Wąchaj chrapy, zdzirze!

Zastanawiam się czasami, jak to by było znów siedzieć w siodle. Teoretycznie.
Bo prawda jest taka, że w tym momencie nie dałbym rady ani na konia wejść, ani z niego zeskoczyć. To tak praktycznie.

Nie zmienia to jednak faktu, że gdzieś z tyłu głowy została sympatia do tych sympatycznych, wyrośniętych śmierdzieli, które z jednej strony mogą człowieka posłać na długie L4 jednym kopniakiem, a z drugiej są w stanie wystraszyć się krzywo skoszonej trawy.

„Moje” konie już powymierały. Końska przygoda leży gdzieś pod ziemią albo została zutylizowana i przerobiona na klej, karmę dla lisów, czy kij wie co jeszcze. A jednak, jeśli się dobrze zastanowić, gdy porządnie pogrzebię w pamięci, to potrafię przywołać rozkoszne uczucie, gdy pierdołowaty koń nadepnie człowiekowi na stopę i stojąc na niej dziwi się, dlaczego człek drze się zamiast podawać marchewki.

Nie przepadałem za męczeniem konia swoją wagą, nie ciągnęło mnie jakoś wybitnie do siodła. „Co mi zrobił niby ten koń, by miał mnie teraz za karę dźwigać na plecach”. Chyba jakoś tak to było.
A z drugiej strony fajnie było z czasem stać się kumplem dla kilkusetkilogramowego zwierza, głupiego jak but, płochliwego jak kot, gdy wuwuzela jest w domu, śmierdzącego każdym kawałkiem ciała.
Zdecydowanie, Rudy i Siwy dołączyły do Pierdoły.

W cennikach ośrodków jeździeckich brakuje mi jednej pozycji: „Weź konia na godzinę w odosobnione miejsce i ciesz się jego obecnością. Za dodatkowe X szekli nikt nie będzie wam zawracał dupy przez całe 60 minut.”

*****

Dziwne uczucie, gdy stoi się po zewnętrznej stronie ogrodzenia i nie można wejść na padok.

I niezmiennie uwielbiam leżące na łąkach belki z sianem.

Share