Miesiąc: Czerwiec 2016

Kurs Taternictwa Jaskiniowego – cała prawda

Czego szuka człowiek na Kursie? Nie wiem. Wrażeń? Wyzwań? Okazji do zmierzenia się z własnym strachem i ograniczeniami? A może po prostu czasami w jednym łbie roi się zbyt wiele myśli jak na jednego człowieka i trzeba uciec do świata, w którym wszystko jest proste jak 2+1=3. Do świata, w którym nie ma czasu na interpretację, gdzie wszystko jest jasne, proste i czytelne. I nie ma możliwości, by zrobić coś poza jasno określonymi, narzuconymi w kolejności i technice wykonywania czynnościami. Bo jeśli człek zajmie się czymś poza poprawnym wpięciem w linę – nie zostanie mu na rozmyślanie więcej jak 3 sekundy. Akurat tyle czasu potrzeba, by spaść na samo dno studni.

„Po tym jak zobaczysz jaskinie w Tatrach,
dziury w Jurze będą dla Ciebie jak wejście pod tapczan”

                                                 Strzelec

Z jednej strony kurs miał być rozwinięciem tego, co robiłem wcześniej, czy to sam, czy też ze swoją ekipą. Takiego ot raczkowania po jaskiniach Jury: emocjonowania się pokonaniem pięciu metrów progu czy przeciśnięciem tyłka przez coś, co nawet nie kwalifikuje się do żadnej z Z-etek.
Ale jednocześnie był okazją, by na chwilę się wyrwać z galopującego pędu zmian, jakie przyszło mi przechodzić. Okazją do całkowitego odrzucenia nadziei i niepokojów plączących się po głowie, odsunięcia ich na bok i skupienia się na tym co ważne: jak się nie zabić.

…a później okazało się, że wszystkie trudności jakie postawiło przed człowiekiem życie, nie były tak straszne, jak satysfakcjonujące było ich pokonywanie.

RKG Nocek.

*****

Pierwsza wizyta

Spotkanie organizacyjne było ciekawym momentem. Nagle trafiłem do świata ludzi, dla których nie było niczym niecodziennym przedzieranie się przez jaskinie o planie przebijającym wszystko, co w sumie do tej pory zrobiłem przez całe swoje życie. Pierwsza wizyta w Nocku pokazywała, jak bardzo speleo-nikim jest ktoś, kto do tej pory miał się za osobę chodzącą po jaskiniach. Np. taki ja.

Pojawiały się na rzutniku zdjęcia jaskiń, jakiegoś dziwnego sprzętu, planów, terminów, harmonogramów; ktoś snuł opowieści o przygodzie, przyjaźni, odpowiedzialności i bezpieczeństwie. Wszystko to było niczym w porównaniu do tego, co faktycznie miał oznaczać kurs. Bo – jak się później okazało – próba zdobycia Karty Taternika Jaskiniowego to ciąg wydarzeń opartych na kłamstwie.

Kurs

Każdy element kursu mija się z prawdą. Najpierw trzeba się okłamać, że pomimo w miarę wysokiej aktywności fizycznej, jest się przygotowanym do podejść, zejść i powrotów. Góry szybko weryfikują możliwości człowieka, jednocześnie zmuszając go do nauki wszystkiego od nowa. Od podstaw. Chociażby chodzenia, stawiania kolejnych kroków. Bo to nie jest już płaska Jura, to nie plecaczek wypchany czterema kilogramami sprzętu. To kilkugodzinne podejścia z garbem, który wbija w ziemię, destabilizuje kolejne kroki i sprawia, że czując brak stabilności w nogach, uczestnik kursu boi się wykonać następny ruch. Bo trzydzieści centymetrów na lewo od stopy jest urwisko. Takie z rozdziawioną paszczą, czekające by pożreć nieuważnego kursanta.

Kolejne kłamstwo; zacieranie prawdy, to wmawianie sobie, że jest szansa, by podejść pod samą jaskinię. Nie, nie da się. Grzbiet przyzwyczajony do innego obciążenia, nogi przystosowane do treningowego kopania kolegów w głowę – wszystko buntuje się przeciw kolejnemu krokowi w górę. Bo nie do tego został przyzwyczajony organizm, bo wcześniej pokonywać trzeba było agresorów, niby-pijanych, niby-atakujących, z niby-nożem, natomiast dziś, teraz, tu, trzeba pokonać gorszego wroga. Samego siebie. I swoje ograniczenia i skamieniały, zdrowy rozsądek, który zdążył już sparcieć i nie daje się rozciągnąć w żadną ze stron. W końcu człowiek wykształcił w sobie jakiś sposób postrzegania tego, co jest normą, co jest bezpieczne i w zasięgu możliwość.

