Ignorant

Czy gdziekolwiek jest lepiej? Czy jest sens obrażać się na niezadowalającą rzeczywistość, której na pewnych płaszczyznach nie można zmienić?
Czy jest sens się tym wszystkim przejmować, angażować, psuć sobie nerwy?

“A na cholerę mam się denerwować, szkoda wieczoru sobie psuć źle wystawionym rachunkiem”.

Skala problemu może być różna, ale tak naprawdę chodzi zawsze o jedno: coś nie tyle poszło nie po naszej myśli, co całość rzeczywistości ma tendencje do tego, by być rozczarowującą. Zawsze znajdzie się ktoś niezadowolony – to wiadomo, ale jednocześnie co zrobić w sytuacji, gdy niezadowolenie dotyka połowy społeczeństwa, sprawia, że ta wspomniana połowa zaczyna warczeć na drugą? Co w chwili, gdy wrogiem nie jest ten, kto generował problem, pokłócił, rozdzielił?

To, co dzieje się wokół mnie gospodarczo, politycznie, to jakiś chory sen. Jako odpowiedzialny obywatel, staram się przynajmniej minimalnie być zainteresowanym aktualnymi wydarzeniami, ale… nie da się. Średnio wytrzymuję dwa artykuły (niekiedy przeczytam coś więcej niż wstępniak), nim trafia mnie szlag. Bez względu na stronę, w którą serwis informacyjny się chyli, wszędzie jest identyczny festiwal lania gówna i rzygowin na tych, którzy mają odmienne poglądy na którejkolwiek z płaszczyzn. Do tego, tak naprawdę nigdy nie wiadomo, czy ścierwiasty nagłówek “nie uwierzysz co się stało, musisz to zobaczyć”, dotyczy kolejnego zachlanego posła, łapówki pod stołem, wysadzenia połowy Bejrutu w powietrze, czy cycka podstarzałej aktorki, który wybrał wolność i z cichym plaskiem wpadł do talerza z zupą.

Za dużo nerwów, za dużo zdrowia kosztuje mnie bycie odpowiedzialnym obywatelem. Za bardzo mnie irytuje wybieranie mniejszego zła, czy zajmowanie się przez rządzących nieistotnym ideologicznie bełkotem, zamiast prawdziwymi problemami, z którymi należy się w końcu rozprawić. Rozpaczliwie staram się w tym wszystkim znaleźć jakiś sens, logikę, coś co trzyma się kupy w kolejnych pomysłach rządu, ale wszędzie już widzę tylko niekompetencję, łamanie wcześniej danego słowa i próby wydymania mnie w dupsko. Na sucho.

Przepraszam bardzo, ale nie.

“…a może tym wszystkim j3bnąć i wyjechać w Bieszczady?”

Wyjechać, słowo klucz. Nie w perspektywie roku czy dwóch, ale lat pięciu? Tylko dokąd? Oszukiwanie się, że gdziekolwiek jest lepiej, jest bez sensu. Wszędzie zawsze będą te same problemy, tylko skala inna. Nie pozostaje więc nic innego, jak szacowanie, gdzie jest mnie beznadziejnie i gdzie można więcej ugrać na swoją korzyść. Problem polega na tym, że nie takiego świata chcę. Nie podoba mi się to, jakie trzeba podejmować decyzje i z czego one wynikają. To wszystko jest totalnie chore.

Więc znów na jakiś czas włączy mi się ignorant. Wiedzę o świecie będę czerpał z memów, wiadomość będę unikał jak ognia, a chwili, gdy ktokolwiek gdziekolwiek zacznie się produkować na tematy polityczne – zwrócę swoją uwagę na ptaszka, który radośnie ćwierka na drzewku, srając jednocześnie na zaparkowane pod nim samochody.
Może nie będzie to postawa, którą sam pochwalam, ale będę spokojniejszy, mniej nerwowy, będzie mi się lepiej pracowało, więc więcej zarobię, nie będziemy w domu denerwować się polityką i wszyscy będą szczęśliwsi. I łatwiej będzie nas golić w formie kolejnych, nowych ukrytych podatków, obciążeń i opłat.
Krąg życia, urwał jego nać.

Share