

Na pewno wszystko było jak najbardziej poprawne: pot, zmęczenie, poobijane łapy, dziwne trzaski w stawach i smak parkietu w zębach. Jednak jednocześnie… czegoś zabrakło.
Zupełnie, jakby ktoś chciał ze mnie zrobić baletnicę w momencie, gdy jestem na etapie bycia walcem drogowym.

Przeglądając zdjęcia z seminarium, układając sobie we łbie całą wiedzę wyniesioną z treningu wiem jedno: nie nauczyłem się wiele. I nie była to wina braku uwagi, prowadzącego, czy Tuska. Po prostu chyba jeszcze było dla mnie za wcześnie na taki zakres materiału.

Stoję przed oceanem wiedzy pokazanej nam na zajęciach. Zupełnie jakbym oglądał ustawioną na półce 29 tomową Britannicę. Wiem, że w tym lub tym miejscu znajdzie się odpowiedź na nurtujące mnie pytania, ale jednocześnie jestem świadom, że wiedza ta nie siadła w mojej głowie. Bo chyba za dużo, za szybko, za wcześnie.

Pierwszy raz zdarzyło się, że seminarium nie było dla mnie lekcją. Nauką. Ze swojego punktu widzenia uczestniczyłem bardziej w pokazie połączonym z możliwością wypróbowania poszczególnych elementów prezentowanych przez prowadzącego.

…a może po prostu na obecnym etapie poszukuję innego podejścia do przeciwnika? Całkiem odmiennego sposobu rozwiązywania problemu?

A może to, a może tamto, czy owamto.

Najważniejsze jest, że gdzieś pod potylicą czuję monstrualną potrzebę pójścia do parku. Stanięcia z partnerem i przećwiczenia wszystkich elementów seminarium. Nie po to, by je szlifować, doprowadzać do perfekcji. Bardziej w celu zrozumienia ich. Poukładania sobie we łbie. I być może włączenia do rozwiązań, które gdzieś już mają we mnie swoje miejsce.

Nikt mi nie powie, że kopanie się po jajach to jedynie kopanie się po jajach.
Bo nawet zwykły, żydowski strzał w sakwy potrafi być równie wymagający, co partia szachów.

Share