• "date": "23 kwietnia, 2015"
  • "title": "Ups."
  • "blogger_blog": "30lat.blogspot.com"
  • "blogger_author": "30lat"
  • "blogger_permalink": "/2015/04/ups.html"
  • "blogger_internal": "/feeds/6495723430140596885/posts/default/7723179637795096975"

Czasami, ale to tak czasami, mając chwilę, siadam z kawą nad blogami i przeglądam, co ciekawego dzieje się w świecie, gdzie kiedyś udzielałem się często i gęsto. I chyba nawet miałem kilkoro czytelników.
Obecnie śledzę jakieś dwa, czy trzy blogi, które z przyjemnością odwiedzam. Mam kilka takich, których ewidentnie unikam, znajdzie się też kilka sztuk traktowanych przeze mnie jako ciekawostki klasy WTF, przy odwiedzaniu których nie mogę mieć śliny w ustach. Znaczy się, żeby w monitor nie napluć.

…i kurczę. Gdy tak zerkam poza tych kilka śledzonych sztuk, odnoszę wrażenie, że jest dziwnie. Bardzo dziwnie.

Zaczynam odnosić wrażenie, że Blogosfera (nie lubię tego słowa) staje się takim… samobrandzlującym się tworem, swoistym perpetuum mobile, które napędzone pierwszym wrzuconym kawałkiem gówna, będzie się kręcić w nieskończoność, mieląc brąz po kres świata.
No bo: jakaś niedowartościowana panna kreująca się na gwiazdę, stwierdziła, że ludzie są głupi, bo są głupi i śmierdzą. I nie chcą przestać śmierdzieć. No i bardzo dobrze, podzieliła się swoją opinią, uzewnętrzniła, czytelnik może się z tym zgodzić lub nie. Koniec tematu. Opuszczam bloga jako czytelnik nie zgadzający się z prezentowanymi tam opiniami.
Ale nie…

Blogosfera działa inaczej. Najpierw trzeba zrecenzować wpis. Później należy zrecenzować inne recenzje wpisu, a w kolejnym kroku pochylić się nad komentarzami i oczywiście je zrecenzować. Koniec końców, mamy łańcuch niekończących się recenzji i opinii, oraz recenzji recenzji i opinii opinii i recenzji opinii opinii i opinii dotyczących recenzji recenzji… Nosz kuźwa.
Normalnie intelektualne przeddzidzie zadzidzia śróddzidzia standardowej wojskowej dzidy bojowej.

Tym oto sposobem, kilkanaście osób potrafi się wykarmić jednym, średniej jakości wpisem o tym, że jakiejś pannie nie podobają się ludzie spryskani perfumami za 10 zł. LOL.

Kiedyś, w zamierzchłych czasach okołomodemowych, blogi coś ze sobą niosły. Bez względu na to, czy mieliśmy do czynienia z blogiem poświęconym śwince morskiej, kolekcji lewych skarpet czy cicików z pępka, tworzyliśmy swoją własną treść.
Odnoszę wrażenie, że dziś ludzie na siłę szukają tematów wokół siebie, nie będąc w stanie nic ciekawego zaproponować jako autorzy. Więc powstają kolejne witryny “szpecjalisztów” komentujących wszystko to, co zostało już skomentowane po trzykroć. Tia. Po co tworzyć własną treść, jeśli internet sam podsuwa paszę? I co z tego, że została ona już wielokrotnie przez innych “szpeczów” pożarta, przetrawiona i znów zwymiotowana do internetowego koryta?

Czasami odnoszę wrażenie, że dobrze się stało gdy 30latek zaczął wygasać.
Jeśli skończyła się jakaś forma, należało pozwolić jej naturalnie umrzeć do końca. I chyba tak się stało.
Mam tylko nadzieję, że jeśli kiedyś to miejsce odżyje, będzie to wynikiem zmian w moim życiu, które zaowocują materiałem na notki o kotach przerabianych na czołg, wieczornych walkach z tostem, czy… a zresztą. Nieważne 😉

Trzymajcie kciuki, bym nie stał się kolejnym szpeczjalisztą recenzentem, budującym “wartościowe” wpisy na temat tego, co ktoś napisał o tym, że tamten ktoś napisał o…

…o cholera. Właśnie to zrobiłem.
Shit.

Share

Oj tak, moje upadki zawsze są na bogato, z solidnym p*nięciem! 😉
Swoją drogą – miło Cię znów widzieć 🙂 Chyba też już kawałek czasu tu zaglądasz, co? 😉

Od recenzji recenzji i opinii o opinii trzymam się z daleka. Uwielbiam czytać blogi, w których autorzy dzielą się kawałkiem swojego życia, dają mniej lub bardziej poznać się czytelnikom, a przy okazji poprawiają humor. Lubimy się wymądrzać i jesteśmy specjalistami w każdej dziedzinie. To norma. Ale gdy widzę, że 30 blogerów komentuje głośną jakiś czas temu sytuację "mama przewijała dziecko w restauracji, a moi amerykańscy znajomi się oburzyli", to odechciewa mi się czytać… Dlatego na palcach jednej ręki mogę policzyć blogi, do których regularnie zaglądam i Twój jest wśród nich. Pozdrawiam

Hmm, dziwne. Mam dokładnie te same odczucia jeśli chodzi o Twittera. Jestem zagorzałym antysocjalem, ale raz na jakiś czas patrząc się w lustro (czytaj ekran monitora) zastanawiam się, że może te miliony much jedzących G* ma rację, tylko ja jej nie widzę? Ale już po paru sekundach wyszukiwania (mnie interesujących rzeczy), dochodzę do wniosku, że wyłowienie wartościowych informacji (nie tylko z Twittera, ale z sieci – ogółem) jest niezmiernie upierdliwe.

Było (jest?) takie powiedzenie, że jak nie ma cię na pierwszej stronie wyników Googla, to cię w ogóle nie ma. A ja coraz częściej odnajduję informacje na kolejych stronach, ponieważ pierwsze są wypchane re-postami, re-twittami, re-facebukami…

Więc rozszerzyłbym Twą myśl z blogosfery na cały internet.

Mimo, że teraz już rzadko piszesz to zawsze zaglądam z przyjemnością. Mam nadzieję, że czasem jeszcze będziesz miał ochotę podrzucić coś przez co uśmiech będzie mi się trzymał dzień lub dwa 😉

Właśnie doświadczam debiutu komentowania czyjegoś bloga! Postanowiłam rzucić się na pastwę komentowania skomentowanej opinii recezji o komentarzach. Emocje takie ogromne. Już nie mogę się doczekać nastepnego (tak, w tym momencie kłamię) / eee..zgadzam się z treścią posta. Dziękuję za uwagę.

Elegancki zabieg literacki jeśli chodzi o zakończenie. Nasunęło mi się dzieło F**k Everything (Jon Lajoie) 😉