• "date": "8 października, 2022"
  • "title": "Grzęda"

„Pora usiąść na grzędzie i znieść złote jajo”.

Problem polega na tym, że nie każda grzęda idealnie pasuje pod kuprem. Nie każda kupka siana ma odpowiednią grubość źdźbeł, a szczebelki drabiny nie zawsze prowadzą w stronę upragnionego siedziska.

Jaja brak.
Powolne porządkowanie świata pokazało, że na którymś etapie forma zaczyna mieć znaczenie. Nie tylko strona praktyczna, ale także ta tworzona przez śpiewające deski i kurz o odpowiedniej granulacji.

Może to tkwiący gdzieś we łbie kołek sprawia, że podświadomość jest blokowana przez rzeczy nienazwane, zupełnie jakby brak użycia nazwy właściwej zabezpieczał przed istnieniem faktu nazwanego.
Ten Którego Imienia Nie Można Wymawiać.
Czy też bardziej Ta.

Coś cały czas tkwi i blokuje.
Czytam i widzę, dostrzegam inne umysły bez blokad, wolne myśli błądzące po płaszczyznach absurdu, plujące w klawiaturę z prędkością karabinu maszynowego. I zazdroszczę i tęsknię za momentami, gdy nie trzeba było myśleć, wystarczyło siąść, a reszta działa się sama. Palce stawały się autonomicznym łącznikiem pomiędzy ekranem a mózgiem. Wystarczało im zaufać, pozwolić na beztroską galopadę po dyktando cwałujących myśli, a wszystko wskakiwało na swoje miejsce i tworzyło się samo. Kompletne, spójne, nie tylko wystarczające i satysfakcjonujące.

A później wszystko się załamało, gdy było coraz mniej w tym wszystkim wszystkiego dla siebie, a bardziej realizacja zadań zależnych od oczekiwań czytelnika. W pewnym momencie wszystko się wypaczyło, bo historie powinny być spójne na linii teraźniejszość-przeszłość, a przecież przyszłość już nie była taka, jak czasy minione. Wszak zmieniły się okoliczności, otoczenie płonęło, trzeba było nieść śmierć i zniszczenia na poziomie tak bardzo głębokim, że nawet dla mnie śmieszkowanie było nie na miejscu.

Potrafiłbym co do dnia i chyba godziny określić pierwszy wpis z serii tych znaczących. Pierwszy krok przygody, która trwała kilka lat, dawała radość, satysfakcję, przyjemność, ale i przerażenie, gdy nagle okazało się, że anonimowość przestała istnieć, a wysikanie psa na jakimś katowickim zadupiu grozi spotkaniem nieznanego wcześniej czytelnika.
Katowice. Tamten moment był ważny, przełomowy, pokazał coś, na co nie byłem gotowy.
Pies srał, a ja zastanawiałem się, jak to wszystko było możliwe, przecież nigdzie się nie pojawiałem osobiście.

Nieważne.

Grzęda idealna pakuje się gdzieś na drugim końcu świata, taka nowa, praktyczna i piękna. Grzęda, na której chciałbym umieć wymiotować nocami, na której zebrałbym kurz złożony z wierzchniej, naskórkowej warstwy myśli, na którym mógłbym palcami malować te wszystkie historie, które czekają w głowie, czekają na kartkach, czekają w chmurze, czekają na zebranie do kupy i pokazanie światu, który równie mocno ma w dupie ich istnienie, co żywi niechęć do zapoznania się z nimi.

Emil, kurwa, pisz.
Hipsterski blog.
Pseudointelektualne wypociny.
Śmieszna stronka, na której coś sobie klepiesz

Problem polega na tym, że wyuczenie się ignorowania zwrotek negatywnych, przynosi ze sobą umiejętność niedostrzegania wsparcia. Ale czy którekolwiek z nich mają jakikolwiek znaczenie? Czy na początku sensem wszystkiego i źródłem autentyczności było pomijanie reakcji świata w procesie jego opisywania?

I jak zachować anonimowość zupełną, jeśli wiem, że taka nie istnieje?

A może źródłem wszystkiego, w tym leku na ból mięśnia klawiaturowego, jest codzienność? Tylko czy potrafię na nią patrzeć jak kiedyś w sytuacji, gdy najistotniejsze pytania poranka to nie „czy”, ale „jak bardzo”? I jak liczyć czas pomiędzy terminami, wynikami, skoro każda jego sekunda potrafi śmierdzieć świadomością istnienia Tej Której Imienia Nie Można wymieniać?

A może to jedyny sposób, by nie zwariować?

A może postrzeganie świata zmieniło się dopiero po godzinie 23 w któryś ciepły wieczór, gdy musiałem posiedzieć dłużej w samochodzie, by dosłuchać do końca czegoś, co przestawiło mi którąś zapadkę w mózgu? Trzysta czterdziesta szósta sekunda zmieniła wszystko? Była zwieńczeniem starego dzieła, które zdechło i zdążyło się już po trzykroć ususzyć, zamoknąć, zaśmierdnąć i znów ususzyć?

Czy to tylko zbieg okoliczności?

A może to wszystko jest tylko strachem przed zmierzeniem się z obawą przed tym, że Wielkie Dzieła okażą się kolejnymi zlepkami gówna w nieistotnym wszechzlewie wszechszamba? Że tamten tort już odjechał i to już koniec, nic się nie wykroi?

I gdzie w tym wszystkim jest słowo jako narzędzie do przekazywania myśli? Gdzie tkwiła magia? W słowie? Formie? Treści? Czy myśli, którą każdy odczytywał na swój sposób? Czy świadomość niedoskonałości, a wręcz prostactwa w żonglowaniu słowem, ma prawo być przeszkodą do opowiadania? Czy prosta forma jest grzechem?

Czy prawdziwym grzechem jest zatrzymanie dla siebie Wielkiej Księgi Koszmarów? Wiwisekcyjnych zapisów stanów i emocji, wniosków, uwag i domysłów, błędnych koncepcji i szkiców, na których płonie świat wokół, płonie człowiek w środku, a demon tkwiący w najbardziej niezdatnym do egzystencji miejsc, wrzeszczy: „dolej benzyny!”.
Tylko dlaczego się skazywać na starcie z samym sobą? Dla ratowania pięciu innych osób? Pięćdziesięciu? Pięciuset? Pięciu tysięcy? Milionów? Miliardów? Jakie to ma znaczenie, na ile jest to dla mnie znaczące, że czyjś świat poskłada się do kupy, jeśli mój runie?

Zdecydowanie łatwiej zadawać pytania niż odważyć się na poszukiwanie odpowiedzi.
Żałosne.

Chyba mam za dużo zadań do spełnienia, jak na jedno życie.

Share