Opony uniwersalne w praktyce: czy wielosezonowe opony mają sens?

Już w kolejnym samochodzie korzystam z opon wielosezonowych, liczne sezony na oponach uniwersalnych mam już za sobą, mogę chyba zaryzykować stwierdzenie, że jestem w stanie podzielić się jakimiś wnioskami na temat ogumienia „do wszystkiego”. I będą to faktycznie wnioski, nie sprzedażowy bełkot, przez który sam musiałem się przedzierać myśląc o tym, jakie wybrać opony.

Słowem wstępu: jakim jestem kierowcą? Nudnym. Zazwyczaj trzymam się przepisowych prędkości, nie jeżdżę po nawierzchniach najeżonych rzeczami, które mogłyby fizycznie uszkodzić oponę, dynamikę mojej jazdy można ogólnie ująć jako „jeszcze daje oznaki życia, ale chyba już niedługo”. Tak, jestem nudnym kierowcą, który po prostu dojeżdża do pracy, ewentualnie czasami rusza w miasto, gdy trzeba przytargać ze stonki trochę cięższe zakupy.

Oczywiście zdarzają się też dłuższe wypady, typowe wyjazdy na wczasy, jednak od tego typu zadań specjalnych, mamy nieco większy samochód postawiony na gumach, które sumiennie zmieniamy każdej wiosny i jesieni. Jednak na potrzeby tego wpisu, zajmiemy się ogumieniem samochodu przeznaczonego do tego, by “gdzieś na chwilę podskoczyć”.

Wybór odpowiednich opon

Nie oszukujmy się, opony wielosezonowe są wyborem dla ludzi leniwych lub oszczędnych. Albo leniwych i oszczędnych (patrz: na przykład ja). W moim przypadku, wybór konkretnego ogumienia opierał się na posortowaniu ofert od najtańszych i poszukiwania takich recenzji, w których występowało najmniej wypadków śmiertelnych będących wynikiem dobrania fatalnej jakości opon.
Oczywiście zerkałem też na parametry związane z głośnością toczenia, zużyciem paliwa, czy odprowadzaniem wody, ale w praktyce, dla samochodu dojazdowego, głośność toczenia większa o 5%, czy spalanie paliwa niższe o 2% mają mniejsze znaczenie, niż to, co odkaszlnął kot w trawie.

Czy kupiłem najtańsze opony? Prawie, że tak. Półka w którą celowałem, zawierała 4 modele dwóch różnych producentów. Opinie były porównywalne, informacje na nalepkach też mieściły się w podobnych wartościach, wybrałem ogumienie, które przyszło bezpośrednio do zakładu wulkanizacyjnego, gdzie gratis wymieniono mi gumy.
Świadomie pominąłem te pozycje w dostępnej ofercie, które pomimo dużej popularności i najniższej ceny, posiadały bardzo mało opinii. Wyszedłem z założenia, że może ludzie pokupowali te gumy i zdążyli się pozabijać, nim podzielili się informacjami o tym, jaki badziew nabyli.

Pora przejść do informacji praktycznych, czyli odpowiedzieć na pytanie: czy opony wielosezonowe sprawdzają się w Polsce zimą?

Odpowiem pytaniem na pytanie: a jakie my mamy zimy w Polsce? Średnia temperatura w okresie zimowym (dane dotyczą sezonu 2020/2021) to okolice zera. Zdarzało się więc, że temp. potrafiła podskoczyć do kilku lub kilkunastu stopni (w słońcu), ale bywały i noce, gdy słupek rtęci spadał do dwudziestu stopni pod kreską. Co w takim przypadku? Czy przy dziesiątce na plusie powinienem lecieć zmieniać opony na letnie? A później znów na zimowe, gdy pogoda łaskawie posypała nam śniegiem i było biało przez tydzień czy dwa, a momentami nawet można było napotkać jakieś błoto pośniegowe?
To by było trochę… bez sensu.

W praktyce wyglądało to w ten sposób, że… problem nawierzchni dla mnie nie istniał. Jeżdżąc jak typowy, nudny beret, nie miałem za bardzo szans wylecieć z drogi przez utratę przyczepności. Czy to deszcz, deszcz ze śniegiem, czy śnieg, przy bezpiecznej jeździe, samochód normalnie trzymał się drogi. Wiadomo, gdy przyszedł roztop skuty po chwili mrozem i na jezdni zrobiło się lodowisko – było bardzo ślisko. Jednak nie oszukujmy się, na tafli lodu jedyne gumy, który pozwolą uniknąć poślizgu, to te z łańcuchami, kolcami, czy innymi patentami rodem ze średniowiecznych lochów czy mrocznej sali tortur.

A jak opony wielosezonowe sprawdzają się latem?

Srak. Normlanie: toczą się, zużywają jak zwykłe opony, jeśli ktoś nie targa golfa na ręcznym po rondzie w Głąbowie Dolnym, to nie zauważy różnicy w zużyciu. Co w przypadku deszczu i odprowadzania wody? Też nie dostrzegłem problemów. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że wielosezonówki lepiej odprowadzały wodę, niż letnie gruzy, na których zdarzało mi się jeździć za czasów kawalerskich.
Oczywiście pojawia się pytanie o aquaplaning. Odpowiem w ten sposób: uniwersalne opony towarzyszyły mi w trakcie zajęć doskonalących technikę jazdy samochodem (czytaj: stare pryki dostają tor ze zraszaczami i bawią się jak dzieci, próbując udowodnić sobie, że panują nad własnymi samochodami). Wykorzystując opony wielosezonowe, stosowałem te same techniki wychodzenia z poślizgu, korekty nadsterowności czy podsterowności, co posiadacze opon letnich. Nie było pomiędzy nami praktycznie żadnej różnicy jeśli chodzi o skuteczność wychodzenia z sytuacji zagrożenia.

Koszty, ceny, piniundze

Jak do tego wszystkiego mają się koszty? Czy opony wielosezonowe to oszczędność?
Odpowiadając krótko: nie wiem, nie znam się, nie zauważam problemu. Największa oszczędność, którą dały mi opony uniwersalne, to oszczędność czasu i zasobów myślowych. Nie muszę z przerażeniem patrzeć w kalendarz zastanawiając się, czy na Wszystkich Świętych to bardziej krótki rękaw, czy dwie godziny w kolejce do wulkanizatora. Temat wymiany opon dla mnie nie istnieje. Nawet, jeśli są one droższe w zakupie, to inwestycja zwraca się z nawiązką w postaci świętego spokoju.

Wyważanie i kontrola ogumienia

Wymiana opon jest zawsze okazją do kontroli i ewentualnego wyważenia kół. Można mi więc zarzucić, że nie ściągając gum od 4 sezonów, pewnie mam pogięte felgi, nierówno starte bieżniki, a ogólnie to pewnie wystają mi druty na bokach.
No nie do końca. Ten temat też „załatwia się sam”: coroczny przegląd „olejowy” w pobliskim ASO, obejmuje także kontrolę ogumienia. W razie jakichkolwiek oznak czy to nadmiernego czy nierównego zużycia, ewentualnie nieprawidłowego toczenia kół – od razu dostałbym informację od diagnosty. Czy takie kiedykolwiek otrzymałem? Nie.

Komfort jazdy

To temat rzeka, płynący szeroko, napędzany jękiem producentów i dystrybutorów opon. Bo opony zimowe są głośne, opony letnie są ciche, a wielosezonówki to już w ogóle są najgłośniejsze i jak się toczą, to w środku samochodu słychać, jakby przy samochodzie biegło stado słoni na kaczych łapkach.
Bzdura.
Jeśli jest jakaś różnica w głośności, to przestaje być zauważalna po 3 minutach jazdy. Poza tym wydaje mi się, że bardziej odczuwalnym źródłem męczącego hałasu, jest ruch uliczny, ewentualnie sporadyczne atrakcje w postaci głośnej bójki okolicznych żuli. W samochodzie typu „dojazdówka”, problem głośności opon praktycznie nie istnieje.

Awaryjność

Słyszałem kiedyś opinię, że opony uniwersalne są bardziej narażone na awarie i uszkodzenia, bo bez przerwy są eksploatowane w skrajnie różnych, nieprzychylnych warunkach.

Ujmę to w ten sposób: jak człowiek ma pecha, to i palec w tyłku złamie. A jak pecha nie ma, to przejeździ pół życia bez złapania gumy.
A jak to było w moim przypadku? W ciągu sześciu(?) lat, u wulkanizatora byłem raz. Naprawa kosztowała mnie 40 zł, przy okazji spec zerknął na pozostałe koła i stwierdził: “wszystko ok, można dalej jeździć i niczym się nie przejmować”. Jak już wspominałem wcześniej – podczas przeglądów, kontrolowany jest także stan ogumienia. Czy miałem kiedyś sygnały, że dzieje się coś złego?
Nie.

Podsumowanie

Długie trasy, częste wyjazdy, duże prędkości – można rozważyć wymianę opon.
Sporadyczne dłuższe wyjazdy, głównie bujanie się po mieście, małe prędkości – jeśli można sobie ułatwić życie oponami uniwersalnymi, to czemu nie? Ja jestem zadowolony.

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *