• "date": "21 lutego, 2021"
  • "title": "Weekend {snork}."

Piątek.

Osiem godzin walki z problemem, którego nie powinienem rozwiązywać. Walki zakończonej sukcesem. Bo każdy piach pod powiekami musi kiedyś się skończyć. Wszystko musi wrócić do normalności. Bez tego nie moglibyśmy ponownie upadać, łamać się pod ciężarem zmęczenia, natłoku spraw, czerwonych lampek i goniących terminów.

14:43, system zwrócił komunikat: Dane wstępnie przetworzone, nie znaleziono błędów.

Można iść do domu, można otrząsnąć się z nagromadzonych emocji, irytacji, złości, można pomyśleć o weekendzie, który rozsypał się, nim nastał.

Bo {snork}.

Obserwuję wyludniający się świat. Rzeczywistość, w której pączkujący bunt chce uderzyć w ograniczenia równie niezbędne, co upierdliwe. Powoli trzeszczy w posadach układ relacji międzyludzkich, ograniczamy kontakty i ich formy, zamykamy się dla bezpieczeństwa w bańkach, w których niedługo zabraknie nam powietrza.
Świat zwariował, goni swój własny ogon i nie wie co robić. Jednocześnie musi udawać prowadzenie przemyślanych działań, bo jedyne co może nas teraz uratować, to pozory normalności i panowania nad biegiem wydarzeń.

Tak mógłby wyglądać koniec społeczeństwa: podział na tych, którzy wierzą, że pandemia kiedyś się skończy, na tych, którzy mają wszystko gdzieś i wolą się zabawić przed śmiercią, która kiedyś i tak nadejdzie, oraz na tych, którzy mają ważniejsze sprawy na głowie, bo kury same się nie nakarmią, krowy się nie wydoją i zgłoszenia na service desku same się nie obsłużą.

Póki co, relacje międzyludzkie usychają. Rozłażą się jak stare gacie. Ograniczone do minimum wyraźnie pokazują, jak nieistotna jest obecność ludzi w naszym otoczeniu. Są zbędni do konsumowania jałowej treści lejącej się z ekranów. Nie potrzebujemy ich do przejadania dóbr, które nie były nam niezbędne.

Wszystko się resetuje.
Zostaną jedynie głupcy i szczęściarze.

Potomstwo której z tych grup, będzie fundamentem nowego społeczeństwa?

***** ***

{snork}

Jakieś dziadostwo się przyplątało. Żadna Corona, żadna Ebola. Takie standardowe dziadostwo, od którego facet umiera przy 37,4 st.
Małe, niewidoczne dziadostwo przestawiło nam wszystkie plany weekendowe.
Bywa.

Przynajmniej jest czas na odespanie zaległości, obejrzenie filmu z laserowymi cyckami i czas na to, by leniwie obserwować mrówki zdychające od porozkładanej wszędzie trutki. Dziś zdycha gniazdo pierwsze, wczoraj trzecie, gniazda nr trzy i cztery już się dławią. Fajnie tak patrzeć, jak umierają całe kolonie. Całe mrówcze społeczeństwa. To prawie bawi.

No chyba, że umieramy my.
To wtedy już nie jest ok.

Share