Miesiąc: Wrzesień 2017

Zbulwersowany

Ja wiem, że wcześniej był taki dowcip, ale tym razem scenariusz napisało życie. A było to tak…

Wtorkowa noc. Resztką sił wciskam ctrl+s, zapisując w ten sposób ostatnie poprawki które miałem do wprowadzenia w pracy mgr. Sflaczały mózg jeszcze pomaga drżącej dłoni kliknąć „wyślij” i… koniec. Cisza. Dokument w wersji final_v4_popr_05_19_v2_pop_nowy.docx bezgłośnie poleciał do promotora.

Przepracowane zwoje mózgowe domagają się ofiary, domagają się czegoś niewymagającego co je rozprostuje, pozwoli im się odprężyć. Szybko szukam w myślach jakiegoś intelektualnego brodzika, w którym będę mógł zanurzyć na najbliższe minuty swoje wypalone jestestwo. Tak, pokasowęmi będzie idealne. Wrzucam sowiaste zapytanie do Google, ten chwilę później oddaje mi odpowiedni link. Puszczam nutę na głośnik podkręcając nieco bas, by tłusty bit utulił umęczoną mą duszę i już ma być dobrze i idealnie, gdy nagle w me oczy rzuca się tego typu odnośnik:

Że co?!
Niepewnie klikam w to ustrojstwo i co widzę? P. od sowy chyba testuje z jakąś dziunią szminki. Nie wiem do końca czy chodzi o testowanie, bo w zasadzie jedyne co robią, to na przemian pierdzielą piskliwymi głosikami jakieś bzdury i przysysają się do siebie twarzami.

No i tak oto dzisiaj się robi pieniądze. Po co mi te studia, siedzenie nocami nad nauką, po jaką cholerę zdobywanie praktyki, próba stworzenia czegoś wielkiego, jeśli wystarczy tak jak te dwie dziunie mieć wielki dekolt podkreślający smakowite cyce, jeśli zamiast stać przed komisją i udowadniać swoją wiedzę, można zaświecić przyciasnymi majtami i miziać się z pokemoniastą istotą o twarzy niewinnego dziecka i oczach pełnych takich kurwików, że Renata B. nawet nie może stać w ich cieniu. Po co to dążenie do samodoskonalenia, po co to wszystko, skoro można zarabiać łapaniem młodych bab za cyce?!

No jasna cholera! Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak się wściekłem, zbulwersowałem się! Aż musiałem wczoraj w nocy zobaczyć ten materiał jeszcze trzy razy i dziś rano przed wyjściem do pracy jeszcze raz!

*****

Środowy poranek. Kończę pisać kolejną, głupkowatą notkę na 30latka. Szybko przerzucam zakładki szukając niuń, zerkając w zapiski z nocy, porządkuję myśli i zdania. Googlając w poszukiwaniu odpowiedniego screena, trafiam na to.

Kruwa, no nie mogę no… To przerasta już nawet mnie.
Nie, nie włączę. 
Share


Rozruch w staw wstaw ;) [cz. 1]

Przedzierając się przez okolice Wierzchowic (a będąc szczerym – błądząc w poszukiwaniu Jaskini Wierzchowskiej), natrafiliśmy z Ajaxem na ciekawą kartę przyklejoną do znaku. Był to niewielki wydruk z mapką, który informował w imieniu okolicznym mieszkańców o tym, jak dojechać do Wierzchowskiej bez przedzierania się przez zamknięte odcinki drogi. Kartka ta sygnalizowała dodatkowo jedną rzecz: w bezpośredniej okolicy znajduje się jeszcze kilka pomniejszych dziur, które można odwiedzić w trybie spacerowym.

Będąc już w domu, zacząłem przeglądać stare zapiski, które zdawały się potwierdzać: kolejny wyjazd nie skończy się na jednej jaskini! Wrzuciłem na ekran mapę Jury udostępnioną przez jaskiniejury.pl, dałem największy możliwy zoom i… Już wiem, gdzie skieruję swoją uwagę ruszając w pierwszy, pourazowy plener! Teraz najbliższej okolicy wsi Wierzchowie podzieliłem na 3 części, starając się dobrać trasę do pokonania w taki sposób, by zacząć od najłatwiejszej trasy i najłatwiejszych jaskiń. Na pierwszy ogień pójdzie przemarsz od Jaskini Ciemnej, przez Jaskinię Puchacza, Dziurawiec, Jaskinię Moszycką aż pod Chatę Pustelnika.

