Miesiąc: Wrzesień 2015

Pół żartem, pół serio: zatoka.

Męska grypa męską grypą, można się śmiać, ale umrzeć na to też można.
Lekarka moja zerknąwszy mi w gardzieli otwór, osłuchawszy i wysłuchawszy historii równie wzruszającej co i pasjonującej, stwierdziła:

– ja tu panu przepiszę to i to i tamto, bo ostatnio zadziałało, ale teraz to pan jeszcze dostaniesz skierowanie do laryngologa, co by w tę i tamtę dziurę zerknęł.

Upewniwszy się uprzednio w którą dziurę laryngolog zwykł zaglądać, ruszam do wspomnianego lekarza. No i docieram do przychodni. Jako, że nie z NFZ, to termin krótki, a i warunki w poczekalni jakieś takie bardziej cywilizowane: telewizorek, miękkie kanapy, po lewej dystrybutor z wodą, po prawej stado licealistek ze szkoły sportowej. No, w końcu jesteśmy w Centrum Medycyny Sportowej, a to do czegoś zobowiązuje.
Próbuję zająć się żelkami pożeranymi przez kostki czekolady przy akompaniamencie eksplozji detonacyjnych rybek. Ach te telefony: wiedza całego świata w kieszeni, a ja zamiast zgłębiać tajemnicę wszechświata – łączę w zestawy kolorowe gluty.
W żelki jakoś nie idzie. Nie to, że nie potrafię się wyłączyć i ignorować to, co dzieje się w moim otoczeniu, ale dziewoje po prawicy naprawdę jakoś tak średnio pozwalają się skupić:

– Urocza blondyna z nieco przydużym nosem, opowiada, jak to się ostatnio zerwała ze szkoły i razem z koleżanką poszły przymierzać takie jakieś nowe obcisłe spodnie.
– Słuchający jej, siedzący kawałek dalej rudzielec okręca na palcu swoje ogniste loki.
– Kolejna blondyna o nogach długich jak foch Kaczyńskiego, poprawia koszulkę która na pewno powinna więcej zasłaniać. A w zasadzie mogłaby zasłaniać mniej.
– Czwarta dziewoja, z wyrazem głębokiego skupienia na anielskiej twarzy, ze wzrokiem “sięgałabym, gdzie wzrok nie sięga”wpatruje się w tą rudą.

Tia, wyobraźnia działa. Ta blond w przymierzalni, anielica z rudą, a do tego podskakująca ta od długich nóg… Echhhhhhh, żeby to ja był w ich wieku… Albo lepiej nie. Ważyłem wtedy 70kg, miałem fryzurę na Mostowiaka i cerę, jakby mnie ktoś karmił z procy.

Ale mniejsza z tym.

Mija kilkanaście minut które spędzam na rozpaczliwych próbach powstrzymania ślinotoku. Z opresji ratuje mnie pani doktor wzywająca do gabinetu. Wchodzę do lekarskiej pieczary ze smutkiem w oczach, odwracając się jeszcze co jakiś czas w stronę niewiast niczym pies wygoniony z kuchni, strzelający wzrokiem w kierunku leżącego na stole schabu.
Lekarka.
Tu już nie ma miejsca na jakiekolwiek rozpraszanie uwagi: jest wzrostu siedzącego kundla, zasuszona, spalona słońcem. Taka trochę mumia, tylko do czoła ma przyczepioną jakąś małą antenę satelitarną.

– W czym mogę panu pomóc?
– No bo widzi pani – zaczynam tłumaczyć pokazując pokaźnych rozmiarów historię leczenia – poza morderczą męską grypą, mam też w bonusie takie dodatkowe efekty specjalne, jak lejące się z otworów takie ciecze i płyny co to niby lecą tą samą drogą co gluty, ale to nie są gluty. Tylko taka, no, woda, ale nie woda. Trochę żółta. No i z tyłu mnie wtedy boli a z przodu nie, no i nie mam wtedy gotrączki, pomimo, że wcześniej mam. A później to mi się wlewa do gardła i przez trzy miesiące płucko wypluwam. No i lekarz ogólny kazał mi przyjść do pani, żeby mi półwysep zbadać.
– Chyba zatokę? – dopytuje lekarka przyglądając mi się badawczym wzrokiem.
– No może zatokę, cieśninę, czy tam inny Bosfor. No bo rozumie pani, te mroczne gluty, no i później się tego nie da doleczyć. A ja nie lubię być chory, ja lubię penetrować ciasne i wilgotne szpa…

Zostaw!!! Mózgu, zostaw już w spokoju te nieszczęsne licealistki!!!

– …i wilgotne jaskinie, a jakoś nie pasuje mi do tego nawracające, zatokowe glutolejstwo.
– Aha – rzuca ze zrozumieniem lekarka – a proszę mi powiedzieć, jak to się leje, to jak ma pan ułożoną głowę, z której dziury to płynie, jak często?
– No wie pani… – odpowiadam po chwili namysłu – jak jest spokój to jest spokój, a później jest taki wyrzut jak w egzorcyście.
– Jak w czym?! – pada pytanie z ust lekarki.

No jak to jak w czym?! Jak można nie znać Egzorcysty?!
Szybko szukam innego filmu ze scenami obrazującymi stan moich otworów, ale mając na uwadze głosy licealistek dobywające się zza drzwi, jedyne co mi przychodzi do łba, to 2girls1cup z tą blondyną i rudą w rolach głównych.

No mózgu, no kurwa mać!

– …znaczy się pani doktor, że idzie jak solidny krwotok z nosa. Taki bryzgający falami, drżący i tryskający na twarz gorącą, gęstą, lepką…

Mózgu do kurwy nędzy!!!

– …glutem. Tak właśnie, glutem.
– No dobra – stwierdza lekarka poprawiając swoją antenę satelitarną na czole – zbadamy co tam u pana słuchać.

Siadam na fotelu zastanawiając się, po cholerę lekarce ta antena. Może to jakaś łączność bezprzewodowa z komputerem, żeby mogła od razu wprowadzać telepatycznie dane do kartoteki?
Sekundę później antena eksploduje jasnym blaskiem. Albo lekarka zaczęła transmisję danych, albo to jakaś latarka. Ale zajebiste, ciekawe, jak spisałoby się w jaskini!

Mija kilka minut. Wszelkie wloty powietrzne i kanały glutowe zostały już przebadane. Pojawia się wstępna diagnoza.
– No więc z tego co widzę, to był pan chory, ale już pan zdrowieje.
– Nooooo, tak… – potwierdzam zerkając na lekarkę.
– No bo to co pan ma, to najlepiej się tomografem bada. Można wtedy sprawdzić, co dokładnie siedzi w zatokach.
– Super – rozmerdany chwytam pomysł z tomografem – tu akurat nie będzie problemu, mam dostępne dość szybkie terminy w pakiecie.
– No ale teraz to nie ma sensu badać TK, bo jest, a raczej był pan chory, więc to co wyjdzie na obrazie to nie będzie wiadomo, czy to przeziębienie, czy to drugie.
– Aha… Czyli nie można robić badania gdy jestem chory?
– Tak. Bo wtedy nie będzie wiadomo, co jest na obrazie.
– Czyli badanie mam zrobić gdy jestem zdrowy?
– No nie, bo wtedy nic nie wyjdzie na obrazie.

Wysilam trzeci i szósty zwój mózgowy.

– No to kiedy mam robić to badanie?
– No wtedy!

Patrzę na lekarkę jak szpak w pizdę. Chyba opaska od tej anteny satelitarnej za bardzo uciska jej głowę.

– Czyli, że co teraz mam robić – zapytuję nieśmiało?
– Wyzdrowieć!

Szach mat. Wychodzę z gabinetu. Zmarnowałem godzinę swojego cennego czasu. Ale przynajmniej przejdę sobie jeszcze raz przez poczekalnię, może tej od dekoltu coś upadnie, albo ta od anielskiej twarzy w końcu rzuciła się na rudą.
Pusto. Poszły sobie. Jedyne co pozostało, to odbite na kanapie, wysiedziane ślady ich wysportowanych  pośladków. Zerkam tęsknie na stygnące siedziska. Aż chciałoby się do nich podejść, powąchać, sprawdzić, czy została tam chociaż odrobina ciepła i zapachu i…
JEb!
Na TĘ kanapę wpakowała się jakaś gruba baba odchrząkując siarczyście.

To będzie chujowy dzień.

Share


Teatr Nowy w Zabrzu – Wysokie Napięcie: Równia pochyła.

No i rozpoczął się nowy sezon. Spragniony teatralnych wrażeń, z wywalonym jęzorem pognałem do Teatru. Nie to, że zaczęła mnie ruszać kultura wysoka, czy ewoluowałem intelektualnie ponad poziom człeka znajdującego przyjemność w wytarzaniu się po dnie jaskini, ale…

…ale poprzedni sezon naprawdę był niezły. Fakt – zdarzały się wzloty i upadki: Teatr Nowy w Zabrzu obok poruszających Matek potrafił strzelić w pysk nijakim Boże Mój z nudzącymi się aktorami, ciężkostrawne a jednocześnie na swój sposób wartościowe Top Dogs świetnie tworzyło wielkokalibrowy duet z Kocham, gdzie z obu spektakli można było wyssać wiadra jadu, który sami sobie ważymy w najmroczniejszych zakamarkach własnej duszy… Warci wspomnienia, patriotyczni Obywatel K i genialny Jasio (szczególnie w wersji plenerowej) – wszystko to przedstawienia, którym poświęcony czas nie ma prawa być określony jako zmarnowany. Nawet, jeśli pozostaje delikatny niesmak po nieświeżym aktorzeniu skapującym ze sceny.

Jednak najważniejszym wydarzeniem ubiegłego sezonu jest, było i będzie O co biega. Dziesiątki minut poświęcone na śledzenie wydarzeń dziejących się na scenie, mogę bez obaw określić jako najlepiej spędzony czas w teatrze. Wartka, okraszona świetnym humorem, przykuwająca uwagę widza historia jest niczym maść na zbolałą duszę widza, umęczoną życiem w tym smutnym jak p*zda mieście.
Mając jeszcze w ustach posmak radości płynącej z oglądania tej brytyjskiej farsy, wpakowałem się na widownię by chłonąć kolejną pozycję z afisza. Komedię.

Wysokie napięcie.

Wysokie napięcie – synonimy: niesmak, zdegustowanie, a przede wszystkim rozczarowanie. Spektakl, który początkowo wydawał się świetną komedią kryjącą pod głównym nurtem wydarzeń szereg przytyków i aluzji skierowanych przeciwko widzowi sprawiał, że ludzie na widowni śmiali się tak naprawdę z siebie. Obnażenie ludzkich wad, prawd i przedstawienie ich w lekkiej formie, tworzyło naprawdę ciekawy twór przykuwającą uwagę. Niestety w pewnym momencie zdarzył się jakiś wypadek. Spektakl zaczął się spłaszczać. Jego drugie, wartościowsze dno zostało zagłuszone przez bombardowanie widza za pomocą kolejnych gagów, spojonych nie do końca klejącą się fabułą. Szczególnie pod sam koniec. No właśnie. Koniec, zakończenie tak słabe, że po opuszczeniu kurtyny ktoś powinien zza niej wyjść i powiedzieć “przepraszam”.

Ja rozumiem, że w obecnych czasach ludzie potrzebują lekkiej rozrywki, czegoś lżej przyswajalnego, niż wymagające myślenia dramaty, rozumiem, że wielka rzesza ludzi chętniej pójdzie do teatru na lekką komedię, niż spektakl, podczas którego puszczając z intelektualnego wysiłku krew nosem będzie przeżywać patriotyczne uniesienia, ale podanie czegoś takiego jak Wysokie Napięcie jest nieuczciwe.

I niegrzeczne. W stosunku do widza.

Z dobrze zaczynającego się spektaklu, zrobiła się papka rodem z tvnowskich paradokumentów, intelektualny brodzik dla widzów, którzy przecież są warci czegoś więcej niż pseudokomediowych ochłapów. To, że teatr może być ucieczką przed zapychającymi codzienność zakupami, rachunkami, wkurzającą pracą, nieusłuchanym bachorem czy psem sąsiadki srającym na wycieraczkę, nie oznacza, że można takiemu widzowi podać byle co. Bo widz jest spragniony to i tak się ucieszy.

Nie zawsze.

*****

Po raz kolejny opada i podnosi się kurtyna. Owacja na stojąco. Powoli szykuję się do wstania i ja. Nie, nie w ramach okazania uznania, a jedynie po to, by dokładniej widzieć scenę zasłanianą mi przez stojące osoby w rzędach przede mną. Bo może na scenie jeszcze coś się wydarzy, np ktoś z niej spadnie. W ramach kary za to, co się na niej działo.

Share



Słowo moje

Od dłuższego czasu mam zgryz. Nieskończony niesmak odbijający się czymś mrocznym, prastarym, takim leżącym na dnie wątroby, skąpanym w sumie wszystkich strachów. Obaw. Czy innych potworków zbrojnych w tysiące kąsających szczęk. Temat wracał w najdziwniejszych momentach, jak sraczka po nieświeżym bigosie.

Bo tak się jakoś poskładało, że zaprzeczyłem sam sobie.

Zawsze przywiązywałem wielką wagę do wypowiadanych słów. Decydując się na jakąkolwiek deklarację, automatycznie zakładałem sam sobie na grzbiet kolejny temat, który donosiłem do celu. Nie dla osoby, której obietnicę składałem, ale dla siebie.

Być może wynikało to z potrzeby udowodnienia sobie samemu, że jestem człowiekiem, który wierzy w jakieś wartości. Być może niezbyt ważne dla otoczenia, ale najważniejsze dla mnie samego. Bez względu na ich rozmiar, wagę, czy to, jak bardzo są nieistotne w perspektywie absolutu. Po prostu tego potrzebowałem. Każdy człowiek potrzebuje jakiegoś rdzenia, kręgosłupa, jakiejś kotwicy? Punktu odniesienia, wokół którego tworzy swój świat.

Dla mnie czymś takim były i są wypowiadane przeze mnie słowa.

Wieki temu złożyłem obietnicę. Komuś. Bardzo ważną. Jedną z takich, wokół których ludzie budują swoje życie. Obietnicę wytyczającą bieg wydarzeń na następne lata. Tradycyjna paplanina, która być może dla niektórych nie ma znaczenia większego niż przedszkolna rymowanka, w ułamku sekundy przestawiła moje życie na inny tor.
Zobowiązałem się.

Minęły lata. Minęło wiele świąt Bożego Narodzenia, Wielkanocnych, zjedzonych zostało wiele opłatków i wiele par spodni zbiegło się w praniu. Gdzieś pomiędzy tymi wszystkimi wydarzeniami, przestała się spełniać Obietnica. Nagle okazało się, że stoję sam pośrodku pustego pokoju, czując podchodzącą do gardła gulę świadomości: nie dotrzymałem słowa.
I stałem się nikim. Człowiekiem bez wartości. Istotą, która nie była uczciwa. Jestem nikim i nikim już będę do końca.
Bo skłamałem.

…no bo rozumie pan, jeśli pies już raz użarł, to użre i po raz kolejny.

I znów minęły kolejne święta, znów przeszła wiosna, później lato, dziś mam za oknem żółknące liście. I przeokrutną myśl gdzieś pod czaszką. Myśl, która od kilku dni nie daje mi spokoju.

…przecież ja jestem niewinny.

Nie złamałem danego słowa. Została mi odebrana możliwość dotrzymania obietnicy.
Nigdy nie myślałem, że rodząca się nadzieja, rodząca się radość potrafi tak bardzo boleć.

Przecież walczyłem. Do końca. I jeszcze i ciągle i nieustannie gdy nawet nie miałem szans na zwycięstwo, gdy już dawno przegrałem. Próbowałem łapać oddech nieświadom, że od dawna jestem zimny i leżę w trumnie. Zaraz obok od dawna martwego świata, niegdyś tworzonego wokół zlepku kilku słów.

Po prawej cola. W butli, takiej dużej, pękatej. Kawałek dalej Benek w słoiku rośnie, pochylając się nad kubkiem niedopitej mięty. A gdzieś obok tego ja. Wieki temu wyrzucony na brzeg z okrętu, który odpłynął w sobie tylko znanym kierunku. Zwolniony z danego słowa. Z obietnicy. Z przysięgi.
Bo jaki ma sens przysięga, jeśli druga strona ją odrzuca?

Na obiad miałem pizzę z Biedronki. Biedronka kłamie, bo na opakowaniu było napisane, że to porcja dla czterech osób. Dobre sobie. Śniadania, o ile dobrze pamiętam, nie zjadłem. Kolacji chyba też nie. No, może poza piwem, jeśli mam być szczery. Jakiś Okocim, jeśli mam być precyzyjny. I mam prawo jeszcze raz złożyć obietnicę, jeśli mam być szczęśliwy. Mam do tego prawo.

Nie złamałem danego słowa. 

Więc mam prawo mieć nadzieję, że kiedyś dane mi będzie złożyć Obietnicę.

Nie złamałem danego słowa.

Więc chcę się cieszyć z nadziei, że kiedyś dane mi będzie złożyć Obietnicę.

Nie złamałem danego słowa.

To dane słowo złamało mnie. I pokazało mi plecy odchodząc w stronę pierdol-się-to-już-dla-mnie-nic-nie-znaczy.

Nie złamałem danego słowa.

I nie złamię. I chciałbym móc to udowodnić. Od początku, do końca.
Takiego ze światełkiem na końcu tunelu.

Share


Banan siłowy.

Wieczór. Knajpa. Pośród oparów herbatciano-piwnych, wywiązuje się spór:

– Wcale bo nie, bo ja bardziej.
– A dlaczego ty bardziej?
– Bo jestem większy, cięższy i silniejszy.
– Większy – ok. Cięższy – ok. Ale silniejszy? Nie. Ja jestem silniejsza.

Od dawien dawna, od czasów pierwotnych w których okładaliśmy się maczugami i obrzucaliśmy małpy gównem, tego typu niewinne spory mogły być źródłem konfliktów, z których wywodziły się wojny domowe a może i nawet światowe. No bo wiadomo: dwa uparte osły dogadać się nie dogadają, każda ze stron zaczyna zbierać zaplecze polityczne, więc automatycznie konflikt zaczyna zwiększać zasięg. Koniec końców tworzą się ruchy zbrojne mające za zadanie bronić jedynej słusznej wersji historii/wydarzeń/prawdy, ktoś naciśnie czerwony przycisk, rakieta wystartuje i nagle zamiast wstawać rano do pracy, znów siedzimy w jaskiniach okładając się po łbach maczugami.

Tak tak, właśnie tak. Jako odpowiedzialny Samiec Alfa nie mogę pozwolić, by ten spór przerodził się w konflikt światowy. Najprościej będzie rozwiązać sporną kwestię twarzą w twarz, oko w oko, udowodnić, kto tak naprawdę dysponuje większą siłą. No bo wiadomo – facet to facet.
Uderzam w te słowa:

– A chcesz się sprawdzić, kto jest silniejszy?
– Tak, chcę!

Pewny swego, rzucam od niechcenia:
– To wybierz dyscyplinę.

Ha! A niech wybiera sobie! Czegokolwiek nie rzuci mi pod nogi – będę w stanie to przejść, przebiec, pokonać, ewentualnie przepełznąć pod tym. Żadna przeszkoda mi nie straszna, żaden wysiłek nie budzi mego lęku. Dajcie mi dowolną dyscyplinę, a udowodnię, że Prawdziwy Samiec zawsze, ale to ZAWSZE jest silniejszy i…

– To ja wybieram zgniatanie bananów siłą mięśni pochwy.
– Fuck.
Czyżbym wygrała walkowerem?

Share


Jaskinia Pod Wantą – kurs taternictwa jaskiniowego.

No i Drodzy Państwo zrobił nam się wrzesień. Dzieciaki przestały od rana drzeć japy pod oknami i nadchodzi koniec upałów, więc teraz będziemy narzekać na zimno. Za trzy mrugnięcia okiem mamy Wszystkich Świętych, od których już tylko rzut karabinkiem do Bożego Narodzenia. I tak to się wszystko nieubłaganie toczy do przodu.

Ale są i dobre strony nieustannie zapierdzielającego czasu: wakacyjny marazm odchodzi w zapomnienie, zaraz zaczną się zajęcia na uczelni, oraz – co najważniejsze – mogę sobie pozwolić na delikatny optymizm w temacie prawego łokcia. Zabieg odbębniony, łapsko praktycznie pozrastane, nie pozostaje nic innego jak cieszyć się wracającą sprawnością ręki i powoli robić porządek w szpeju. Przecież tam zawsze coś się znajdzie do ułożenia na nowo, przeczyszczenia, czy dokupienia. Jeszcze tylko trzeba zrobić lewą rękę i znów będzie można pchać się w dziury, radośnie borując w ciasnocie jak dżdżownica w oborniku.

Ale to później. Jedyne, co dziś mogę robić, to zerkać w katalogi ze zdjęciami, na których zostało uwiecznione zejście do Jaskini Pod Wantą. To ona będzie bohaterką dzisiejszego wpisu.

Kurs Taternictwa Jaskiniowego: Jaskinia Pod Wantą.

To pierwsza z jaskiń, którą odwiedziliśmy w ramach kilkudniowego obozu. Była to ciekawa wyprawa z kilku względów: podejście i znalezienie jaskini zajęło nam nieprzyzwoicie dużo czasu, pierwszy raz poruszałem się z kijkami (o czym już wspominałem), zaś sam powrót w kompletnych ciemnościach pokazał kolejną, nieprzyjemną(?), nieznaną mi wcześniej stronę Tatr.

Nie zmienia to faktu, że samą dziurę wspominać będę bardzo ciepło. W miarę sprawnie udało nam się osiągnąć dno (-151m), po drodze zebrałem od instruktora kilka razy po uszach za zbyt długie brandzlowanie się z linami, bez większych problemów wdrapaliśmy się na zewnątrz, cały czas szlifując umiejętności odpowiednio poręczowania i deporęczowania.

jaskinia-pod-wanta-4

Wiem, że już o tym pisałem, ale niezmiennie jaskinie Tatr robią na mnie wielkie wrażenie ogromem przestrzeni w wewnątrz. Jeśli do tego dodajemy światło docierające z powierzchni w ich górnych partiach, można otrzymać obraz, którym ciężko się nie zachwycić.

jaskinia-pod-wanta-9

Trochę mi żal, że w Tatrach nie mam okazji spędzić w dziurach większej ilości czasu. Brakuje mi chwil, które mógłbym poświęcić na szukanie kadrów, obrazów wg mnie godnych utrwalenia. Obecnie kompletnie wszystko jest podporządkowane kursowemu planowi, co jest jak najbardziej zrozumiałe. Jeszcze przyjdzie czas na zwiedzanie z aparatem, a na chwilę obecną najważniejsze zadanie, to chłonąć instruktorską wiedzę jak gąbka, do upadłego bawić się sznurami i – co najważniejsze – nie zabić się podczas zjazdu w kolejną, ziejącą czernią paszczę.

jaskinia-pod-wanta-3jaskinia-pod-wanta-2
Jaskinia Pod Wantą – próbuję ją jakoś określić, jednoznacznie umiejscowić pośród pozostałych, odwiedzony przeze mnie jaskiń. Spora – to jasne. Niezbyt wymagająca technicznie, wręcz przyjemna. Jednak biorąc pod uwagę, co planowaliśmy odwiedzić w ramach obozu jako następną jaskinię, dla Pod Wantą najbardziej pasuje mi słowo “przystawka”. Kilka zaostrzających apetyt przepinek, sympatyczny Dzwon dający przedsmak wszystkiego, co najlepsze w Tatrach, a na koniec niewielkie dno będące kropką nad i. Aż chce się wołać “dejcie wincyj!”.

jaskinia-pod-wanta-7 jaskinia-pod-wanta-5

Najważniejszy moment-obraz z wyprawy do Jaskini Pod Wantą?

