Vanitas

…a czasami jest jakby zapaść.

Już nawet nie tyle irytuje, co wywołuje we mnie agresję bombardowanie mnie z każdej strony obrazem idealnego świata, którego należy być uczestnikiem. Jeśli nie masz idealnego życia, jesteś przegrywem. Jeśli nie rzygasz wokół codzienną fotorelacją z pławienia się w idealnym życiu, jesteś przegrywem. Jeśli nie zdobywasz miliona komentarzy znajomych pod każdym postem i nie zdobywasz tysiąca łapek w górę – jesteś największym przegrywem wśród przegrywów.

Totalnie wszystko się wypłyca, totalnie wszystko redukuje się do cyfrowych reakcji na cyfrowy obraz nierzeczywistej rzeczywistości. Nie potrafię się cieszyć nawet z tego, że jeden czy drugi klub speleo wrzucił relację z jakiejś wyprawy. Kiedyś tego typu wpisy były okazją do zobaczenia ciekawych miejsc, czasami do ujęcia ich w swoich planach wyjazdowych, a dziś odbieram je jako kolejne zagrożenie. Kolejny materiał, którego celem jest wyłudzenie łapki w górę i podbicie nic-wszystko-znaczącej statystyki. Wszystko płynie w bezsensownym kierunku, w zasadzie chyba ta rzeka, potok nieznaczących ciągów zer i jedynek zatacza koło, jednocześnie wpadając na siebie, walcząc ze sobą i płynąc dalej znów tworzy koło. Koło przy kole zetknięte konfliktem nurtów. Taki binarny znak nieskończoności.

Próbuję czytać jakieś wiadomości: same negatywy z kraju i ze świata, ze szczególnym wszechzepsuciem u rządzących nami. Kłamstwa ścierających się obozów sprawiają, że nie wiem jaka jest prawda, nie wiem komu można ufać, nie wiem czy w tym kraju jest miejsce dla mnie, pośród tego przeciągania liny między głównymi siłami. Które tak naprawdę psu spod jednego ogona wypadły. Nie wiem, jak patrzeć w przyszłość, gdy ludzie, od których ona zależy, nie sięgają wzrokiem dalej niż kolejna kadencja która jeszcze da szanse być przyspawanym do koryta. Wszystko się stacza i nie daje poczucia bezpieczeństwa w dłuższej perspektywie czasu.
Dno.

Co jakiś czas wraca kwestia wyjazdu stąd.
Lubię ten kraj, ale ludzie nim rządzący sprawili, że przestaje on być miejscem, w którym czuję, że moja przyszłość jest bezpieczna.
Dno.

…a czasami jest jakby zapaść, gdy ten cały cyfrowy zlew chlustający mi na łeb hektolitrami bełkotu wytyka mi, wypomina wszystko to, czego robić nie mogę. W zasadzie z coraz większym obrzydzeniem włączam komputer/monitor/tablet, jak zwał tak zwał. Odczuwam autentyczną niechęć do tego, co czeka mnie przebrane jako informacja-z-którą-MUSZĘ-się-urwał-zapoznać. Wszystko krzyczy i stara się ściągać na siebie uwagę, a tak naprawdę jest równie nieistotne, co zeszłoroczny pierd puszczony na wietrze. Zupełnie, jakby ten świat chciał sobie wychować pseudointelektualnych konsumentów dezinformacji, której nie będą podważać. Jakby świat rościł sobie prawo do decydowania, która informacja jest dla mnie istotna i której mam prawo się “domagać”.

I żrą wszyscy te bełkotliwe inforzygowiny, zachwycają się wyborczymi słupami angażując się w walkę o człowieka, który będzie ich walił w dupę tak samo, jak ten “gorszy”. Wierzą wszyscy w piękne słowa, dają się kupić obietnicami bez pokrycia, pozwalają by życie im mijało na ssaniu medialnej pały ku chwale tego, komu wspomniane media same obciągają.
Nie jestem pewien, czy na tym ma polegać życie.

Chciałem ostatnio wyczyścić swojego fb z ludzi, którzy są zaangażowani w cały ten politbełkot. Zostałyby mi wtedy na fb tylko reklamy i ogłoszenia.
Żałosne.

Były kiedyś (a nawet czasami jeszcze można spotkać) pralki Frania. Wlewasz wodę, wrzucasz pranie, jakiś detergent, pranie się kręci, pierze, itd. Cały ten kraj jest jak jedna wielka Frania, próbująca pozbyć się gospodarczego brudu, plam na honorze, politycznych zabarwień w informacjach płynących do ludzi. Problem polega na tym, że wszyscy wokół srają do bębna. Taki ot gówniany nasz los.

Lubię ten piach polnych dróg. Jest jedną ze składowych bardzo ciekawego wypieku. Myślowego ciasta, na które poza kurzem z polnej drogi, składają się jeszcze zmarznięte opuszki palców, chrupanie pod butami zamarzniętego śniegu, zapach chłodnego letniego poranka i bezcelowe gapienie się w niebo. Trzeba to jeszcze doprawić zawartością szufladki nicości i mamy stan idealny, pozwalający sięgać myślą ponad wszystko, co nas otacza. Nigdy nie wiedziałem co to za proces, nie wiedziałem, czy jest to jakaś medytacja czy inny pies. Liczyło się to, że opierając się na którymkolwiek ze składników myślociasta, można było pójść krok dalej niż możliwości poznawcze umysłu. Kiedyś zrobiłem o jeden krok za daleko i zmiotło mnie, rzuciło mną o ziemię, bo natknąłem się na coś, czego nie byłem w stanie pojąć, objąć umysłem, nawet nie tyle zrozumieć, co zarejestrować fakt istnienia zjawiska, które nie było ani wydarzeniem, ani bytem, ani myślą. Sięgnąłem pytaniem przed sekundę przed pierwszą sekundą i rozbiłem się o świadomości istnienia czegoś poza moimi kategoriami istnienia, czego nie poznam, bo jest w formie poza możliwościami mojego poznawania.
“Wszystko co było miało początek, punkt po punkcie zero, w którym nic nie było, więc co było w punkcie zero? Co było sekundę przed pierwszą sekundą?

Zmiażdżyło mnie kiedyś to pytanie. Nie znalazłem na nie odpowiedzi. Długie tygodnie musiałem się otrząsać po tym, jak sobie je zadałem i.… przestałem szukać na nie odpowiedzi. Tak jest bezpieczniej. Absolut niewiedzy powinien motywować do rozchylania kolejnych zasłon tajemnicy, ale czy jestem gotowy na badanie czegoś, czego badać nie potrafię ze względu na zbyt ograniczone możliwości badawcze?
Czy ameba jest w stanie sobie wyobrazić, jak wielki i złożony świat istnieje ponad jej światem?
Co istnieje ponad nami, jeśli to my jesteśmy amebą?

W wieku lat prawie-czterdziestu odkryłem słowo “transcendencja”. Nie wiedziałem, że to co obwąchiwałem z daleka, ma swoją nazwę.
Nawet ładna taka ta nazwa, wydaje się przyjemna. Niegroźna. Szkoda, że próba rozwikłania tego supła może doprowadzić do szaleństwa.

Środa. Codzienna porcja kodowania. Kolejny język, kolejne środowisko, kolejny problem zerojedynkowy do rozwikłania. Bez politycznego nalotu, bez łapek w górę zbędnych komentarzy. Bez sekundy przed pierwszą sekundą.
Odpocznę.

*****

“Hi! hi! hi! dokąd wy jedziecie, podróżni?… Dlaczego narażasz kark, akrobato?… Po co wam po uściskach, tancerze?… Wykręcą się sprężyny i pójdziecie na powrót do szafy. Głupstwo, wszystko głupstwo!… a wam, gdybyście myśleli, mogłoby się zdawać, że to jest coś wielkiego!…”

Share