Sesyjnie.

No bardzo przepraszam, ale ja nie dam rady zdać tego egzaminu? No wiem, że już mam zaliczony przedmiot na 3, ale że tak powiem – mam mieć jakąś tróję na koniec semestru? Jedną taką paskudną? O nie!

Notatki w dłoń, zapiski, brudnopisy także, pisadeł cała garść, siadam oto ja! Samiec Alfa rozpyka wszelkie ścierwo matematyczne rzucone mu przez prowadzącego zajęcia! Co mi tu będzie jakiś – za przeproszeniem – profesorek cyferkami straszył!

…prowadzący wszedł do sali. Zapadła prawie idealna cisza. Gdyby dobrze się wsłuchać, można by usłyszeć jedynie odgłosy bijących serc, krwi płynącej przez napięte ze skupienia skronie, no i bulgot w trzydziestolatkowych flakach. Po cholerę żarłem przed egzaminem baton z suszonymi śliwkami, zapijając go kawą.

– Witam państwa, tak jak mówiłem, będą trzy zadania do rozwiązania. Sprawa jest prosta – dwa zadania poprawnie rozwiązane – cztery, trzy zadania poprawnie rozwiązane – pięć, jeśli komuś noga się powinie, to przepisujemy ocenę z tego, co zaliczyliście wcześniej. Czy są jakieś pytania?

Na sali cisza. Widać, że jeden ze studentów coś ciężko kalkuluje, mrucząc pod nosem jakieś “jeden, trzy, a dwa a jeden to tszi, ale tszi jak bez… nie…”. W końcu kalkulacja go przerasta, wstaje i wychodzi. Pierwszy poległy na egzaminie.
Wykładowca odprowadza czmychającego wzrokiem, po czym rzuca na tablicę pierwsze zadanie.
Wyszły kolejne trzy osoby.
Wykładowca wzrusza ramionami i nanosi na tablicę drugie zadanie. Wstają następne dwie osoby i uchodzą bokiem.
Po pojawieniu się trzeciego zadania na tablicy, wyszło nawet szydło z worka.

Ale nie nie nie, o nie, ja twardo siedzę! Rzucam okiem na tablicę – będę miał 4! To pierwsze zadanie zaraz rozpykam, do drugiego się nie zbliżam, a z trzecim powalczę. Więc biorę stado macierzy, tę przewracam, tamta obracam, potęguję, mnożę, jeb jej z Sarrusa, to jakieś badanko, tam analiza, jest! Mam wynik! Zadowolony z siebie siadam do zadania trzeciego. Zerkam w notatki wymyślając, jak rozpykać rzucone mi w twarz zagadnienie. Tu jakieś ka-od-es, tam jakieś sprzężonko, zarzucam ze wzora, podstawiam, robi mi się ułameczek, wymnażam skracam, a ułamek z ułamkiem w liczniku zamiast mi się jakoś redukować czy coś, dalej twardo się ułamkuje. Dobra, to tutaj dodam, tam odejmę, wyciągam deltę z Pitagorasa, a ułamkowe gówno nadal się rozrasta jak dług publiczny. Dobra, ostatnia szansa: biorę całe wyrażenie, dzielę przez zero, do wyniku dodaję pierwiastek z e^x, kończą mi się cyferki wyparte jakimś sposobem przez kolejne literki. Kurwa, chyba opracowałem jakiś nowy alfabet. Tak właśnie.
No i tym oto sposobem mam jedną tróję w indeksie.

*****

Sobota.
Nie dość, że przegrałem z egzaminem, to i z połączeniem śliwkowy-baton-kawa też przegrałem.
Świątynia dumania. W stanie ostatecznego skupienia, sunę wzrokiem po wnętrzu kabiny w uczelnianym sraczu. Moim oczom ukazuje się napis:

Pfffff, myśli, że cwaniak. Ale nie wie, że ja jestem cwańszy. Zanim siądę – oblizuję. Przecież na brudnym nie będę siadał! O!

Share