Kategoria: Blog

Maślanka z brakiem smaku w koronie

Kiedyś maślanka to była maślanka: człowiek bał się po niej kaszlnąć, a co dopiero pierdnąć. A dziś?
Ledwie czuć grudki na języku.

*****

Praca. Sięgam po kubek z herbatą. Oczywiście zimną, bo podczas spotkania nie było chwili, by umoczyć dziób.
Pierwszy łyk. Jałowa jakaś taka. Odstawiam kubek, zdejmuję okulary. Przecieram zmęczone oczy. Suche od monitora ślepia domagają się chwili spokoju piekąc na potęgę. Ale to jeszcze nie pora na odpoczynek. Zakładam okulary, chwytam kubek i wracam do maili.
Kolejny łyk herbaty. No totalnie bez smaku. Czy na pewno zrobiłem tę miętową?
Pociągam nosem nad kubkiem herbaty, zazwyczaj aromatycznej i smacznej. Nie czuję nic. Nie czuję jej zapachu, nie czuję jej smaku, lekki posmak mięty nie odświeża mi ust, zapach nie pobudza. Nie ma ich.

Zaczynam panikować. Szybko przerzucam w pamięci ostatnie dni, tygodnie, staram się przypomnieć sobie, gdzie byliśmy, co robiliśmy, czy któreś z nas ostatnio gorzej się poczuło. No oczywiście, że oboje ostatnio mieliśmy słabsze fizycznie dni. Odchrząkuję z przerażeniem, zastanawiając się, czy najpierw spisywać testament, czy dzwonić do ubezpieczyciela w celu zwiększenia polisy na życie. No i kto zajmie się darmozjadami, gdy pójdziemy z Ajaxem do piachu.
Koniec świata, koniec wszystkiego, teraz tylko drewniane wdzianko, ciemność i robaki.

Patrzę na kubek, na znajdujący się w nim płyn.
Jakiś taki bezbarwny.

No tak, w całej tej gonitwie wlałem do kubka wrzątek, ale o wrzuceniu tytki z herbatą to już nie pamiętałem.

Tak, byle do urlopu.

Share


Vanitas

…a czasami jest jakby zapaść.

Już nawet nie tyle irytuje, co wywołuje we mnie agresję bombardowanie mnie z każdej strony obrazem idealnego świata, którego należy być uczestnikiem. Jeśli nie masz idealnego życia, jesteś przegrywem. Jeśli nie rzygasz wokół codzienną fotorelacją z pławienia się w idealnym życiu, jesteś przegrywem. Jeśli nie zdobywasz miliona komentarzy znajomych pod każdym postem i nie zdobywasz tysiąca łapek w górę – jesteś największym przegrywem wśród przegrywów.

Totalnie wszystko się wypłyca, totalnie wszystko redukuje się do cyfrowych reakcji na cyfrowy obraz nierzeczywistej rzeczywistości. Nie potrafię się cieszyć nawet z tego, że jeden czy drugi klub speleo wrzucił relację z jakiejś wyprawy. Kiedyś tego typu wpisy były okazją do zobaczenia ciekawych miejsc, czasami do ujęcia ich w swoich planach wyjazdowych, a dziś odbieram je jako kolejne zagrożenie. Kolejny materiał, którego celem jest wyłudzenie łapki w górę i podbicie nic-wszystko-znaczącej statystyki. Wszystko płynie w bezsensownym kierunku, w zasadzie chyba ta rzeka, potok nieznaczących ciągów zer i jedynek zatacza koło, jednocześnie wpadając na siebie, walcząc ze sobą i płynąc dalej znów tworzy koło. Koło przy kole zetknięte konfliktem nurtów. Taki binarny znak nieskończoności.

Próbuję czytać jakieś wiadomości: same negatywy z kraju i ze świata, ze szczególnym wszechzepsuciem u rządzących nami. Kłamstwa ścierających się obozów sprawiają, że nie wiem jaka jest prawda, nie wiem komu można ufać, nie wiem czy w tym kraju jest miejsce dla mnie, pośród tego przeciągania liny między głównymi siłami. Które tak naprawdę psu spod jednego ogona wypadły. Nie wiem, jak patrzeć w przyszłość, gdy ludzie, od których ona zależy, nie sięgają wzrokiem dalej niż kolejna kadencja która jeszcze da szanse być przyspawanym do koryta. Wszystko się stacza i nie daje poczucia bezpieczeństwa w dłuższej perspektywie czasu.
Dno.

Co jakiś czas wraca kwestia wyjazdu stąd.
Lubię ten kraj, ale ludzie nim rządzący sprawili, że przestaje on być miejscem, w którym czuję, że moja przyszłość jest bezpieczna.
Dno.

…a czasami jest jakby zapaść, gdy ten cały cyfrowy zlew chlustający mi na łeb hektolitrami bełkotu wytyka mi, wypomina wszystko to, czego robić nie mogę. W zasadzie z coraz większym obrzydzeniem włączam komputer/monitor/tablet, jak zwał tak zwał. Odczuwam autentyczną niechęć do tego, co czeka mnie przebrane jako informacja-z-którą-MUSZĘ-się-urwał-zapoznać. Wszystko krzyczy i stara się ściągać na siebie uwagę, a tak naprawdę jest równie nieistotne, co zeszłoroczny pierd puszczony na wietrze. Zupełnie, jakby ten świat chciał sobie wychować pseudointelektualnych konsumentów dezinformacji, której nie będą podważać. Jakby świat rościł sobie prawo do decydowania, która informacja jest dla mnie istotna i której mam prawo się “domagać”.

I żrą wszyscy te bełkotliwe inforzygowiny, zachwycają się wyborczymi słupami angażując się w walkę o człowieka, który będzie ich walił w dupę tak samo, jak ten “gorszy”. Wierzą wszyscy w piękne słowa, dają się kupić obietnicami bez pokrycia, pozwalają by życie im mijało na ssaniu medialnej pały ku chwale tego, komu wspomniane media same obciągają.
Nie jestem pewien, czy na tym ma polegać życie.

Chciałem ostatnio wyczyścić swojego fb z ludzi, którzy są zaangażowani w cały ten politbełkot. Zostałyby mi wtedy na fb tylko reklamy i ogłoszenia.
Żałosne.

Były kiedyś (a nawet czasami jeszcze można spotkać) pralki Frania. Wlewasz wodę, wrzucasz pranie, jakiś detergent, pranie się kręci, pierze, itd. Cały ten kraj jest jak jedna wielka Frania, próbująca pozbyć się gospodarczego brudu, plam na honorze, politycznych zabarwień w informacjach płynących do ludzi. Problem polega na tym, że wszyscy wokół srają do bębna. Taki ot gówniany nasz los.

Lubię ten piach polnych dróg. Jest jedną ze składowych bardzo ciekawego wypieku. Myślowego ciasta, na które poza kurzem z polnej drogi, składają się jeszcze zmarznięte opuszki palców, chrupanie pod butami zamarzniętego śniegu, zapach chłodnego letniego poranka i bezcelowe gapienie się w niebo. Trzeba to jeszcze doprawić zawartością szufladki nicości i mamy stan idealny, pozwalający sięgać myślą ponad wszystko, co nas otacza. Nigdy nie wiedziałem co to za proces, nie wiedziałem, czy jest to jakaś medytacja czy inny pies. Liczyło się to, że opierając się na którymkolwiek ze składników myślociasta, można było pójść krok dalej niż możliwości poznawcze umysłu. Kiedyś zrobiłem o jeden krok za daleko i zmiotło mnie, rzuciło mną o ziemię, bo natknąłem się na coś, czego nie byłem w stanie pojąć, objąć umysłem, nawet nie tyle zrozumieć, co zarejestrować fakt istnienia zjawiska, które nie było ani wydarzeniem, ani bytem, ani myślą. Sięgnąłem pytaniem przed sekundę przed pierwszą sekundą i rozbiłem się o świadomości istnienia czegoś poza moimi kategoriami istnienia, czego nie poznam, bo jest w formie poza możliwościami mojego poznawania.
“Wszystko co było miało początek, punkt po punkcie zero, w którym nic nie było, więc co było w punkcie zero? Co było sekundę przed pierwszą sekundą?

Zmiażdżyło mnie kiedyś to pytanie. Nie znalazłem na nie odpowiedzi. Długie tygodnie musiałem się otrząsać po tym, jak sobie je zadałem i.… przestałem szukać na nie odpowiedzi. Tak jest bezpieczniej. Absolut niewiedzy powinien motywować do rozchylania kolejnych zasłon tajemnicy, ale czy jestem gotowy na badanie czegoś, czego badać nie potrafię ze względu na zbyt ograniczone możliwości badawcze?
Czy ameba jest w stanie sobie wyobrazić, jak wielki i złożony świat istnieje ponad jej światem?
Co istnieje ponad nami, jeśli to my jesteśmy amebą?

W wieku lat prawie-czterdziestu odkryłem słowo “transcendencja”. Nie wiedziałem, że to co obwąchiwałem z daleka, ma swoją nazwę.
Nawet ładna taka ta nazwa, wydaje się przyjemna. Niegroźna. Szkoda, że próba rozwikłania tego supła może doprowadzić do szaleństwa.

Środa. Codzienna porcja kodowania. Kolejny język, kolejne środowisko, kolejny problem zerojedynkowy do rozwikłania. Bez politycznego nalotu, bez łapek w górę zbędnych komentarzy. Bez sekundy przed pierwszą sekundą.
Odpocznę.

*****

“Hi! hi! hi! dokąd wy jedziecie, podróżni?… Dlaczego narażasz kark, akrobato?… Po co wam po uściskach, tancerze?… Wykręcą się sprężyny i pójdziecie na powrót do szafy. Głupstwo, wszystko głupstwo!… a wam, gdybyście myśleli, mogłoby się zdawać, że to jest coś wielkiego!…”

Share


Nie-wakacje.

Czas “wakacyjny” to specyficzny okres w kalendarzu. Niby się człowiek cieszy z rozbuchałej zieleni, niby może radośnie ponarzekać na ciepło większe niż jest mu do szczęścia potrzebne, ale te dwa, trzy miesiące lata uciekają jakby szybciej, niż reszta roku.

Nie wiedzieć kiedy, nagle pod oknami robi się głośniej od rana do wieczora. O ile żaden kaszlowirus nie dziesiątkuje planów wakacyjnych, to dzień w dzień można każdego poranka zazdrościć dzieciakom ich beztroski, wolnego czasu, braku zmartwień.
Z tymi zmartwieniami to też nie tak do końca, zmartwienia zawsze były, są i będą, bez względu na wiek. Po prostu zmienia się ich skala. Powaga problemu czy zmartwienia zawsze jest wprost proporcjonalna do wieku, więc zaryzykowałbym stwierdzenie, że każdy wiek ma swoje życiowe dramaty, wagi których nie należy umniejszać.

Ale wracając do czasu wakacyjnego, letniego, jak zwał tak zwał.

Ten rok jest bardzo dziwny. Z jednej strony kolanowy kaganiec odebrał mi możliwość działania pod ziemią, a z drugiej substytut normalniej(?) formy ruchu pozwoliło mi powrócić do miejsc, w których pomiędzy rozległymi przestrzeniami wypełnionymi zielenią, żółcią, szumem wiatru i jazgotem świerszczy, wiją się ubite, pylące polne drogi. Jeśli bym miał powiedzieć, jak pachnie lato, to ma ono woń owego kurzu. Tego, co zostaje na dłoni, gdy dotkniemy w tym miejscu ziemi. Czegoś suchego jak pieprz, zgrzytającego między zębami, parzącego od popołudniowych promieni słońca. Tak, udało mi się tam wrócić na swój stary-nowy, rowerowo-koślawy sposób. Może ciut bardziej asekuracyjny, ale jednak znów można uczestniczyć w życiu polnej drogi.

Nie-wakacje. Pojawiają się nie wiedzieć kiedy. Człowiek nie zdąży nawet przełożyć w szafie ciuchów na lżejsze, a już powinien chodzić w letnich. Nagle nie wiedzieć skąd na stole lądują truskawki i tak jak szybko się pojawiły, tak jeszcze szybciej się kończą. Nagle okazuje się, że ten czerwiec dawno się skończył i nagle zrobiła się połowa lipca. W zasadzie to już druga i za chwilę, ledwie za 3-4 tygodnie będzie urlop, więc przestaje się człowiek cieszyć tymi trzema-czterema tygodniami ciepła, tylko orze jak może by dociągnąć do daty wyjazdu i…
…i gdyby nie rower, to nic więcej by z tych nie-wakacji nie było.

Dziś mija pięć lat, jak zszedłem na dno Marmurowej. 126 metrów o ile dobrze pamiętam. Moja pierwsza “prawdziwa” tatrzańska jaskinia położona gdzieś tam, wysoko. Oznacza to, że cztery lata temu, we wrześniu rozsypała się noga. Krótko później musiałem odstawić na bok rower, później kolejne pomysły na dziury, później całą resztę, z sobą samym na końcu.
Wiem, mamy epidemię, pandemię, jak zwał tak zwał. Nie jest ważna nazwa, ważna jest sytuacja. Wiem, rynek poczuł efekty kaszlowirusa, wiem, ludzie dostali po kieszeni, wiem. A mimo to, chyba z perspektywy samego siebie, mógłbym uznać rok 2020 za dobry. Udało się naprawić nogę, bardzo powoli zaczynam robić rzeczy, których nie robiłem od kilku lat. Chodzę po nierównościach, schodzę w dół po pochyłej drodze, czasami nawet wbiegam na górę po dwa schody. No dobra, niekiedy jeszcze źle stanę, spadnę z nogi i polecę ryjem na ścianę, ale to tylko uświadamia mi, że podświadomie pozwalam sobie na więcej, bo prawie zaliczyłem glebę w chwili, gdy rytmicznie schodziłem po schodach nie myśląc o tym, jaki wykonać kolejny ruch by krok był stabilny, bezpieczny.
Chyba przydatne są te pojawiające się czasami zawirowania i potknięcia. Przypominają mi, że jeszcze nie jestem supersamcem alfa i powinienem nabrać ciut pokory. I cierpliwości.

Nie-wakacje.
Jedną z pierwszych oznak początku końca nie-wakacji można napotkać w marketach. Pojawiają się wystawki z przyborami szkolnymi. Kredki, bloki, mazaki, zeszyty, wszystko bombarduje kolorami. Mógłbym stać przed takimi regałami i patrzeć, podziwiać, kontemplować sterty papierniczo-piśmienniczych dóbr, niczym najpiękniejszy obraz. Od zawsze bogactwo wzorów, modeli, barw, było czymś, co mnie zachwycało. Pamiętam czasy, gdy wybór zeszytu ograniczał się do czysty-kratka-linia, ewentualnie ilość stron. Nie było mowy o kolorowych okładkach zrobionych ulubionymi bohaterami, nie można było wybierać wśród piór “model na sezon 2020/2021”, wszystko zamiast jakości miało jedną wielką nijakość, a jedynym sposobem na upiększenie kajetu, było obłożenie go kolorowym papierem, tapetą czy plakatem. No chyba, że Ojciec przyniósł z rylpexu gumowe, kolorowe okładki na zeszyty. Okładki, które były równie brzydki co śmierdzące tanią gumą, no ale jak przyniósł, to trzeba było używać. Czasami przy odrobinie szczęścia można było dorwać gdzieś naklejki z miejscem na wpisanie przedmiotu czy nazwiska. Wyglądało to, jak stokrotka wbita w stolec, ale przynajmniej jeden element tego grafpisowego świata nie dobijał wszsytkobrzydkiwizmem.

Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że dziś kupując sobie czy to zeszyt, czy to notes, sięgam zazwyczaj po te najbardziej… szare. Nijakie. Takie zakompleksione źródła papieru, chowające się gdzieś w kącie przed blaskiem ich kolorowych, licencjonowanych braci. Jakbym wybierając je, chciał im przekazać: wiem kim jesteś, wiem do jakich czasów pochodzisz, wybieram Ciebie.
A później się okazuje, że ta odrobina nostalgii w wyborze nieznaczącego wiele kajetu spowodowała, że mam w koszyku najdroższy papier z całego działu. Bo jest ekologiczny, więc jego produkcja jest bardziej kosztowna niż tych nowych, kolorowych, nadanie białej barwy kartce papieru wymaga więcej wysiłku, a na dobitkę sprawienie, że całość nie śmierdzi rozmoczoną srajtaśmą winduje cenę w okolicę kilograma szynki, która faktycznie widziała wędzarnię i mięso.

Trwają nie-wakacje. Jest niedziela, chyba jakaś choro-poranna godzina. Kawa już dawno wypita, koty znów pozasypiały. Ptaki drą się za oknem, zaraz zastąpią je drące się dzieci. I tak jeszcze przez trzy-cztery tygodnie, do urlopu.

A w międzyczasie rower. W końcu kurz z polnej drogi sam się nie zbierze.

Share


Królowie Lwowie

Dotarło do mnie w końcu, po co Samcu Alfa garaż.

To takie miejsce, które jest jego terenem. Jego terytorium. Wylegają te samce alfa przed drzwi garażowe i niczym lwy liżące sobie niespiesznie jaja, wycierają szmatką przez pół dnia ulubiony zestaw kluczy.
Tak, to teren samca. Zapach smaru, kurzu, słoiki pełne śrub, które na pewno się kiedyś przydadzą i skitrany za oponami czteropak Harnasia.

Tylko serce pęka, gdy na terenie Samca Alfa pojawi się czasami jego Wybranka i w ten chaotyczny porządek samczego świata wprowadzić usiłuje jakieś obesrane przez gołębie doniczki, korytka na sadzonki, czy inne białe kamyczki do sypania z wierzchu. O których oczywiście zapomni, gdy tylko się odwróci. Może to i dobrze, że zapomni, za tydzień będzie można ten ogrodniczy badziew wywalić za kontenery.
Ale póki co, uprze się Kobita, że tam właśnie mają być te bambetle, na terenie Samca Alfa, bo tam jest wolne miejsce na takie rzeczy.

Guzik prawda, tam nie ma wolnego miejsca, tam jest wolna przestrzeń, przestrzeń Samca Alfa.
Waląca kurzem, smarem i odbekniętym Harnasiem.

Share


Pasza (nie)treściwa

W pracy:

– Emil, co ty jesz?!
– Płatki owsiane.
– Ale po co?
– Bo za dużo ważę, a płatki mają mało kalorii.
– To dlaczego wrzuciłeś do nich dwa banany, garść rodzynek i dwie łyżki miodu?
– Zamknij ryj.

Share


Zbitki

Jak tak patrzę na te wszystkie facebooki, to dochodzę do wniosku, że ludzie zredukowali się do zlepków zer i jedynek.

Ze szczególnym naciskiem na zera.

Share


Muzyczna dyszka

Jak większość istot rozumnych, dostaję piany widząc kolejne debilne łańcuszki na fejsbuczku. Znak krzyża czynię obserwując, jak na tablicach znajomych mnożą się nominacje zobowiązujące do wstawiania fot z dzieciństwa, fot karty płatniczej, czy innego shitcontentu.
Oczywiście jak już pojawi się jakiś ciekawy nominacyjny łańcuszek, to jak na złość, mnie omija.
Sam siebie nominować nie będę, ale trochę się pouzewnętrzniam muzycznie bo samo wyzwanie łańcuszkowe jest w mojej ocenie ciekawe i pozwala uczestnikowi odkryć, co mu w duszy grało na przestrzeni lat.

“10 albumów, które ukształtowały mój muzyczny gust. Bez objaśnień, komentarzy tylko OKŁADKI. 10 dni, codziennie jedna okładka i jedna wytypowana osoba.”

Skoro już sam siebie nominowałem-nie nominowałem, to dokonam jeszcze jednego aktu profanacji na tym wyzwaniu i poza fotami albumów pozwolę sobie napisać kilka słów o każdym z nich. W końcu jeśli już coś jest dla mnie ważne, to warto wyjaśnić dlaczego.
Poza tym to mój blog więc jak będę miał ochotę to wkleję jeszcze zdjęcie flaminga w panterkowych getrach. O.

Informacyjnie: założyłem, że skupiam się tylko i wyłącznie na krążkach, które przesłuchiwałem od A do Z i traktuję jako kompletny twór mający swoje miejsce na linii czasu mojego życia. Pojedyncze utwory pomijamy (pomimo, że zdarzały się takie, które mogą być ważniejsze od niektórych krążków).
Lecimy.

Nr 1: Haggard – Awaking The Centuries

Album ten został mi dostarczony przez przyjaciela w czasach, gdy jako młodzi kawalerowie poznawaliśmy trudy życia “na swoim”. Gdy któregoś dnia w końcu wytrzeźwiałem i wrzuciłem krążek do odtwarzacza (gónwo prawda, mp3 do winampa wrzuciłem), otrzymałem muzyczny strzał w pysk.

