Kolorowanka

Czasami wydaje mi się, że ludzkie życie to jedna wielka kolorowanka. Kolorujemy nasze dni, wspomnienia, przepuszczamy je przez filtry, poprawiamy ich obraz, korygujemy, a wszystko po to, by patrząc w szklaną taflę móc doświadczać czegoś lepszego niż otaczająca nas rzeczywistość. Zupełnie jakby człowiek okłamywał samego siebie, wmawiając sobie, że świat jest piękny.

Gapimy się przez pryzmat spłacany w ratach, abonamencie, spłacany jednorazowo, otrzymany, ukradziony, pożyczony, byle tylko przez pryzmat sprawiający, że czerwień jest bardziej soczysta, zieleń bardziej uspokaja, a błękit radomskiego nieba równie mocno chwyta za serce, co nieboskłon na Kanarach.

I czasami zastanawiam się, po co to wszystko. Czy uprawianie kolorowingu jest ćpaniem wyidealizowanego, nieistniejącego świata, czy może… Jest sposobem na pokazanie, uchwycenie tego, co człowiek czuje i przeżywa, a co nie zawsze uda się przekazać, obserwując na żywo rzeczywistość? Jeśli na wysypisku śmieci wyrośnie kwiat, to jego piękno może przyćmić wszechsyf otoczenia, pierwszy pomidor na krzaku zaatakowanym przez mszyce zawsze będzie ważniejszy niż stado robali pożerających w tle liście.

Gdzie jest granica w rekompozycji świata? Co jeszcze jest podkreślaniem rzeczy dla nas ważnych, a co tworzeniem wyimaginowanej rzeczywistości? I czy warto szukać tej granicy i ją znaleźć?

A może nasz konsumpcjonizm jest już rozbuchany do takiego stopnia, że poza kupowaniem kolejnych zbędnych bzdur, tworzymy piękno, które z założenia przygotowujemy na pożarcie przez wewnętrzną potrzebę wstrzyknięcia sobie odrobimy przeżywania-czegoś-ładnego nim zaczną przeżywać to wszyscy, więc przestanie być modne i znudzi się i przestanie mieć znaczenie, więc stanie się brzydkie?

Gdzieś, dziwnie, w którąś stronę to wszystko galopuje. Pochłaniamy przeżycia doprawiając je odrobiną kłamstwa, jednocześnie przebijając wszystkich znajomych w niekończącej się licytacji “pokaż kto ma lepiej”.

…a może po prostu wyłapujemy kwiat pośród śmieci i podkreślamy jego istnienie, bo ważne jest dla Ciebie i dla mnie i dla reszty ludzi to, by pośród codzienności znaleźć coś, co przywoła uśmiech na twarzy? Czy to jest reanimacja dziecięcej, naiwnej radości?

– mamo, tato, zobaczcie jaki piękny zamek zrobiłem!
– przecież to tylko sterta kamieni, piachu i kilka patyków.
– nie, to jest mój najpiękniejszy zamek pod słońcem!

Może teraz zamiast kamieni i piachu i kilku patyków mamy telefony, aparaty, soft? Bo co wolimy przeżywać: kwiatek na wysypisku, czy wysypisko wokół kwiatka?

Gryzę się z tym tematem od dwóch tygodni i ciągle sam sobie przeczę. Podważam sam siebie i nie zgadzam się sam ze sobą, kolejny raz zaczynam rozgryzać temat od nowa, by w pełni przekonania dojść do tych samych wniosków, które już podważyłem wcześniej, będąc w pełni przekonanym, że podważyć je trzeba. A jednocześnie na wszelki wypadek kupiłem nowy telefon, którym da się zrobić lepsze zdjęcia, które można później jeszcze obrobić by pokazały to, jak ja odbierałem sfotografowany obiekt. I żebym mógł się cieszyć drogą od wypatrzenia kadru, przez rejestrację i edycję materiału, aż do zobaczenia efektu końcowego.
I uwierzę w otrzymany efekt końcowy, pomimo że uwiecznione miejsce nie istnieje w przedstawionej formie. Nie zobaczy się go w rzeczywistości.

…a może nie chodzi o przekazywanie zakłamanego obrazu, ale próbę uchwycenia przeżyć? Ale… przecież to dawałoby pole do nadużyć, mogłoby się skończyć współprzeżywaniem kłamstwa zamiast piękną, więc…

…więc jeszcze raz, od nowa: czasami wydaje mi się, że ludzkie życie to jedna wielka kolorowanka. Kolorujemy nasze dni, wspomnienia, przepuszczamy je przez filtry…

Share