Google twierdzi, że trasa nie powinna zająć więcej niż około 40 minut w jedną stronę, co oznacza, że w marszu nie powinno zejść więcej czasu, niż podczas latania pomiędzy sklepami w trakcie standardowych zakupów 😉

Wydawać by się mogło, że temat już się ładnie wyklarował i nic mnie nie zaskoczy, ale… zawsze jest jakieś ALE. Tym razem “ale” przyjęło formę informacji podrzuconych przez maps.me – aplikację, której chciałem użyć przy poszukiwaniu dziurek. W chwili gdy przeglądałem okolicę, na ekranie telefonu pojawiło się kilka obiektów, których wcześniej nie zauważyłem na żadnej z map!

Tym oto sposobem lista jaskiń (czy bardziej “obiektów jaskiniowych” i “niewielkich schronisk”) nieco się powiększyła. Obecnie plan spaceru wygląda następująco:

  • Jaskinia Ciemna
  • Jaskinia Okopy Wielka Dolna
  • Jaskinia Okopy Wielka Górna
  • Jaskinia Puchacza
  • Jaskinia Dziurawiec
  • Jaskinia Maszycka
  • Jaskinia Chata Pustelnika

I nie jest ważne, że Jaskinia Okopy Wielka Dolna najpewniej będzie niedostępna, a Dziurawiec nawet ciężko jest nazwać jaskinią. Dobrze będzie znów pochodzić z ryjem przy ziemi, zawąchując, czy aby gdzieś spod liścia nie zionęło zapachem pustki pod stopami.

Share



Wycinki

Wrzesień się zaczął. Bezczelnie, bezlitośnie, bez wyrzutów sumienia. Dopiero był maj, dopiero był czerwiec, dopiero co wściekałem się na 9 tygodni odstawienia wszelkich form ruchu. Dopiero co liczyłem cicho na to, że może w sierpniu już coś, dopiero wściekałem się, że najszybciej we wrześniu, dopieroliło nam życie w te wakacje.

To były ciężkie, bardzo ciężkie miesiące. Czas jakby skumulował się w dziwnej, upakowanej formie i zawisł gdzieś pomiędzy Katowicami, Gliwicami, Zabrzem a Trzebinią. Kolejne pomysły i radości rozbijały się o ranty tego czworoboku, który narzucił schemat działania najparszywszy z parszywych: bez jakiejkolwiek szansy na chwilę dla siebie. Ale udało się, przetrwaliśmy. Nawet zaliczyliśmy trzy dni poza światem. No i jakoś tak zrobił się wrzesień.

Tegoroczne lato składało się z wycinków. Strzępów. Kawałków czasu rozszarpanych przez cztery paszcze Katowicko-Gliwicko-Zabrzańsko-Trzebińskiego czworokąta. Wszelkie obrazy ostatnich miesięcy, to niepełne historie, urywki, kawałki momentów, które nie stanowią spójnej całości. Działo się wszystko wszystkiego i dużo dużości. Nie ma pojęcia, jaki sposobem ten zsyp może stanowić ciągłą linię na osi czasu, skoro wszystko do siebie nie pasuje, nie wiem, sam nie wiem. Czuję jakby zwiały gdzieś bokiem maj i czerwiec i lipiec i sierpień też.

Najbardziej bolesne jest to, że nie widziałem w te “wakacje” nieba. Nie widziałem rozpościerającego się nad głową błękitu, takiego sięgającego od horyzontu aż po horyzont, bez zabudowań, ścian, murów, bez obcych ludzi. Nie oderwałem się od ziemi. Jedynie wycinki przebijające pomiędzy betonem a zadaszeniem przypominały boleśnie, że coś mija, że coś nie zostało przeżyte, coś zostało wypuszczone z ręki, że straciliśmy bezpowrotnie cztery miesiące naszego życia.

A jednak jak zwykle ma to jakiś głębszy sens. Przeczołgaliśmy się przez zaciski braku czasu, ominęliśmy najparszywsze z want przekroczonych terminów i nadal stoimy, jesteśmy, idziemy. Może i było ciężko, ale teraz możemy sobie pozwolić na luksus planowania. Jeszcze skromnego, jeszcze nieśmiałego, ale już planowania. Bo to co było najpaskudniejsze, już jest za nami.

D-Day za nami. Omaha zdobyta.

Share