Płyta Haggarda jest dla mnie swoistym otwarciem na muzykę, odrzuceniem idei istnienia jakichkolwiek drzwi, które zamykają na siebie poszczególne gatunki muzyczne. Szukając jako zinternetyzowany młodzieniec “dziwnych” połączeń gatunków muzycznych, starałem się rozglądać za czymś co jest łączeniem światów “w ramach zdrowego rozsądku”. Haggard powiedział “j3bać zdrowy rozsądek”, opera przeplotła się z metalem, growl z muzyką klasyczną, średniowiecze wjechało w rock gotycki, a wszystko to z rozmachem tak absolutnym i wydawać by się mogło bezgranicznym, że po 20 latach z wielką chęcią wracam do twórczości Haggarda, za każdym razem odkrywając w ich kolejnych krążkach przestrzenie i płaszczyzny, których wcześniej nie dostrzegałem.
Muzyka obsolutna? Haggard.

Nr 2: Scooter – And The Beat Goes On

Łup Łup Łup Łup, jak to mawiał wtedy Ojciec. Faktycznie, biorąc pod uwagę sprzęt na którym odtwarzałem kasetę Scootera, całość brzmiała jak odgłos skrzypiącej, bezwładnie opadającej deski z kibla. Nie zmienia to faktu, że album do zakupu którego nakłoniła mnie Viva czy inne MTV (klękajcie narody, kablówka w domu!), poza granymi wszędzie Friends zawierał inne kawałki, pokazujące coś pozytywnie niepokojącego: ta muzyka łup-łup-łup ma poza “komercyjno-telewizyjnymi” utworami także takie, których nie puszczają w telewizji czy radio. Już samo otwarcie albumu przez Different Reality pokazało mi coś zupełnie nowego. Cosmos i Rhapsody In E utwierdziły mnie w przekonaniu, że muzyka “techno” to nie tylko łup łup łup, to także możliwość poszukiwań naprawdę dziwnych przestrzeni muzycznych, w których można odnaleźć swoje miejsce.
Faktem jest, że z biegiem lat Scooter oddalił się muzycznie od tego, co jest dla mnie ważne w muzyce, ale za pokazanie szerszych możliwości techniawki należy mu się miejsce w tym zestawieniu.

Nr 3: Techno Trax Vol. 3

Teraz będzie trudniejsza część… Efektem spotkania się ze Scooterem z miejsca drugiego, były poszukiwania innych, “dziwnych” odłamów muzyki techno. Są to czasy, gdy o necie nikt nawet nie marzy, na targu kupuje się głównie pirackie kasety, a płyta kompaktowa to może się pojawić tylko u kogoś, kto ma wujka w Rajchu.
W Zabrzańskim Music Centrum (osoby datowane węglem może pamiętają taki sklep muzyczny na dworcu PKP) postanowiłem wydać całe kieszonkowe na dwie kasety z dziwną muzyką techno (jprdl jak to brzmi…). Sympatyczna Sprzedawczyni obeznana w temacie równie dobrze, jak ja w zagadnieniach związanych z sadzeniem bobu, rzuciła mi przed nos dwie propozycje. Zaszalałem, kupiłem obie i… W zasadzie długo nie wiedziałem czy to co trafiło do moich uszu to takie miało być z założenia, czy to jakiś błąd w nagraniu. Łomocący jazgot przez długi czas nie znajdował zrozumienia w moich uszach. Działo się tak do momentu, gdy pojąłem że nie mam przed sobą katowanych do bólu przez Tatę Czerwonych Gitar czy innych Beatlesów. Zamiast szukać treści w muzyce – zacząłem słuchać muzyki. W końcu usłyszałem ją, usłyszałem w tym łomocie nie jazgot i piski, ale dzieło spójne, sensowne, pozwalające się analizować, konsumować po kawałku lub w całości. Przy Techno Trax Vol. 3 pojąłem, co tak niezwykłego było w And The Beat Goes On. Odkryłem, w jaki sposób odbierać “łomocącą” muzykę, bym mógł dostrzec jej piękno, bogactwo, cel.
Wchodzący w skład tej składanki utwór ABS – My House Is Your House to jeden z najważniejszych kawałków w całym moim życiu. To chyba dzięki niemu odkryłem, że muzyka potrafi nie tylko oddawać, ale i budzić emocje. Można więc ją dopasować do siebie, dnia, chęci, można za jej pomocą sterować sobą.

Może to i dziwna sprawa, ale nie wracam do Techno Trax Vol 3. Dziś traktuję ją jako składankę która nie do końca mi pasuje. Trochę prymitywna, trochę niespójna, zupełnie jakby moje późniejsze odkrycia muzyczne przebiły swoją wartością to, co T-Trax ma mi dziś do zaoferowania. Nie zmienia to faktu, że album ten był kolejnym punktem “otwarcia” na nieznane mi wcześniej nurty muzyczne.

Nr 4: Akurat – Prowincja

Sytuacja specyficzna: moja przygoda z Akuratami zaczęła się od Pomarańczy, ale to Prowincja stała się ważniejsza. Była dojrzalsza, ja byłem dojrzalszy, czasy trochę dojrzały i świat wokół zaczął się przekształcać. Nadal byłem na etapie glanów, szlajania się autostopem po kraju, rozbijania namiotu gdziekolwiek. Jednak… Jednocześnie nadchodziło nowe. Coś się zmieniło – jeszcze naiwna radość dzieciaka nie usychała we mnie, ale powoli nadchodziła dorosłość. Dwa, może trzy lata od pojawienia się tej płyty w moich uszach, zaczęły zachodzić w mym życiu poważne zmiany. Należało się zacząć określać co dalej chcę robić, gdzie chcę być, z kim, jakie dla siebie widzę miejsce w tym wszystkim co mnie czeka.
W zasadzie można powiedzieć, że z pojawieniem się Pomarańczy nastąpiła eksplozja młodzieńczej wolności, takiej pachnącej przedziałem kolejowym, upalnym latem i brzmiącej jak chrzęst żwiru pod glanami. Wolność radośnie paląca w pysk jak żar słońca odbity od autostradowego asfaltu w trzeciej godzinie łapania okazji. Wolność dzięki której wszystko dynda jak półmetrowy kurczak przyczepiony do plecaka i szumiąca w uszach jak Bałtyk na którym wylądowałem pomimo, że jak wsiadałem do pociągu to miałem jechać w stronę Wrocławia.
Później pojawiła się Prowincja. Skończyły się studia. I tak dalej.
Czwarte miejsce dla Prowincji.

I jeszcze jedno: miało być, że płyty są ważne muzycznie bo są spójne i coś wniosły do życia. No to ten krążek był jednym z powodów chwilowego zbliżenia się do SKA/Punk.
Na szczęście mi przeszło i na szczęście nie muszę się przyznawać, jakie płyty z tego okresu mam schowane w najgłębszych katalogach, by do nich czasami wracać.

Nr 5: Songs in the Key of X: Music from and Inspired by the X-Files

Jak każdy dzieciak wychowujący się w latach 80/90, zakochałem się w Archiwum X. Po przygodach siermiężnego Psa Cywila, czy innego Pana Samochodzika dostaliśmy w końcu coś, co zionęło zachodem, tajemnicą, UFAMI! Do tego było hamerykańskie, no i te efekty specjalne i ten Mulder i Palacz, gdzie tam im do nich jakiejś załodze z propagandowego Rudego!
Poniedziałkowe(?) wieczory to była msza: wszyscy przed telewizorami, wszyscy wykąpani, teraz świat nie istnieje, teraz jest Archiwum X! No i oczywiście do tego czołówka z muzyką Marka Snowa, świat był idealny!
No właśnie, ten Mark Snow.
Któregoś lata w czasach, gdy Archiwum było na topie, a Snowowi zdarzało się okupować pierwsze miejsca lokalnych list przebojów, siedziałem na wsi za Łodzią. Typowe (typowe dla mnie) wakacje nastolatka: pięć dni dorabiania w polu/na gospodarce, dwa dni imprezy.
Co ważne, wieś (a w zasadzie mieścina jeśli mam być dokładny) miała targ, na targu poza Ruskimi i pijanymi rolnikami były także budy z płytami i kasetami. W jednej z tych bud wypatrzyłem coś, co mnie zmroziło: CD z muzyką z Archiwum. Pamiętam jak dziś, zafoliowana, mroczna, mówiąca “weź mnie”. Brać jej nie mogłem – nie posiadałem wtedy odtwarzacza CD, ale standardem w tamtych czasach była usługa “przegrania”, czyli zerżnięcia płyty na kasetę 😉 Już miałem zdecydować się na parszywy występek i zamówić takiego pirata, gdy nagle spod lady wyjechała ORYGINALNA kaseta z HOLOGRAMEM! Taka pachnąca, nowa, hamerykańska! Kosztowała miliony szekli, gdy płaciłem – płakałem, ale stała się moja. Moja. MOJA.
Do domu ciotki wracałem jak na skrzydłach, bo przecież jeśli piosenka tytułowa z serialu jest taka niesamowita, to co będzie z resztą piosenek na tej kasecie? Toż to zapowiada się muzyczna orgia!

Rozczarowanie to mało powiedziane. Nie zrozumiałem tego, co się dzieje na tym albumie. Zaczęło się zgodnie z przewidywaniami – Mark Snow. A później… coraz gorzej. Dno den i jeszcze jedno dno – dno szuflady do której trafiła.
Do tej kasety trzeba było dojrzeć. Zacząć słyszeć muzykę, dostrzegać ją jako składową wielu elementów które teoretycznie niespójne, stanowią kompletną całość. Minęły chyba z dwa lata nim zrozumiałem o co chodzi z tym albumem, nim stał się dla mnie czymś ważnym. Ale nie to jest ważne.
Ważny jest moment, w którym ten album wraca. Jakoś tak się składa, że wypływa on na dłużej zawsze wtedy, gdy dzieje się coś złego, niepokojącego. Jest jak jaskółka zwiastująca… nie, jest jak krowa ze skrzydłami której widok uświadamia, że nadchodzi czas, w którym z nieba lać się będzie gónwniany deszcz.

Pod względem muzycznym (odcinamy treść od wokalu, wokal traktujemy jako kolejną linię melodyczną) album jest nadspójny. Można nim ciąć diament.
Pamiętacie “Teorię spisku” z Julią Roberts i Melem Gibsonem? Bohater miał zawsze przy sobie “Buszującego w zbożu”. Ja przez długi czas nie rozstawałem się z  Songs in the Key of X: Music from and Inspired by the X-Files. W samochodzie była kaseta, w domu płyta (gdy dorobiłem się odtwarzacza CD).

Jakiś czas później pojawił się kolejny krążek – The X-Files: The Album. Muzycznie był kontynuacją pierwszego, a z czasem oba albumy stały się nierozłączną częścią mojego muzycznego świata.

Nr 6: VNV Nation – Futureperfect

Płyta – zwrotnica. Pokazała, że można muzycznie cofnąć się nie tracąc jednocześnie możliwości rozwoju. VNV Nation pierwszy raz spotkałem na jakimś streamingowym kanale RMF`u. Eletro Shock Wave, albo Dark Wave. Nie pamiętam. Charakterystycznym elementem tego strumienia (który niestety już nie istnieje), były nieco mroczne, elektroniczne kawałki trącące jakimiś dziwnymi wspomnieniami, których nie mogłem sobie poukładać. Coś zaczepiało o jakiś wątek, który był jeszcze na tyle mocno zanurzony w zapomnieniu, że nie mogłem w pamięci odnaleźć wykonawcy, tytułu, a nawet czasu w którym utwór ze mną współistniał. Jednocześnie zdecydowanie coś gdzieś powstawało z grobowca jak Rodowicz przed Sylwestrem.
Electronaut – trzeci kawałek na płycie Futureperfect odetkał wszystko. Muzyczne wspomnienia i skojarzenia z głośnym PLUM! ruszyły rurą wspomnień, techniczny oldscool rozwinął się we mnie na nowo przynosząc na tacy już znane, a jednak odkrywane ponownie kawałki. Przyszło także nowe. Za VNV Nation pojawił się Eisenfunk ze swoim Pongiem, od którego był już tylko krok do odkrycia drugi raz EBMu. Za EBM nagle nastąpiło zbliżenie do znanej już Lacrimosy, za nią stało nic innego jak Theatre of Tragedy z Machine, od którego szybujemy w kierunku Lorelei. Muzyczna pętla za pętlą w pętli pętlę pogania: lecąc na skrzydłach kolejnych powiązanych utworów, czasami nawet nie jestem w stanie dosłuchać piosenki do końca, bo przesłuchiwana właśnie perła urodziła w tej sekundzie kolejną perłę, a ta następną i następną.
Płyty kształtujące gust muzyczny? Nie wiem czy VNV Nation i Futureperfect była takim krążkiem. W zasadzie gatunkowo nic nie odkryła, ale była, jest i zapewne będzie spełniać inną funkcję. Nie kształtującą, nie edukacyjną. VNV Nation jest jak klucz do drzwi, za którymi rozpoczyna się pełna wzlotów, pasjonująca podróż po muzycznym świecie.
Zwieńczeniem Futereperfectu jest piosenka, której nie znajdziecie na tym krążku, utwór, do którego ten krążek mnie doprowadził. Jeśli ktoś coś miałby puścić na moim pogrzebie, to niech będzie to Perpetual, zapis z koncertu który odbył się w 2008 roku – M’era Luna Festival. I ma to tak głośno napieprzać, żeby moje prochy ostatni raz w trakcie tej ostatniej drogi podskakiwały w pełnej zgodzie z hipnotycznym rytmem płynącym na błogim turururururu!

Zamykając temat wszelkich Dark/Shock Electro i innym EBMów.
Czy może mi ktoś powiedzieć jak to jest, że ta genialna muza musi być w lwiej części wypchana plugawym językiem germańskich oprawców?

Nr 7: Paktofonika – Kinematografia

By było jasne: nie lubię muzyki szczekanej, nie widzę w niej piękna, nie budzi we mnie emocji, jest jałowa i wtórna. Czasami wydaje mi się, że próba stworzenia czegoś genialnego poprzez sample utworu stworzony przez kogoś innego, jest jak próba wypierdzenia smakowitego dania, które komuś podstępnie zeżarliśmy. Nie leży mi to i tyle.
…ale nie do końca.
Bo to jest złożona sytuacja: w szkole średniej było bardzo dużo Hip Hopu, Rapu i reszty tej muzyki “wleblebleble szczek szczek ugabuga ziooooom”. Niby miałem “nieco szersze” spodnie z krokiem na kolanach, ale pomimo starań, nie potrafiłem zrozumieć dlaczego tak fajne, wygodne gacie muszą się wiązać ze słuchaniem sepleniącego szczura niepotrafiącego utrzymać rytmu. To wszystko nie trzymało się kupy. Generalnie przepływało to muzyczne-wszystko obok mnie niczym bohater refrenu Ballady o rdzawym oku Bożyka. Ani parzyło, ani ziębiło, pełna obojętność.
Sytuacja zmieniła się kilka lat po wydaniu Kinematografii. O ile dobrze pamiętam, wpuściłem ją do samochodu przez kabel wpięty w adapter kasetowy do odtwarzania mp3 z telefonu. Jakkolwiek to głupio nie brzmi, płyta Paktofoniki głupio nie brzmiała. Wręcz przeciwnie.
Chyba to była kwestia dojrzenia do zrozumienia (albo doświadczenia na własnej skórze), że muzyka HH też potrafi brzmieć spójnie w ramach całej płyty. I sensownie. I nie musi skupiać się w warstwie ‘wokalnej’ na jaraniu blantów i fokach machających dupami.
Kinematografia jest dla mnie płytą ważną. Nie w kontekście “odkrycia” kolejnego gatunku muzycznego. Po prostu jest to dobra płyta, która z jednej strony daje przyjemność słuchania, a z drugiej zwiększyła nieco kredyt zaufania dla swojego gatunku muzycznego.
Nie, nie zostałem fanem HH, ale czasami pozwalam sobie na poszukiwania szczekających perełek, które następnie trafią na pendrive do samochodu.
A to jest naprawdę wielkie wyróżnienie.

Nr 8: Myslowitz – Miłość w czasach popkultury

Każdy muzyczny ogródek, by mógł wypuścić najpiękniejsze muzyczne róże, potrzebuje muzycznego kompostownika. Trochę takiego lepkiego, mrocznego guano, które trochę wali siarą, trochę zażenowaniem, ale wszyscy wiemy, że jest potrzebne bo bez niego nic nie ruszy.
Miłość w czasach popkultury to trochę taki nawóz muzyczny, etap, przez który trzeba było przejść. To trochę jak disco polo i noszeniem gaci z kleksem: wszyscy wiemy, że zdarza się człowiekowi zapodać Shazzę albo pierda z farszem, ale każdy twierdzi, że jemu to się nie zdarza.
Guzik prawda. Wszyscy znają “Chłopców”, “Dla Ciebie” i są w stanie rzucić przynajmniej kilkoma cytatami pochodzącymi z jęczącego wokalu Rojka. Ale jakie ta płyta ma znaczenie dla mnie?
W zasadzie jest ona ważna pod trzema względami:
– pokazała, że polska poprockowa muzyczna papka potrafi wydalić ze swoich trzewi płytę spójną, w związku z czym nieco mnie obawiałem się szukania perełek w polskim kompostowniku,
– udowodniła, że czasami warto śledzić losy artystów po zakończeniu ich wspólnej kariery,
– ta płyta nakłoniła mnie do ruszenia dupska na koncert Myslovitz. Niby nic niezwykłego, ale tylko na koncercie można było mieć możliwość usłyszenia najjaśniejszej gwiazdy spod znaku omawianej kapeli: utwór “Micky”.
Być może coś się zmieniło – nie wiem, ale na pewno przez długi czas kawałek ten nie gościł na żadnej płycie. Można było go usłyszeć jedynie podczas koncertów. A uwierzcie mi, warto było pójść na koncert tylko i wyłącznie dla tego jednego utworu.

Nr 9: Nightwish – Once

Chcecie wiedzieć jak powinna zaczynać się każda płyta? Odpalcie Once.
Otwarcie tego krążka już w pierwszej sekundzie wyp1erdala z zawiasów drzwi umysłu i pozwala, by do łba wdarłą się fala muzycznego tsunami. Później jest już tylko lepiej.
Jak u Alfreda Hitchcocka, zaczynamy od trzęsienia ziemi, a następnie pozwalamy napięciu rosnąć.
Faktem jest, że moja przygoda z Nightwishem zaczęła się od albumu Over The Hills, ale ten był tylko przystawką. To Once pozamiatało i dało energię do przekopywania się przez dziesiątki poboczności spod znaku metalowo-gotyckiego gulgotu z Wokalem przez duże W. I przyznać trzeba, że efekty wspomnianych poszukiwań często były bardzo, ale to bardzo owocne.

Nr 10: Karaś/Rogucki – Ostatni Bastion Romantyzmu

Macie czasami tak, że jak coś zjecie to później to coś długo leży Wam na żołądku i nie chce wylecieć ani górą ani dołem? Kojarzycie to męczące uczucie wypełnienia, ociężałości w trzewiach, które nie pozwala wygodnie siąść, położyć się, a tym bardziej przeciągnąć?
A kojarzycie moment, kiedy w końcu to z Was wypada i nagle czujecie, jakby Wasze umęczone ciało wraz z duszą unosiło się 3 cm nad podłogą? Jak przepełnia Was błogi nie-ból, nie-dyskomfort?
Nie oszukujmy się: Ostatnio Bastion Romantyzmu zakończył męczący okres gastromuzycznej nieskończoności walącej brudnym siurem i wtórnością. W końcu pojawiło się Coś, co przetkało muzozłogi i wzniosło słuchacza nad podłogę.

Można mi zarzucić, że jestem pod silnym wpływem Ajaxa namiętnie słuchającego Comy, więc z założenia jestem obciążony sympatią do Roguckiego. Guzik prawda. Rogucki (solo) i Coma mają swoje wzloty i upadki, ale są to zjawiska muzyczne będące jedynie pobocznymi uczestnikami mojego życia. To, że mamy w domu wszystkie płyty Comy nie czyni ze mnie ich fana tak samo, jak posiadanie penisarium nie czyni ze mnie gwałciciela.

Wróćmy do Ostatniego Bastionu: nie wiem jeszcze w jaki sposób osiądzie ona w czasoświadomości, czy będzie kojarzona ze zrastającym się kolanem, czy bardziej z epidemią kaszlowirusa. O tym przekonam się za kilka lat. Natomiast wiem już teraz, że krążek jako nośnik kilku kawałków jest w stu procentach kompletny. Nie posiada słabych elementów. Gdyby zmienić w nim chociaż jedną nutę, całość runęłaby jak domek z kart.
Promocja nadchodzącej płyty “Bolesnymi strzałami w serce” już pokazywała, że nadchodzi coś wielkiego, ale nawet w ułamku nie zdradzała tego, jak doskonały twór będzie nam dane wrzucić do odtwarzacza.

Jeśli spora część wcześniej omawianych płyt była drogą do otwarcia się na nieznane szlaki muzyczne, to Ostatni Bastion Romantyzmu jest celem tych wszystkich dróg.

Długo nic nie pobije tej płyty.
Bardzo długo.

Share