Trzeba się samemu zgwałcić i pokonać.

*****

Jaskinie

Kolejne kłamstwo. Nie ma jaskiń, nie ma dziur, jest tylko niemająca końca droga w górę. W człowieku zaczyna się rodzić nienawiść do kursu. Bo miało być fajnie, miały być dziury do zwiedzania. Zamiast tego jest przedzieranie się w stronę kolejnego szczytu. Nikt na spotkaniu organizacyjnym nie powiedział, że grubo ponad połowę akcji potrafi stanowić podejście i zejście. I to w dodatku w środowisku, które jest dla mnie kompletnie obce i nieprzyjazne.
Tak, gdzieś podczas wyjazdów pojawia się dziura. Ale jest ona jedynie jednym z elementów niekończącego się wnoszenia sprzętu gdzieś wysoko, o tam. I znoszenia go na dół.

Czasami siadam przed komputerem, zaczynam przeglądać swoje opisy, zdjęcia, notatki z zejść. To, co najlepiej z nich zapamiętałem, to to, jak bardzo kląłem podczas którego dojścia do dziury. Z jakim przekonaniem twierdziłem, że to była ostatnia jaskinia i rezygnuję z kursu. Bo znów zmęczenie i ból i ciemność. I pewnie zaraz zza krzaka wyskoczy ten cholerny niedźwiedź i rozszarpie mnie pół godziny drogi przed bazą.
Tak, tu jest kolejne kłamstwo. Takie pod tytułem „rezygnuję z kursu”.

*****

Czas

Następnym w kolejce kłamstwem jest czas. Czas, który mieliśmy mieć dla siebie, dla jaskiń, dla czerpania przyjemności ze złażenia do dziur.
Tego czasu nie ma. Zostaje on wyrwany przez instruktora. Czas jest rzucany na pożarcie harmonogramowi z planowanym czasem pobytu w dziurze, z planami na następne dni. Kurs pochłania nie tylko pieniądze, ale i cenne godziny. Oddając się we władanie kursu, traci się część siebie. Świadomie i dobrowolnie rezygnuje z tego, w jaki sposób spędzę tę część życia. Nie ma czasu na docenianie wnętrza dziury, zachwycanie się szatą naciekową (o ile akurat się trafi), nie można spokojnie po akcji siąść przed otworem i gapić się przez godzinę czy dwie w niebo, kontemplując to, co spotkało nas na dole. Nie, kurs na to nie pozwala. Nie ma czasu na radość.

…bo jutro trzeba wstać o 5, żeby wyjść o 6, żeby być pod otworem o 9-10, żeby o 18 zacząć schodzić do bazy.

Gonitwa.

*****

Nienawiść

Kurs. Coś, co miało być przygodą, okazją do nauki nowych rzeczy, staje się pożywką dla rodzącej się nienawiści. Nienawiści do kursu, do dziur, do własnych ograniczeń i zasad obowiązujących w kursowym świecie, do którego przez rok się należy. Mierzi wszystko: narzucane schematy, zadania, kolejne zejście, podczas którego nie było czasu, by pogapić się na makarony, które specjalnie dla mnie urodziły się i narastały przez ostanie pierdylion lat, a które musiałem opuścić niedocenione. Bo do dna jeszcze dwa kominy i syfon i półka, a czasu jest mało.
Nienawidzi się tempa marszu, bo albo ktoś marudzi z tyłu, albo jest się tym marudzącym. Nienawidzi się, że nie stać człowieka na lżejsze gumowce, lepsze światło, szczelniejszy kombinezon.

A największą nienawiść odczuwam sam do siebie, gdy przychodzi przerwa, podczas której nie jadę w Tatry i zaczynam rozumieć, jak bardzo tęsknię za całym tym syfem.

*****

Człowiek

Warszawskie ciule. Cholerny psychopata narzucający mordercze tempo. Świry namawiające, by pokonać jeszcze jeden syfon. Głupie babsko niepotrafiące zrozumieć, że mając dupsko wielkości naczepy, nie dam rady szybciej przeciskać się w górę. O, jak ja Was wszystkich nienawidzę!

…i jednocześnie wiem, że poszedłbym za Wami w najgłębszy syf, gdyby coś się Wam stało. I Wy poszlibyście za mną. Bo powstaje jakaś dziwna relacja pomiędzy ludźmi, którzy razem narażają zdrowie i życie dla samej idei narażania zdrowia i życia. Bo kawałek poniżej wszystkich niebezpieczeństw, z którymi przyjdzie się zmierzyć, jest satysfakcja: udało nam się. Nam. NAM. I MY to rozumiemy. Bez zbędnych słów.

– … masz, zjedz batona, dobrze ci to zrobi.

– Pomóc ci nieść ten wór?

– Ej, wychodzicie? Macie jakieś kanapki?
– Jasne, trzymaj.

– Czekaj, wejdę na górę, podasz mi wszystkie worki, a ja je tam wrzucę, żebyście nie musieli się z nimi wspinać.

– Dajcie mi jeszcze jakieś liny, zostało mi miejsce w plecaku.

 *****

Kiedyś myślałem, że szczyt ewolucji to moment, gdy całkowicie świadomie przedstawiciel jakiegoś gatunku rezygnuje z bezpiecznego środowiska, narażając się na utratę życia lub zdrowia. Wbrew instynktowi i składanym sobie obietnicom, po raz kolejny podejmuje próbę przełamania własnych barier. Pcha się w miejsce, do życia w którym nie został przez Matkę Naturę stworzony.
Dziś Ktoś mi uświadomił, że to nie tak. W końcu, nie pędzimy na spotkanie niebezpieczeństwa niczym stado baranów w stronę pastwiska z pierwszą, najsmaczniejszą, wiosenną trawą. Przecież każdy nasz krok jest zaplanowany, przemyślany; analizujemy plany jaskiń, przygotowujemy odpowiedni sprzęt, ustalamy z wyprzedzeniem bieg wydarzeń, jednocześnie starając się wykluczyć możliwie jak najwięcej zagrożeń.
I zrozumiałem też, że nie ma też sensu dorabianie do jaskiniowych zejść jakiejkolwiek ideologii opierającej się na tym, jacy to jesteśmy genialni i rozwinięci cywilizacyjnie.

Więc czym, u licha, jest zwiedzanie jaskiń? Kaprysem? Głupotą? Wyuzdanym hobby? Próbą dowartościowania się? Narkotykiem? Niecodziennym sposobem na wydawanie ciężko zarobionych pieniędzy?

…bo w jaskiniach chodzi o taki moment, gdy po wszystkim padasz ledwo żywy na łóżko. I jeszcze jesteś roztrzęsiony i jeszcze wydychasz z siebie ostatnie opary podziemi. I już wiesz, że jutro będzie bolało i już się cieszysz, bo za kilka dni będzie okazja do kolejnego zejścia.

Witajcie w jaskiniach.

 

Tekst popełniony na potrzeby biuletynu wydanego z okazji 40-lecia RKG Nocek.

Kurs taternictwa jaskiniowego we wpisach czarnodziurskich:

 

 

Share



Zazdropstryk

Odechciewa mi się, momentami naprawdę mi się odechciewa.
Żal dupsko ściska, gdy widzę efekty pracy Biernackiej, zgrzytam zębami oglądając to, co wychodzi spod ręki Zawady.

Zazdroszczę, po prostu najnormalniej w świecie zazdroszczę świetnych zdjęć. Nie, nie umiejętności, nie okazji i możliwości, ale światła. Boli mnie podziwianie warunków, które potrafią sobie stworzyć. I szlag mnie trafia, bo jeszcze jakiś czas temu posiadałem zabawki, które były w stanie równie skutecznie najpierw zbudować odpowiednią oprawę, a później ją wykorzystać.

Bo w końcu wszystko zależy od światła. Powiedział to kiedyś Orszulski: gdy dostrzeżesz dobre oświetlenie, zdjęcie zrobisz nawet sedesem. A może nie on to powiedział… Faktem jest, że brakuje mi światła. Krótko trwają momenty, w których cieszę się ze swoich fot, obrazków mających nieco uatrakcyjnić wydumane wpisy na blogu człowieka, z którego taki sam fotograf, jak i speleolog. Bardzo krótko, bo gdy opublikuję efekty wyciągania z ciemności takiej ilości szczegółów, jaką tylko się da – trafiam na strzały Łukasza. Powalająca rozpiętość tonalna, druzgocąca ilość informacji w ciemniejszych partiach zdjęć, a wszystko to lekkie, naturalne, niewymuszone. I klnę wtedy na swojego wszystkoodpornego kurczaka i żałuję, że nie mam już sprzętu, który mógłbym zabrać pod ziemię.

…i który musiałbym nosić, przeciskać przed sobą, szarpać za sobą, a wszystko to przy jednoczesnym ciepłym wspominaniu wszystkoodoporniaka, który przecież mieścił mi się w kieszonce przy kombinezonie.

Wiem, jestem całkowicie świadom, jaki jest koszt stworzenia dobrego zdjęcia. Wiem z autopsji ile to noszenia, ile odmawiania sobie przyjemności, by dokupić jeszcze coś, jeszcze jedną pierdołę, której ostatnio brakowało. Doskonale pamiętam, ile strzałów należało czasami zmarnować, by uchwycić ten jeden moment. Ten, o których chodziło. A mimo to, wiedząc, że nie stać mnie na taki nakład prac – zazdroszczę.

Jak gówniarz.

Czym są dla mnie zdjęcia jaskiń? Faktycznie tylko ilustracjami do wydumanych notatek? Pamiątkami? Dokumentacją jakiegoś wydarzenia?
Czym chciałbym aby były? Czymś, co kwalifikuje się w kategorii “piękno”? “Robi wrażenie”?

…a może chodzi o znalezienie złotego środka, który pozwala dokumentować na poziomie “nie dość, że w ogóle wyszło, to nawet jest na tyle ostre, że można poznać ludzi”?

I czy ten złoty środek jest rzeczywistym złotym środkiem, czy tylko wbitym sobie na siłę do łba rozwiązaniem, które ma zakrzyczeć nieustający ból dupska?

*****

Z czego się cieszę planując zejście do dziury?

  • z planowania
  • pakowania
  • towarzystwa ludzi z którymi schodzę
  • z narzekania na podejście
  • z narzekania na niewygodę i ciasnotę
  • i wodę
  • z bluzgania podczas walki z zaklinowanym dupskiem
  • z możliwości ustrzelenia ciekawszych momentów, które trwają tak krótko
  • z dojścia do celu
  • z powrotu.

Czy jest w tym wszystkim miejsce na rozstawianie lamp? Dzielenie ich pomiędzy ludzi i instruowanie jak mają się ustawić? Chyba nie…

…a i tak żal dupsko ściska. Bo Zawada znów coś wystawił.

*****

Żale wylane. Można wracać do nauki.
A za zrzut ekranu podziękowania dla: Łukasz Zawada.

Share



Jaskinia Ciesenć (2016-05-28)

jaskinia-ciesenc-9 jaskinia-ciesenc-10

jaskinia-ciesenc-50 jaskinia-ciesenc-48 jaskinia-ciesenc-46 jaskinia-ciesenc-44 jaskinia-ciesenc-40 jaskinia-ciesenc-35 jaskinia-ciesenc-34 jaskinia-ciesenc-33 jaskinia-ciesenc-32 jaskinia-ciesenc-31 jaskinia-ciesenc-30 jaskinia-ciesenc-29 jaskinia-ciesenc-27 jaskinia-ciesenc-26 jaskinia-ciesenc-25 jaskinia-ciesenc-24 jaskinia-ciesenc-23 jaskinia-ciesenc-22 jaskinia-ciesenc-21 jaskinia-ciesenc-20 jaskinia-ciesenc-19 jaskinia-ciesenc-18 jaskinia-ciesenc-15 jaskinia-ciesenc-13 jaskinia-ciesenc-12

Share



Jaskinia Ciesenć

Poranki są chłodne, ale takim chłodem przyjaznym. Sprzyjającym, lekko pobudzającym z rana. Taki delikatny pstryczek w rdzeń kręgowy: wstałeś, wyszedłeś, idziesz do pracy, zaczął się nowy dzień!

Tak, zrobiło się ciepło. I nie jest to wrażenie ciepła znikające, gdy tylko słońce schowa się za horyzontem. To prawdziwe ciepło oddawane wieczorem przez wygrzane słońcem ściany, beton, skały. To ciepło płynące po plecach podczas przemarszu przez duszny las w stronę jaskini, to ciepło przyjemnie grzejące w nerki, gdy człowiek ma chwilę by rozciągnąć się na kamieniu.

Tylko przebierać się trzeba sprawniej i szybciej trzeba nurkować w otworze jaskini. Bo w kombinezonie to na powierzchni jednak trochę… za dużo tego ciepła.

Wizyta w dziurze, na którą namierzałem się od dobrych dwóch lat. Szczęśliwie, w tym roku udaje mi się zorganizować klucze, zbiera się towarzystwo do zejścia i trochę wolnego czasu. Ruszamy w stronę jaskini.

Po zostawieniu samochodów na pętli autobusowej, zagłębiamy się w las. Kierowani otrzymanymi wskazówkami brniemy przed siebie. Niestety, nie możemy kierować się żadnym z posiadanych GPSów – jednemu się zmarło, a drugi lokalizuje nas z dokładnością do 3 mil.

jaskinia-ciesenc-2

jaskinia-ciesenc-3

Po ponad półtoragodzinnym spacerze przez las, dochodzimy wspólnie do wniosku, że chyba coś się pokręciło z tą lokalizacją otworu i nawet posiadany przez nas opis nie jest w stanie pomóc. Tym oto sposobem zabieramy się za analizowanie każdego większego skupiska kamieni w okolicy. Nie wiem jak daleko zaszliśmy w las, ale mógłbym przysiąc, że znajdujemy się już w okolicach Częstochowy.

Koniec końców poddajemy się – zapada decyzja o powrocie do samochodów, skąd jeszcze raz ruszymy w stronę otworu.

Przy samochodach spotyka nas niespodzianka – zaczyna się burza. Na szczęście ulewa kończy się na kilku grzmotach i kilkunastu kroplach. Tak czy inaczej – najwyraźniej wyładowania atmosferyczne mają zbawienny wpływ na jeden z GPSów, bowiem nagle nasz elektrotrup wraca do życia radośnie informując, że siedzimy na przystanku będąc niecałe 500 metrów od jaskini. Ruszamy w stronę otworu kierowani nieumarłym sprzętem i kilkoma sugestiami sympatycznego Jegomościa, który jako mieszkaniec okolicy zasugerował nam pójście tu, o tam tam, a później o, tam!

jaskinia-ciesenc-7

Dzięki działającemu GPSowi trafiamy pod otwór w ciągu 15 minut. Niewielka dziurka nie sprawia wrażenia, jakby za nią miało być coś ciekawego. Wpełzam do dziury sprawdzić, czy to na pewno nasza jaskinia: po kilki metrach ukazuje się krata, po demontażu której powoli można się zsuwać w dół jaskini Ciesenć.

jaskinia-ciesenc-9 jaskinia-ciesenc-10

Jaskinia powala na kolana. Na każdym centymetrze kwadratowym tworzy się szata naciekowa w formach, których lwią część widzę po raz pierwszy na oczy. Pomimo niewielkich rozmiarów jaskini, na podziwianiu nacieków można w niej spokojnie spędzić 3-4 godziny.

jaskinia-ciesenc-35

Czas na dole mija nam szybko i przyjemnie – po zlustrowaniu głównej Sali kierujemy się do Korytarza Krystyny, który szokuje kolejnymi, zaszytymi w meandrach formami naciekowymi. Strach się ruszyć, by czegoś nie uszkodzić.

jaskinia-ciesenc-25 jaskinia-ciesenc-29

Dziś rozumiem, dlaczego jaskinia Ciesenć jest za kratą. To co zobaczyliśmy na dole, naprawdę wymaga specjalnej opieki. Nie przypominam sobie jaskini, która by była tak dobrze zachowana; która by robiła takie wrażenie, jak Ciesenć.

jaskinia-ciesenc-32

…i skąd, u Licha, wzięła się jej nazwa? Muszę to sprawdzić!

Późnym popołudniem wychodzimy z otworu równie uśmiechnięci, co uświnieni w błocie. Odnoszę wrażenie, że dla każdego z nas była to na swój sposób ciekawa wyprawa: Damian z Teresą wynieśli z niej radość ze zwiedzania nowych terenów leśnych, ja wyniosłem kupę szczęścia z powrotu na Jurę, a Piter wyniósł kleszcza.

Czerwiec. Tak, zrobił nam się pierwszy czerwca. I jakoś tak wszystko ładnie się układa: dziś poleci wniosek o wydanie Karty Taternika, może pojawią się oceny z kolejnego przedmiotu, najpewniej uda mi się dokończyć materiały do następnego zaliczenia, a później będzie weekend i szkolenie i okaże się, że te wszystkie maleńkie nieistotności, budują naprawdę piękny i szczęśliwy, ośmiorniczy absolut.

Wiem, czego chcę i nie zawaham się do tego dążyć.

Share