Niteczka?

Praca.
Niby dzień jak co dzień, ale coś jakby spokoju nie daje. Ni to swędzi, ni to smyra, ewidentnie coś stoi pomiędzy mną, a pełnym skupieniem nad robotą.

Poprawiam się na krześle, nogawki koryguję, gacie na tyłku poprawiam, ale to nie to. Cały czas nie to. Cały czas ni to smyra, ni to gila, ni to swędzi. No nie może być inaczej, jak jakaś nitka w bokserkach próbuje mnie smyrać po klamotach.

Całe szczęście – siedzę w domu. Pakuję rękę, gdzie wzrok nie sięga, poprawiam bokserki jednocześnie dwa drapnięcia wykonując – od razu lepiej. Przysuwam się do biurka pamiętając, by nie drapać się po twarzy prawą dłonią i wracam do pracy.
Na krótko.

Dwie minuty później nitka znów przechodzi do ataku, ślizgając się swym wiotkim ciałem po powierzchni sakwy. No urwał nać! Zdenerwowany ściągam spodnie, bokserki i szukam w nich tego, co nie pozwala ani pracować, ani się skupić, ani… Ani nic nie znalazłem, ani nie wypatrzyłem. No nie ma żadnej nitki. Może na sprzęcie zostało? Zerkam z góry, z boku, z lewej, prawej, podnoszę, bujam, czy ja na pewno wyłączyłem kamerę po spotkaniu? A tak, wyłączyłem, szukam tej pierońskiej niteczki, a zamiast tego znajduję wbitego w prawe jądro kleszcza, który z radością na mordzie zasysa moje życiodajne soki.
No serio? NA JAJACH?!

Przecież ani nie stawiałem papierzaka w lesie, ani bromu nie zażywałem w trawach wysokich, skąd u licha kleszcz?! Wieczorem go nie było, gdy brałem prysznic! Pewnie pies przyniósł z pola, uwalił się w łóżku, a że kleszcz jajożerny, to kastrowanego psa jak ssać nie miał, więc przyszedł do mnie.
No i ssie.

No i co teraz? Takie delikatne wewnętrzne rozdarcie mam, bo z jednej strony pasożyt co to choroby przenosić może, a z drugiej jednak zawsze jakaś forma pozamałżeńskiego ssania. Trochę głupio przerwać, skoro się już trafiło. Ale w sumie jakieś małe takie to ani za kucyk potarmosić, ani klapsa dać, bez sensu!
Rozsądek wygrał: biorę sprzęt do demontowania kleszczy z psa, wcześniej rysując na atrybucie długopisem okrąg wskazujący, gdzie bydle było wbite, sprawnie demontuję kleszcza, umieszczam dziada w niewoli słoiczkowej, robię zdjęcie miejsca po kleszczu dla późniejszego porównania, czy aby jakieś rumienie czy inne zmiany się nie robią. Na koniec dezynfekcja, sprawdzenie czy kleszcz ma wszystkie istotne części typu głowa, aparat gryzący i tak dalej. Tyle. Koniec.

No i w sumie to ja nie wiem, bo historia niby zakończyła się dobrze, kleszcz wyszedł w całości, żyje sobie w słoiczku, na sprzęcie nic się nie dzieje, nic nie swędzi i nie smyra. Sukces niby.
Niby, bo to, co boli to fakt, że gdy robiłem zdjęcie klamotów ze śladem ugryzienia, to aparat automatycznie przełączył się na tryb makro.

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *