Miesiąc: Lipiec 2017

2/1/0.5

Piątkowe popołudnie. Z nożem na gardle szukam pojazdu do przewiezienia grata, który nie dość, że ma dwa metry na metr na pół metra, to w dodatku wymaga nakręcenia około 130 km drogi.
Dzwonię do wypożyczalni pojazdów.

Ja (J): dzień dobry, potrzebuję samochód dostawczy do 3.5 tony.
Pan Wypożyczalnia (PW): a to doskonale się składa, a ma być na jutro, czy poniedziałek albo wtorek?
J: może być na poniedziałek.
PW: a to na poniedziałek albo wtorek to nie mam.
J: a to w takim razie na sobotę może być.
PW: na sobotę to też nie ma. Ale może dam panu osobówkę z hakiem? Przyczepkę można sobie wypożyczyć…

Szybka kalkulacja: w sumie czemu nie, przyczepkę wezmę z jakiegoś OBI i problem transportu się rozwiąże.

J: dobrze, niech będzie osobówka z hakiem. Jakie ma Pan wolne osobówki?
PW: wolnych to nie mam.

[kurtyna]

Share


EfSiedem

Nastąpiło wypłaszczenie płaszczyzny zawodowej: stała się anemiczna i nijaka, odrażająca w swojej totalnej bezwszystkowości. Chwilowe tendencje wzrostowe nie dają żadnej nadziei, a jedynie podkreślają ogrom wszechsiusiakowości, która okrywa osiem-godziny-ku-chwale swoim napletowym całunem. 

Znaczy się, że jest juchowo, ale obiecałem sobie nie rzucać mięsem na tym blogu.

Tak. Wypalenie zawodowe jest rzeczą straszną.

…a jednocześnie nie mogę, nie potrafię, nie chcę zamknąć 104 wydrukowanych stron, leżących cierpliwie po prawej stronie biurka. Zupełnie, jakbym chciał odsunąć termin złożenia pracy w obawie przed tym, że po jej obronie znów będę skazany jedynie na przerzucanie widłami pryzmy binarnego kompostu z lewej na prawo i z prawej na lewo.

Mam pomysły, mam dziesiątki pomysłów, kilka nawet lepiej niż dokładnie opisanych, ale nie potrafię uwierzyć w to, że są wystarczająco dobre. Brak mi wiary w nie, w to, że coś co robię ma sens i sprawdzi się, zda egzamin, zostanie docenione. Czy to echa wypalenia rozlewającego się poza osiem-godzin-ku-chwale? Niech mnie ktoś kopnie.

Ale mimo wszystko jest dobrze, jest bardzo dobrze. Minął tydzień od momentu, gdy ostatnio coś zabolało. Klękam swobodnie, kucam swobodnie, klęczę swobodnie, nawet mógłbym podskoczyć. Jeszcze miesiąc, jeszcze jedna wizyta, a później może będzie mi dane paść ze zmęczenia na trawę i zaśmiać się spoconym ja w stronę białych krokodyli galopujących przez niebo. Jednego jestem pewien: nawet jeśli nie wrócę w Tatry, to mam prawo cieszyć się z faktu, że już tam byłem. Że zdobyłem, odwiedziłem kilka tamtejszych jaskiń. W skromnym zakresie, takim na miarę moich możliwości. I… pomimo, że mógłbym zrobić coś jeszcze, zobaczyć więcej, zejść głębiej, to chyba nie ma nad czym rozpaczać, że chwilowo nie mogę a może i nie będę mógł już nigdy. Przecież i tak zrobiłem więcej niż większość osób, które mijam na ulicy. Mam co wspominać, zrealizowałem jakiś plan, a to jest najważniejsze.
Słaba pociecha, ale jednak.

Słowa wspomnienia wymaga temat prezentacji, o której pisałem na fb. Prezentacji, którą zawaliłem, która mnie przerosła, która pomimo planu idealnego rozlazła się jak stare gacie. Dziś rozumiem, za dużo jest we mnie tęsknoty, za bardzo chcę znów przeżywać wilgoć i twardość i ciasnotę. Za dużo ich we mnie jak na jednego człowieka.
Zamiast opowiedzieć to, co mogło mieć wartość dla słuchaczy – zatopiłem się w swoich historiach, zbombardowałem świat zdjęciami, bo to był jedyny sposób by przynajmniej w opowieściach jakkolwiek ponownie przeżyć to, co daje zejście na dół.
Popłynąłem z czasem, popłynąłem z tematami, zapomniałem się, zdemolowałem plan wystąpienia Mateusza. Przepraszam wszystkich zainteresowanych.
Tyle.

A póki co mamy lipiec. Sezon w pełni. Żal dupsko ściska gdy widzę zdjęcia z Polany, relacje z wypraw, piecze mnie gdzieś w środku przy każdym kasowanym mailu w którym ktoś omawia plan kolejnego wyjazdu. Beskid odsunięty na kiedyś, kolejne dziury przesuwam w kalendarzu o kolejny miesiąc do przodu, nawet nie potrafię wziąć się za zrobienie porządku w szafie ze sprzętem.

…a jeśli zanim się pozrastam – wygaśnie we mnie to, co czuję do dziur?

*****

A póki co mamy lipiec. Nowy lepszy miesiąc, nowy lepszy ja. Miałem napisać, że pokonałem smoka, który od 20(?) lat prześladował mnie i przerażał i czyhał na moje zdrowie. Miałem napisać jakieś epickie sentencje o rozszarpywaniu mrocznego widma czekającego na okazję, by dać mi w ryj. A prawda jest taka, że musiałem pokonać siebie. Dziwnie jest znów uśmiechać się pełną gębą.

A właśnie, uśmiech i kolano które pozwala klęknąć.

“Tak”.

…i już tęsknota za dziurami boli jakby mniej.

Share


Idealny Camembert

Idealny Camembert z grilla jest jak kociak, który wypadł z 10 piętra: na zewnątrz ciepły i miły w dotyku, ale przy delikatnym nacisku musisz czuć, jak wszystko w środku się przelewa…

Share


Osiem godzin ku chwale

Osoby dramatu:

J – ja
K – kadrowa
B – Pan B.
NK – nowa kadrowa

Informacyjnie: administruję m.in. systemami kadrowymi. Rzecz się dzieje podczas rozmowy telefonicznej.

K: panie Emilu, NK nie widzi B w systemie.

(klepię w klawisze, sprawdzam)

E: a pani go widzi?
K: nie widzę.

(klepię w klawisze, sprawdzam, faktycznie nie powinny widzieć bo jest błąd, poprawiam dane)

E: proszę teraz sprawdzić, pani i NK powinnyście już go widzieć w systemie w poprawnym dziale.
K: nadal nie widzimy.

(klepię w klawisze, sprawdzam, facet jakoś dziwnie wyparował z systemu)

E: a widziała go pani kiedykolwiek?
K: tak, jakieś dwa tygodnie temu.

(e tam, dupa, sam nie mógł zniknąć)

E: ale normalnie go pani widziała w jego dziale w systemie?
K: w jakim dziale?
E: no jego dziale w systemie.
K: a to nie, tam go nie widziałam.

(ki czort, w systemie do innego działu go dali?!)

E: to w którym dziale go pani widziała?
K: ale jakim dziale?
E: no w systemie!
K: ale nie, w dziale to go nie widziałam!
E: no to gdzie go pani widziała?!
K: no na korytarzu tutaj, do bufetu szedł rano po śniadanie…

[kurtyna]

Share