Późne popołudnie. Kolejno wychodzimy z jaskini. Zrzucić kombinezon, woda, żarcie, pysk w stronę powoli zachodzącego słońca. Z dziury dobywa się pobrzękiwanie szpeju następnej wychodzącej osoby. Gdzieś w dole biegają kozicie, niedźwiedzie, czy tam inne tatrzańskie kapibary. Poza tym cisza. Żadnych głosów, cywilizacyjnego jazgotu. Można przez moment wykorzystać zbocze jak wielki leżak i rozkosznie rozprostować kościec. Cholernie za tym zaczynam tęsknić.

…i zdecydowanie nie lubię pisać o dziurach dłuższy czas po ich odwiedzeniu. Śmierdzi wszystko jednakowymi, bez mała bitymi z matrycy wspominkowymi opowiastkami dziadka Eugeniusza. Z jednej strony miło pisać uśmiechając się do fot, lecz z drugiej – bardzo mi brakuje emocji, które utrzymują się w człeku jeszcze przez kilka dni po wyjściu z dziury. Niby wszystko jest smaczne, ale jednak odrobinę zwietrzałe.
Tak, zdecydowanie.

Share



Nie rozumiem, czyli Studnisko i Jaskinia Dziadowa (Stefanowa Dziura)

Nie rozumiem, nie ogarniam, we łbie mi się nie mieści. Jakim trzeba być człowiekiem, by pakować się w dziurę bez rozeznania jej planu, warunków w niej panujących, bez odpowiedniego sprzętu, lub co gorsza – bez jego znajomości? Najpierw ktoś nie potrafi wyjść z Jaskini Dziadowej nie posiadając sprzętu, a kilka dni później kolejny delikwent w trakcie zjazdu do Studniska spada na dno, bo miał z krótką linę. Nie… Nie wierzę.

No dobra, na upartego: o ile Jaskinia Dziadowa (czy – o ile się nie mylę – Jaskinia Stefanowa Dziura) i zdarzenie w niej to efekt przeszacowania własnych sił (zdarza się, choć nie powinno), tak wypadek w Studniku to już skrajna głupota. Jak u licha przygotowując się do zejścia, można wziąć za krótką linę? Mało tego, z automatu nie zabezpieczyć jej zakończenia? Wiem, że teraz łatwo mi się mądrować mając wbite do łba podczas kursu nawyki, wśród których jest m.in. odpowiednie zakończenie liny, ale kwestia jej długości… Nie rozumiem. Człowiek nie widział co wsadza do wora?

Teoretycznie można by szukać usprawiedliwienia – sądząc z komunikatu podającego godzinę zgłoszenia 1:44 w nocy, podczas zejścia było ciemno. Ale u licha, przecież w jaskiniach też jest ciemno i nijak to nie usprawiedliwiałoby takiej pomyłki. A raczej zbiegu kilku “niesprzyjających” okoliczności.

Nie wiem, nie rozumiem. Prawie dzień po dniu zdarzenie za zdarzeniem. Bo jednemu nie chciało się brać w dziurę nic poza repem, a drugiemu zamarzyło się nocne wejście (zapewne) na nielegalu. Najgorsze jest to, że dzięki takim (na szczęście w miarę szczęśliwie zakończonym) zdarzeniom, znów zrobi się nagonka na dziurołazów. Pojawią się kolejne kraty, zakazy, problemy z organizacją ciekawszej wyprawy.

Yh… Wylałem z siebie nieco żółci. Chyba mi lepiej.

A teraz chwila zadumy nad samym sobą: jak często przed kursem i ja wywijałem tego typu numery? Jak często kumulowałem brak doświadczenia i umiejętności?
Nie pozostaje mi chyba nic innego, jak dziękować Chłopakom za to, że cierpliwie mnie uczyli, doglądali, pilnowali, korygowali, zapewniali bezpieczeństwo. Ale za to zaszczepienie miłości do dziur i tak Im wszystkim należy się kop w dupę i strzał zdechłą rybą w twarz.

Share