Miesiąc: Maj 2016

Pierwsza potatrzańska.

Pierwsza pokursowa jaskinia bez Nockowego składu.

Chyba tego potrzebowałem – celu, który wyznaczam dla samego siebie, poziomu trudności dopasowanego do mnie, rozkładu godzinowego, który uwzględnia tylko moje potrzeby. No, PRAWIE tylko moje, bo wybraliśmy się w dół z Ajaxem.

Przygotowania do wyprawy rozpoczęły się dobre dwa dni wcześniej: nie chcąc spłoszyć Towarzyszki, nie podawałem dokładnej lokalizacji w którą się udajemy. Może to romantyzm (że niby takie zaskoczenie, spontaniczność znaczy się), a może obawa, że Ajax po zapoznaniu się z informacjami na temat dziury stwierdzi coś w stylu: “jedyna dziura, o której może być mowa, to ta w którą powinieneś sobie wsadzić ten pomysł”.
…tak. W sumie wszystko było przygotowywane w tajemnicy.

Z grotą był jeden poważny problem: nie mogłem znaleźć szkicu technicznego. Z planami większego problemu nie było, za to szkice jakby gdzieś wsiąknęły. Nijak nie byłem w stanie oszacować ilości niezbędnych lin, w materiałach nie było także informacji na temat warunków w środku. Zupełnie, jakby w dziurze działo się coś, czego ludzie nie chcą opisywać.

Ruszyliśmy.
Po dotarciu pod skraj lasu, zostawiamy samochód na parkingu pilnowanym przez babulinkę równie starą co i sympatyczną. No i spieszącą się już do domu, bo serial zaraz leci.

Zabieramy sprzęt, ruszamy przed siebie.

Dobrze było wrócić z Tatr. Tak, tęsknię za kilkugodzinnymi podejściami, za przeklinaniem na wzniesienia, ale jednocześnie straszną przyjemność sprawiał spacer przez zalesiony szlak przy którym leżała jaskinia. Tym bardziej, że finalnie nie braliśmy lin – wziąłem na siebie ryzyko pójścia na lekko. W razie czego wyplączemy z butów repy i pójdziemy na wariata. Ciszewski i Petzl będą dumni. Instruktorzy mniej.

Dojście pod otwór jaskini przebiegło prawie bez problemów. Chyba powoli człowiek się nauczył wypatrywania ledwie wydeptanych ścieżek wijących się przez las. Praktycznie pod samym wejściem odnajdujemy chatkę przywodzącą na myśl domek Baby Jagi. W sumie zawartość domku niewiele odbiega od tego, o czym mówiła bajka. Idziemy załatwić wszystkie formalności, tzn m.in. przywitać się i sprawdzić, czy dziwny, prastary swąd przywodzący na myśl jakieś barbarzyńskie praktyki związane z gotowaniem zdechłych kotów, to faktycznie efekt uboczny odprawianych rytuałów. Na szczęście to tylko zapach wysokiej klasy tytoniu palonego przez Panią Gospodarz.

Oddalamy się od domku, nim od dobywających się ze środka oparów zaczniemy przeżywać jakieś mistyczne projekcje. Kilka chwil później dołącza do nas trzeci uczestnik wyprawy. Możemy ruszać w stronę otworu.

Pierwszy szok: wiem, że przy otworach zdarza się większa ilość Sieciarzy, ale tym razem to co Matka Natura nam sprezentowała, przekracza ludzkie pojęcie. Na szerokości 1.5 metra rozciąga się gigantyczna pajęczyna mocna niczym stal. Konstrukcja sięga wysoko ponad dwa metry. Jakimś magicznym sposobem nasz towarzysz pomaga nam pokonać przeszkodę bez zaplątania się w nici, ruszamy w dół jaskini.

Korytarz Główny delikatnie sygnalizuje, co nas czeka. Ewidentnie, krasowa jaskinia rzuca nam przed oczy to, za czym tęskniłem w Tatrach: szatę naciekową. Mógłbym godzinami stać przed dowodem cierpliwości wody, węgla i tych dziwnych znaczków i cyferek, co mają coś wspólnego z wapniem, a o czym Asia na wykładach wspominała. No, że tam się coś odkłada, paruje i rośnie kamień. Taki jak nerkowy, tylko nie w nerce, a w jaskini. Mniejsza z tym…

Przechodzimy przez Salę Kutego Łba i na rozstajach dróg decydujemy się na północny korytarz. Idąc przez Schron Niewiasty, bez mała muszę zbierać szczękę z podłogi. Mógłbym tulić się do tych ścian, chciałbym sunąć palcami po każdym makaronie, wchodzić w każdą możliwą dziurę, tarzać się w tej jaskini. Jest piękna. Poganiany przez Towarzyszy ruszam do przodu – przed nami wielki finał.

Trafiamy do sali Dziś Boli Mnie Głowa. Uśmiecham się. Kiedyś mogłaby zrobić wrażenie. Fakt, jest spora, fakt, na ścianach i suficie rozkwita całkiem przyjemna szata naciekowa, ale przestrzeń… Nie, to już nie jest przestrzeń. Po prostu trochę więcej miejsca. Da się wyprostować i na upartego trochę pobiegać.

Tyle.

Pora wracać. W drodze powrotnej idziemy alternatywnym przejściem – od południa mijamy Schron Niewiasty, przeciskamy się w stronę Sali Kutego Łba i nie wiedzieć kiedy wychodzimy na światło słoneczne.

Dziwnie. Bardzo dziwnie.
I bardzo szczęśliwie.
Suszę zęby do Ajaxa. Nasza pierwsza wspólna dziura.

 

 

Share


Twórczość radosna.

Praca. Siedzę na telefonie, zawiesiły się sesje rozmówcy, znaczy się system mu stanął. Ubijam zdalnie wisielców z poziomu konsoli, na kablu mam człowieka, którego strajkujący komputer jest 5 metrów od telefonu.

[E] – Emil
[U] – User

E – Wszystkie otwarte okienka z systemem zaraz zaczną się zamykać, pozwoli to usunąć sesje które Pana blokują.
U – Yhy.
E – Proszę mi powiedzieć – dosięga Pan do swojego komputera będąc ze mną na telefonie?
U – Y-y.
E – A przynajmniej widzi Pan swój komputer?
U – Yhy.
E – Komputer… źle się wyraziłem, czy widzi Pan swój monitor?
U – Yhy.
E – To zaczynam działać, proszę mi powiedzieć, czy okienka na monitorze zaczynają znikać?
U – Nie widzę.
E – Czyli nie widzi Pan swojego monitora?
U – Widzę.
E – To jak Pan nie widzi czy okienka znikają?
U – No nie widzę.
E – To w jaki sposób widzi Pan swój monitor?
U – Z tyłu.

I w zasadzie już mógłbym zapłakać nad losem swoim, nad tym co mnie w pracy spotyka, nad twórczością Usera zapłakać chciałbym i rwącym się od szlochu głosem wyrzucać światu, jak złym człekiem to jest User, ale trafia mój wzrok na dowód tego, że sam wiele lepszy nie jestem.

Kartka nr 453, topo, opis widoku z Miętusiej:

Dolina Miętusia do jaskiń prowadzi,
z Kościela w nią idąc, oto się zawadzi: 
Nad Reglami droga, dwie Polany Rówień,
Niższa oraz Wyższa, od lawinowych przemówień,
później morda w górę, tam Świstówka Mała, 
dół lewo Wantule, Świstka co przybrała
i jest teraz Duża, a nad nimi z prawa:
nad Wantulem Baszta, co jest w ch*j Dziurawa,
Harnasiowe Czuby, oraz Twarde Ściany, 
wyżej Twarda Kopa, wciąż w lewo zmierzamy, 
Kazalnica z Mięty, niżej Próg Mułowy
co Mułową Przełęcz zasłonić gotowy, 
jeszcze Muła Ratusz, plus ten Litworowy,
niżej Kazalnica… i opis gotowy!

…a Kazalnica, to konia samica!

I przeczytałem Komuś któregoś dnia ten twór, ja przeczytałem, poeta, wieszcz,  tak dumny z siebie czytałem i cieszyłem się, że tak sprytnie wiedzę do łba wtłaczam i… Ajax zapłakała, kot zapłakał, świat zapłakał, z drzewa zleciał ptaszek.

Tia, nie jestem lepszy niż typowy User.

Share


Kurs Taternictwa Jaskiniowego. Zrobiło się smutno.

Wieczór.

Jeszcze tylko klucze zabrać, jeszcze tylko sprawdzić, czy Cicior Pogromca na pewno siedzi pod komodą, no i jeszcze bluzę cieplejszą na grzbiet zarzucić. Odwracam się w stronę krzesła – mój wzrok po drodze zaczepia o jedną z ostatnich stron zawierających wydrukowane zdjęcia Tatr. Topo w ten sposób się uczyłem. I inaczej też się uczyłem. I skutecznie.

No i po egzaminie. Wypadałoby to jakoś podsumować, czy coś…

Teoria zdana. Uczciwie, zapracowałem na to ciężką nauką i jestem z siebie cholernie dumny.

Poręczowanie zdane. Nie da się ukryć – tak nas katowali poręczowaniem podczas kursu, że tego kawałka nie dało się zawalić.

Ratownictwo (uwalnianie z shunta): bez problemów. Andrzej – Twój patent ze zrywaniem małpą shunta, został z dołu rozpoznany jako próba zerwania ręką shunta z moją małpą pod spodem. Ale my tam wiem swoje, przeprowadziłem wszystko sprawnie i szybko, za co m.in. Tobie dziękuję

Węzły: tu popełniłem błąd – na jednym z zadań jakoś sobie ubzdurałem węzeł nad zderzakami przy łączeniu w swisie.
Chyba zawsze za bardzo starałem się w terenie tak wyliczać liny, by łączyć je w punkcie, przez co nie obyłem się z sytuacją łączenia podczas dyndania. Zaowocowało to zbędnymi nerwami i kilkoma dość luźnymi wariacjami na temat łączenia lin. Chyba nawet udało mi się opracować nowy węzeł. Myślę, że odpowiednią nazwą będzie “poczwórny zderzakowy motyl z zagadkową cić-ósemką”. W skrócie: “ciciaty ósmotyl dyndającej zagłady”.

I tak stanąłem nad tym wydrukowanym zdjęciem i patrzyłem na nie i zrozumiałem, dotarło do mnie, że coś się skończyło. Że kolejny etap już prawie za mną.

Prawie.

Wspinaczka. Tak, wspinaczka.
Łażenie po jaskiniach to praca zespołowa i jako zespół ponosimy konsekwencje naszych wspólnych niedociągnięć. Mam do siebie wielki żal, że nie poszedłem jako poręczujący – będąc świeżo po szkoleniu, mógłbym lepiej rozwiązać postawione zadanie. Chociaż będąc uczciwym – muszę przyznać, że w związku z zastanymi warunkami, pewnie też miałbym problem z zaporęczowaniem ostatniego kawałka przy stanowisku.
I mam cholerny żal, że zabrakło wczoraj czasu, bym zrobił jeszcze raz drogę, tym razem jako prowadzący.

Tym oto sposobem zostaje mi do odbębnienia wizyta u Emka i wykazanie się umiejętnościami, które wyniosłem z jego szkolenia. Formalność 🙂 Tak więc, ten teges… Ania, szykujmy się na skały, zrobimy sobie dyndany piknik.
Będziesz miała przy okazji możliwość podziwiania, jak ze zwinnością Baloo, pod czujnym okiem Emka zdobywam kolejny szczyt!

Trochę jestem rozczarowany. Miałem nadzieję, że uda mi się definitywnie zamknąć za sobą drzwi z tabliczką “kurs”. Tymczasem pozostała jeszcze jedna formalność. Może to i mała sprawa, ale zawsze coś-jeszcze-do-załatwienia.

Yh.

Zrobiło się smutno. Nie przez wspinaczkę.
Zrobiło się smutno, bo kurs się skończył.

Wspiąć się, zjechać i wylecieć z gniazda.

Tak.

Share