#teżodchodzę

Człowiek w moim świecie, jest istotą poszukującą wyjaśnień, lub sposobu na pogodzenie się z tym, czego nie wie. Czasami brak zrozumienia wszechrzeczy można przykryć ignorancją, całkowicie odsunąć od siebie potrzebę poszukiwania odpowiedzi na pytania, niekiedy wystarczy powiedzieć sobie „tak już jest i co zrobisz”, a najwygodniej chyba po prostu skończyć kopanie rowu, dopić ósmego Żuberka, zabrombrać jeszcze przed snem i zasnąć ze świadomością, że to był dobry dzień.
Po prostu wymagać od życia niewiele, a od siebie jeszcze mniej.

Ale u mnie to tak nie działa. Świadomość braku zasobów do zrozumienia odpowiedzi na pytania, których nigdy się nie usłyszy sprawia, że cały czas jest gdzieś jakaś wewnętrzne pustka. Coś jest niezaspokojone. Coś powinno być nakarmione odpowiedziami, wiedzą, jakąś propozycją wyjaśnienia takiego, czy innego ułożenia wszystkiego w świecie.

To trochę tak, jakbym stał przed wielką wyrocznią, która chętnie by odpowiedziała na każde pytanie, ale ja byłbym zbyt głupi by wiedzieć, o co chcę pytać. Bo odpowiedzi na pytania, które nie potrafią wybrzmieć, daleko wybiegają poza moje możliwości intelektualne. W zasadzie pytania też są daleko poza moim zasięgiem.

Kiedyś było prościej. Prościej było w jakiś sposób wierzyć, przyjmować jakąś prawdę, kulawą, ale prawdę. Wygodniej było kierować się jakimiś wytycznymi, sugestiami, nawet ze świadomością, że to tylko uproszczenie tego, co nie wiemy, że wiara to taka nakładka na miejsca, gdzie nie sięgają (jeszcze) umysł, wzrok, fizyka. Ale to wystarczało: świat stawał się prosty, poukładany, porządkował się czas, wydzielając swój kawałek na to, by siąść, pomyśleć, przekonać się, na ile ostatni tydzień minął zgodnie z zaleceniami, czy po prostu byłem dobrym człowiekiem, czy też wyszedł ze mnie zwykły dupek.
Chvjowo, ale stabilnie.

A teraz? #teżodchodzę. Instytucja zbudowana wokół jakiejś formy uporządkowania świata, stała się na tyle odrażająca, odrzucająca, że stanęła pomiędzy mną a tym, co można było nazwać wiarą. Zabiła moją szansę na zaspokojenie potrzeby „uporządkowanej świadomości bycia częścią czegoś większego, sensownego”. I znów muszę dryfować oderwany od szerszego sensu, pozbawiony stabilizacji, mierzący się z pytaniami, na które być może fizyka teoretyczna już podsuwa zarysy odpowiedzi, ale… na ich zrozumienie jestem po prostu za głupi.

Prościej było wierzyć, że jest coś czego nie rozumiem i korzystać z faktu, że przyjęte uproszczenie pozwalało być kimś bardziej świadomym swoich niedoskonałości, dzięki czemu dawało przestrzeń do pracy nad nimi.

A teraz?
Na chvj mi ta cała wiedza? A jednocześnie jak mam zaufać instytucji, w której najwyraźniej poprzestawiały się grzechy główne z sakramentami? Więc najwyraźniej #teżodchodzę.

Tak, człowiekowi potrzebna jest wiara. Chociażby w naukę, o ile nie jest zbyt głupi. Czy tam w cokolwiek innego. Ale czasami trzeba po prostu odejść, by być w zgodzie z samym sobą.

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *