Miesiąc: Lipiec 2016

Jaskinia Dziura (w Dolinie ku Dziurze, Jaskinia Strążyska, Zbójnicka Jama)

Jaskinia, której nazwy dłużej się wymawia, niż się ją zwiedza.

Sympatyczny obiekt, idealny na zaczerpnięcie chłodniejszego wdechu podczas spacerów pod Tatrami. Typowo turystyczna dziura, która nie wymaga praktycznie żadnego sprzętu poza źródłem światła.

Dojście do niej to spacerek doliną Ku Dziurze, zwiedzanie jej to dziesięć minut spędzonych w skupieniu nad tym, by nie wyłożyć się na śliskim spągu.

jaskinia_dziura_ku_dziurze_6jaskinia_dziura_ku_dziurze_4jaskinia_dziura_ku_dziurze_1jaskinia_dziura_ku_dziurze_3Można powiedzieć, że Jaskinia Dziura to idealny obiekt do zapoznania dzieciaków z podziemiami: poza tym, że jest w środku ciut ślisko, nie ma z czego spaść, nie ma do czego wpaść, na dobrą sprawę można tam wepchnąć berbecia i tylko co jakiś czas dorzucać mu jakąś paszę, ewentualnie coś do picia.

jaskinia_dziura_ku_dziurze_5

Jeden otwór wejściowy gwarantuje, że dzieciak nie pryśnie gdzieś bokiem. No chyba, że wywspina się i ucieknie górą, ale to już bardziej będzie powód do dumy, niż zmartwienia.

jaskinia_dziura_ku_dziurze_2

Share



W końcu.

W końcu udało mi się zobaczyć Zakopane.
Tzn. Nam.

W końcu zobaczyłem Krupówki.
Tzn. zobaczyliśmy.

W końcu, po roku, dowiedziałem się, jak wygląda druga strona miejsca, w które to ostatnio tak często dane mi było jeździć. I nie jeździć.
Spędziliśmy tydzień w Zakopanem. Tydzień pod Tatrami. Nasz pierwszy wspólny tydzień tam, a jednocześnie mój pierwszy-tam-i-prawie-bez-jaskiń. I nadziwić się nie mogę.

krupowki

Komiczne musiało być to, jak bardzo ostrzyłem rogi na Tatry, przyjmując, że każda forma Tatr jest równie wymagająca jak ta, którą podsuwał mi kurs. Więc dziwiłem się widząc dziesiątki razy więcej ludzi niż na Kościelisku, które uważałem za przeludnione o szóstej rano i jedenastej wieczorem. I dziwiłem się przez tłumy i denerwowałem przez nie też. I zaskakiwał mnie harmider i huk i chaos. Bo przecież w tym rejonie Polski zawsze było jakby bardziej pusto i tylko trawa i kamienie i ja z wysiłku skwierczący spod plecaka.

Zdziwienie.

To dobry temat przewodni. Bo dziwiłem się dużo.
Dziwiło mnie, jak długo potrafię spać, bo spało się dobrze. I to mnie dziwiło, że zamiast rozwrzeszczanej małej mordy pod pachą – drze się za oknem Mućka. I że za oknem wspomnianym, zamiast drzew czterech i rozdzielni prądu szarej, stok jest bardzo nienarciarski. Bo bardziej letni był niż zimowy i na nartach zjeżdżać się nie da.

turnie

I droga na Morskie Oko mnie zdziwiła, bo taka asfaltowa, no i Oko Morskie też, bo takie mniejsze niż się wydawało, a tania kawa droższa niż by się wydawać mogło.

morskie-oko-2

Tydzień wielkich zdziwień. Bo w sumie pojechaliśmy na koncert, na który w sumie nie pojechaliśmy, bo w sumie chorowaliśmy, ale odpoczywaliśmy, bo tydzień minął tak szybko i trzeba było wracać.

DSCN2197

I nie pozostało nic więcej, jak deszcz przed nosem i za plecami i złość na kolarzy co to zablokowali wszystkie drogi i zapierający dech w piersiach smród spalin radośnie wypierdywany przez Zabrze w naszą stronę. Zupełnie, jakby cieszyło się z naszego powrotu.

rdy DSCN2201rdDSCN2247

To był dobry tydzień. Bardzo dobry. A teraz znów siedzę gdzieś w hotelu, gdzieś pomiędzy za dużym, dwuosobowym łóżkiem, a wielkim telewizorem. I mam po prawej Hity, no i piwo mam. No i nie zabrałem tej ramki na zdjęcia, co to obiecałem sobie, że będę zabierać. I zaraz uczyć się trzeba.
…bo jest plan i nie waham się go realizować.

 

Share


Brunz.

“Naprawdę ciężki przypadek sraczki jest nie wtedy, gdy ochlapujesz sobie poza całym kiblem pół własnej dupy, ale gdy obryzgane masz nawet brwi”.

Share


Jaskinia na Świniuszce

Jaskinia na Świniuszce

Środa. Wyjątkowo w środku tygodnia, bo wyjątkowo dupsko nosiło za dziurą. Od razu po pracy pakujemy się w samochody i ruszamy w kierunku Ogrodzieńca. Powielany wszędzie opis dojazdu do miejsca pozostawienia samochodu idealnie kieruje nas pod Rodaki. Z samym dojściem do jaskini jest już trochę gorzej. Sugeruję małą modyfikację opisu:

Jaskinia na Świniuszce – opis dojścia

Po zostawieniu samochodu przy pierwszym za Ogrodzieńcem zjazdem na Rodaki (w prawo), przechodzimy przez ulicę. Opisy wspominając coś o ścieżkach, jednak te wiją się w miliony stron i mogą wprowadzić w błąd. Najprościej przejść przez ulicę i od razu wbić się w las, na przełaj. Najpierw trzeba będzie kawałek podejść pod górkę (6 metrów lekkiego podejścia), a następnie zejść do doliny za wzniesieniem. Wpadając w dolinę skręcamy w lewo i idziemy jakieś pół minuty dziarskim krokiem w lewo (cały czas dnem doliny). Natrafimy po naszej prawej stronie na skały schodzące do samego dna dolinki. Skała ma może z 4-5 metrów szerokości. Za nią należy zacząć się wspinać w górę – jakieś 20 sekund dziarskiego kroku. Jakieś 10(?) metrów na lewo od skały można wypatrzyć kawałek równego terenu z trzema mniejszymi, wyłaniającymi się z ziemi kamulcami. Pomiędzy nimi są trzy trzy otwory prowadzące w dół – to właśnie wejście do Świniuszki.

jaskinia_na_Swiniuszce_4

…i reszta wodolejstwa.

W zasadzie jaskinia nie dostarcza żadnych większych wrażeń. By dojść do dna, wystarczy jeden kawałek 40m liny i trzy karabinki do zaporęczowania drogi (jaskinia jest obita). Można poręczować krótszymi odcinkami liny, ale jak się okazało, czterdziestka pozwoliła na rzucenie luźno końcówki w stronę głębszego dna, dzięki czemu można było łatwo przeskoczyć przez jeden z progów, który mógłby być niewygodny dla ludzi o większym gabarycie.
jaskinia_na_Swiniuszce_9 jaskinia_na_Swiniuszce_13 jaskinia_na_Swiniuszce_16 jaskinia_na_Swiniuszce_15 jaskinia_na_Swiniuszce_17

Płytsze dno omijamy. Zgodnie z sugestiami znajomych, jest tam zbyt niestabilnie. Sam korytarz prowadzący do płytkiego dna sypie z każdej strony.

jaskinia_na_Swiniuszce_19

Niestety, czas nas goni. W trakcie tego wyjazdu nie udaje nam się odwiedzić jaskiń Niskiej i Na Rodakach.
Teoretycznie nic nie stoi na przeszkodzie, by tam wrócić, ale w praktyce… Robić tyle kilometrów dla tak małych obiektów?
Tak, rozpuściło mi się dupsko w tatrzańskich jaskiniach.
I tęsknię za Tatrami.

*****

Hotelowe pokoje są dziwne. Są bardzo udawane.
Mają udawać, że są przytulne, że są przyjazne, że prawie jak w domu u mamy.
Bardzo nieudolne to udawanie.

I pociągi też nieudolnie udają, że są autentyczne. I sugerują, że powinniśmy się cieszyć z otrzymanej w gratisie butelki wody za złoty pindziesiont, no i że jest miejsce na nogi – z tego powodu też powinniśmy się cieszyć. No i że nie śmierdzi. Ciesz się niewdzięczny panie pasażer, bo dostajesz tyle bogactwa w TYM pociągu: wody łyk, smrodu brak, miejsca ciut i na obsłudze frak.

A my się cieszymy, że dostaliśmy coś ekstra, premium. Coś, co powinno być standardem.

A hotelowe pokoje są jeszcze suche jak blat biurka wytarty do sucha przez sprzątaczkę. I pachnące jak zapach do pachnienia w toalecie. A pokojówki nie mają 19 lat i krótkich minispódniczek i pończoch i dekoltów prawie tak wielkich, jak ich wielkie cyce. Więc snuję się po hotelowych korytarzach wyczekując kolejnego dnia, po którym nastąpi dzień, po którym nastąpi dzień, kiedy wrócę. Tym pociągiem co jest ekstra i premium i daje tyle wszystkiego i tyle dobrego, co tylko powinien człowiek dostać zawsze. I wracam do drącej się, małej mordy, no i wracam do blondburzywłosów i biorę głębszy oddech. I tam jest szczęście.

Nie lubię wyjeżdżać. Cyfrową ramkę ze zdjęciami sobie kupię. Postawię na tym suchym blacie, postawię w tym powietrzy zapachem pachnącym i napiszę kartkę niecycatej pokojówce w nieminispódniczkowym wdzianku, by nie tykała i nawet nie patrzyła, bo łeb urwę i do czaszki nasram. Bo moje, domowe, jak u mamy.

*****

Lipiec będzie diabelnie krótkim miesiącem.

Share