Miesiąc: Wrzesień 2018

Jaskinia Wierna (2018-09-17)

Share



Jaskinia Ostrężnicka

Jaskinia Ostrężnicka.
Niewielka, niepozorna, niby obiekt, który nie zajmie więcej niż kilka minut, ale… Dająca wielką frajdę.

Do Jaskini Ostrężnickiej poszliśmy tak naprawdę po to, by zabić trochę czasu. W zasadzie nawet nie braliśmy kombinezonów, bo i po co. Wystarczyły kaski i światło.
I to był błąd.

Jaskinia Ostrężnicka jest jak plac zabaw pełen zdalnie sterowanych samochodów, trampolin, karabinów na gąbkowe pociski oraz pluszowych, gigantycznych bimbałów. Raj dla człowieka! Nie wiem o co chodzi z tą jaskinią, ale jest bardzo… pozytywna. Szczerze żałowaliśmy, że nie mamy ze sobą kombinezonów: gładkie korytarze zapraszały do polerowania ich tyłkiem, liczne boczne wyjścia i okienka nęciły i kusiły i wszystko było tak bardzo och i ach, że nawet białe koszulki przestały stanowić przeszkodę w trochę głębszym zwierzeniu korytarzyków.

Tzn te białe koszulki to były białe tylko na początku, później to już różnie z nimi było…

Co dalej z Ostrężnicką? Nie wiem. Na pewno jest na tyle pozytywnym obiektem, że chętnie bym tam wrócił na relaksujące, bezstresowe wylegiwanie się w jej wnętrzu. Tym bardziej, że w jaskini są ślady kopania, więc może gdzieś coś jeszcze puści w którymś z korytarzy?

Temat ruin zamku Ostrężnik, leżących tuż nad jaskinią przemilczymy. Czytałem, że niewiele tam jest do oglądania, ale…

..nie pomyślałem, że tak bardzo niewiele 😉

 

Share



Jaskinia Ostrężnicka (2018-09-17)

Share



Jaskinia Berkowa (Kalesonowa)

To nie była moja pierwsza wizyta w tym obiekcie. W 2016 roku Jaskinia Berkowa była jednym z punktów, który odwiedzaliśmy w trakcje Maratonu Jaskiniowego bielskiego klubu speleo.
Z planów i opisów jaskini wyraźnie wynika, że w zasadzie nie powala ona ani rozmiarami, ani atrakcjami. Skąd więc wziął się pomysł na powrót do Berkowej?

Bezpośrednią przyczyną chęci ponownego zaliczenia tej dziury była panująca w niej ciasnota. Wydaje mi się, że chciałem sprawdzić, na ile jestem w stanie po tak długiej przerwie przepychać cielsko przez wszelkiego rodzaju otwory. A Berkowa nadaje się do tego celu doskonale.

Do Kalesonowej trafiamy od strony zachodniej. Zaskakująco mały wylot wydaje się twierdzić, że nie ma szans na przepchnięcie się przez tę szparę.

Szczęśliwie gdzieś na dysku istnieje zerojedynkowy dowód na to, że już raz udało mi się pokonać ten otworek.

Ale zostawmy przeszłość.
Przenosimy się z Piterem pod wschodnie wejście, z którego mamy zamiar ruszyć podejmując wyzwanie speleozatyczki. Oczywiście wyzwanie dotyczy tylko mnie, bo Piter ze swoimi gabarytami jest wg mnie wstanie wleźć prawie wszędzie, niosąc ze sobą jednocześnie plecak z żarciem, czteropak i stolik pod telewizor.

Zostawmy Pitera, zajmijmy się jaskinią: kompletnie wypadło mi z głowy, że poza niskimi, meandrującymi korytarzami, Berkowa ma też miejsca, gdzie można znaleźć nieco więcej przestrzeni.

Dzięki dwóm (a jeśli by się uprzeć to może i nawet trzem) miejscom z większym prześwitem, mamy okazję zobaczyć cokolwiek więcej niż glebę 5 centymetrów od pyska. Serce się raduje.

Pomimo chwilowych trudności, o których wcześniej wspominałem w jękopoście, docieramy do otworu zachodniego.

Pora powyginać kończyny pod najdziwniejszymi kątami i narodzić się na nowo…

Berkowa zaliczona. Piter oczywiście przechodzi przez zacisk w wyjściu jak kilof przez czaszkę.

W czasie, który jest mi potrzebny do przelania się jednym udem przez otwór – on wyłazi cały. I jeszcze ma czas by zdjąć kombinezon i zapalić fajkę.
Taka to sprawiedliwość na tym świecie.

Rozgrzewka zakończona, wracamy do samochodu. Czeka nas dziś jeszcze sporo atrakcji.

Share



Wątpliwości.

Rodzą się w mojej głowie pytania, na które nie chcę znać odpowiedzi. Istnieje we łbie wewnętrzny konflikt pomiędzy tym, czego bym chciał, tym co mogę mieć, a tym, o czym boję się marzyć.
Momentami czuję się zagubiony. Jakby gdzieś wymknął mi się spod nóg szlak, który powinien mnie wyprowadzić z myślowego mroku.
Nie wiem.
Po prostu nie wiem.

*****

Poniedziałek. W planie ramowym Berkowa, Wierna, Wiercica.
Berkowa to tak dla jaj, by sprawdzić, czy jestem w stanie się przez nią przepchnąć. Przepycham się do zet`ek, trochę marudzę na zakrętach, po czym spędzam solidne 5 minut na uspokajaniu nerwów w drodze do otworu zachodniego. Z jednej strony dobrze wiem, że kawałek za mną jest Piter, który w razie czego będzie pilotował mnie przy wycofce, wiem także, że ostatnio tędy przeszedłem. Ale to było prawie dwa lata i z dziesięć (jeśli nie piętnaście) kilogramów temu.
Więc leżę. Już bez kasku, bo głowa nie mieściła się pomiędzy stropem a spągiem. Trochę zlany potem, trochę niepokojem. I na pewno skąpany w rozżaleniu.

Bo jest taki moment, kiedy wypuszczenie powietrza nie gwarantuje, że próba przepchnięcia klatki przez zacisk będzie udana. Są chwile, w których dupsko nie przeleje się przez dziurę, bo przecież w dupie są też kości i mięśnie i inne organelle, za które skała przytrzyma. Więc nadal leżę. Co jakiś czas szukam tego brakującego centymetra, który pozwoli wydobyć klatkę piersiową spod stropu. I leżę i myślę.

Przechodzę klatką piersiową. przerzucam do przodu kask i aparat, jednocześnie próbując wyszarpać dupsko z ciasnoty. Pstryk-przypadkowy uwiecznia tę nędzną walkę ubraną we wzniosło-tragiczne opakowanie. Kolejne pstryki już nie będą takie przypadkowe. Może ładnie wyjdę w dziurze. Tak po męsku, że niby ekstremalny samiec alfa.

Więc rodzą się w mojej głowie wątpliwości.
Czy dane mi będzie zobaczyć jeszcze coś nowego? Czy będę sobie wmawiał, że skazanie na Jurę też jest fajne, bo na Jurze też są fajne jaskinie? I co z tego, że lista tych do odwiedzenia coraz bardziej się kurczy, a Tatry wołają coraz głośniej?

…a rodzące się w głowie wątpliwości są świetnym gruntem dla… strachu?
Pół roku(?) temu oglądaliśmy w Studnisku miejsce, gdzie zginęła nastolatka. W poniedziałek przyglądaliśmy się wancie, która zabiła grotołaza w Wiernej.
Nie chcę dostać swojej własnej tablicy. Nie jestem zainteresowany taką opcją.

Więc dlaczego do jasnej cholery tak bardzo ciągnie pod ziemię? Od rodzących się możliwości zejścia do kolejnych, standardowo zamkniętych obiektów, drży z podniecenia każdy kawałek mojego ciała. Co takiego jest pod tą cholerną ziemią? Nacieki? Techniczne przeszkody do pokonania? A może sposób na udowodnienie sobie, że nie jestem (jeszcze) skapciałym czterdziestolatkiem, któremu zostało już jedynie wspominanie tego, co dokonywał za młodu?

*****

Nie wiem, nic nie wiem, mam wątpliwości.
I mam świadomość tego, że najbliżsi byliby cholernie szczęśliwi, gdybym ostatecznie odwiesił kombinezon na kołek.
Ale chyba tak się nie da. Jeszcze nie teraz. Nie teraz.
Wiem, że ten podziemny kawałek mnie kiedyś umrze, ale nie chcę go zabijać.
To między innymi dzięki niemu mogę być szczęśliwy wracając.
Mając gdzie wracać.

*****

Tym oto sposobem, mamy za sobą kolejny przedumany wpis o problemach pierwszego świata. Jakby nie było ważniejszych rzeczy do roboty.
A teraz można zepchnąć na margines świadomości wszystko to, co niepokoi i zająć się radosnym opisywaniem w kolejnych notkach tego, co działo się podczas poniedziałkowego wypadu na Jurę.

Bo życie lubi toczyć się dalej.

Share