Kategoria: Jaskinia

Jaskinia Ostrężnicka

Jaskinia Ostrężnicka.
Niewielka, niepozorna, niby obiekt, który nie zajmie więcej niż kilka minut, ale… Dająca wielką frajdę.

Do Jaskini Ostrężnickiej poszliśmy tak naprawdę po to, by zabić trochę czasu. W zasadzie nawet nie braliśmy kombinezonów, bo i po co. Wystarczyły kaski i światło.
I to był błąd.

Jaskinia Ostrężnicka jest jak plac zabaw pełen zdalnie sterowanych samochodów, trampolin, karabinów na gąbkowe pociski oraz pluszowych, gigantycznych bimbałów. Raj dla człowieka! Nie wiem o co chodzi z tą jaskinią, ale jest bardzo… pozytywna. Szczerze żałowaliśmy, że nie mamy ze sobą kombinezonów: gładkie korytarze zapraszały do polerowania ich tyłkiem, liczne boczne wyjścia i okienka nęciły i kusiły i wszystko było tak bardzo och i ach, że nawet białe koszulki przestały stanowić przeszkodę w trochę głębszym zwierzeniu korytarzyków.

Tzn te białe koszulki to były białe tylko na początku, później to już różnie z nimi było…

Co dalej z Ostrężnicką? Nie wiem. Na pewno jest na tyle pozytywnym obiektem, że chętnie bym tam wrócił na relaksujące, bezstresowe wylegiwanie się w jej wnętrzu. Tym bardziej, że w jaskini są ślady kopania, więc może gdzieś coś jeszcze puści w którymś z korytarzy?

Temat ruin zamku Ostrężnik, leżących tuż nad jaskinią przemilczymy. Czytałem, że niewiele tam jest do oglądania, ale…

..nie pomyślałem, że tak bardzo niewiele 😉

 

Share



Jaskinia Ostrężnicka (2018-09-17)

Share



Jaskinia Berkowa (Kalesonowa)

To nie była moja pierwsza wizyta w tym obiekcie. W 2016 roku Jaskinia Berkowa była jednym z punktów, który odwiedzaliśmy w trakcje Maratonu Jaskiniowego bielskiego klubu speleo.
Z planów i opisów jaskini wyraźnie wynika, że w zasadzie nie powala ona ani rozmiarami, ani atrakcjami. Skąd więc wziął się pomysł na powrót do Berkowej?

Bezpośrednią przyczyną chęci ponownego zaliczenia tej dziury była panująca w niej ciasnota. Wydaje mi się, że chciałem sprawdzić, na ile jestem w stanie po tak długiej przerwie przepychać cielsko przez wszelkiego rodzaju otwory. A Berkowa nadaje się do tego celu doskonale.

Do Kalesonowej trafiamy od strony zachodniej. Zaskakująco mały wylot wydaje się twierdzić, że nie ma szans na przepchnięcie się przez tę szparę.

Szczęśliwie gdzieś na dysku istnieje zerojedynkowy dowód na to, że już raz udało mi się pokonać ten otworek.

Ale zostawmy przeszłość.
Przenosimy się z Piterem pod wschodnie wejście, z którego mamy zamiar ruszyć podejmując wyzwanie speleozatyczki. Oczywiście wyzwanie dotyczy tylko mnie, bo Piter ze swoimi gabarytami jest wg mnie wstanie wleźć prawie wszędzie, niosąc ze sobą jednocześnie plecak z żarciem, czteropak i stolik pod telewizor.

Zostawmy Pitera, zajmijmy się jaskinią: kompletnie wypadło mi z głowy, że poza niskimi, meandrującymi korytarzami, Berkowa ma też miejsca, gdzie można znaleźć nieco więcej przestrzeni.

Dzięki dwóm (a jeśli by się uprzeć to może i nawet trzem) miejscom z większym prześwitem, mamy okazję zobaczyć cokolwiek więcej niż glebę 5 centymetrów od pyska. Serce się raduje.

Pomimo chwilowych trudności, o których wcześniej wspominałem w jękopoście, docieramy do otworu zachodniego.

Pora powyginać kończyny pod najdziwniejszymi kątami i narodzić się na nowo…

Berkowa zaliczona. Piter oczywiście przechodzi przez zacisk w wyjściu jak kilof przez czaszkę.

W czasie, który jest mi potrzebny do przelania się jednym udem przez otwór – on wyłazi cały. I jeszcze ma czas by zdjąć kombinezon i zapalić fajkę.
Taka to sprawiedliwość na tym świecie.

Rozgrzewka zakończona, wracamy do samochodu. Czeka nas dziś jeszcze sporo atrakcji.

Share



Wątpliwości.

Rodzą się w mojej głowie pytania, na które nie chcę znać odpowiedzi. Istnieje we łbie wewnętrzny konflikt pomiędzy tym, czego bym chciał, tym co mogę mieć, a tym, o czym boję się marzyć.
Momentami czuję się zagubiony. Jakby gdzieś wymknął mi się spod nóg szlak, który powinien mnie wyprowadzić z myślowego mroku.
Nie wiem.
Po prostu nie wiem.

*****

Poniedziałek. W planie ramowym Berkowa, Wierna, Wiercica.
Berkowa to tak dla jaj, by sprawdzić, czy jestem w stanie się przez nią przepchnąć. Przepycham się do zet`ek, trochę marudzę na zakrętach, po czym spędzam solidne 5 minut na uspokajaniu nerwów w drodze do otworu zachodniego. Z jednej strony dobrze wiem, że kawałek za mną jest Piter, który w razie czego będzie pilotował mnie przy wycofce, wiem także, że ostatnio tędy przeszedłem. Ale to było prawie dwa lata i z dziesięć (jeśli nie piętnaście) kilogramów temu.
Więc leżę. Już bez kasku, bo głowa nie mieściła się pomiędzy stropem a spągiem. Trochę zlany potem, trochę niepokojem. I na pewno skąpany w rozżaleniu.

Bo jest taki moment, kiedy wypuszczenie powietrza nie gwarantuje, że próba przepchnięcia klatki przez zacisk będzie udana. Są chwile, w których dupsko nie przeleje się przez dziurę, bo przecież w dupie są też kości i mięśnie i inne organelle, za które skała przytrzyma. Więc nadal leżę. Co jakiś czas szukam tego brakującego centymetra, który pozwoli wydobyć klatkę piersiową spod stropu. I leżę i myślę.

Przechodzę klatką piersiową. przerzucam do przodu kask i aparat, jednocześnie próbując wyszarpać dupsko z ciasnoty. Pstryk-przypadkowy uwiecznia tę nędzną walkę ubraną we wzniosło-tragiczne opakowanie. Kolejne pstryki już nie będą takie przypadkowe. Może ładnie wyjdę w dziurze. Tak po męsku, że niby ekstremalny samiec alfa.

Więc rodzą się w mojej głowie wątpliwości.
Czy dane mi będzie zobaczyć jeszcze coś nowego? Czy będę sobie wmawiał, że skazanie na Jurę też jest fajne, bo na Jurze też są fajne jaskinie? I co z tego, że lista tych do odwiedzenia coraz bardziej się kurczy, a Tatry wołają coraz głośniej?

…a rodzące się w głowie wątpliwości są świetnym gruntem dla… strachu?
Pół roku(?) temu oglądaliśmy w Studnisku miejsce, gdzie zginęła nastolatka. W poniedziałek przyglądaliśmy się wancie, która zabiła grotołaza w Wiernej.
Nie chcę dostać swojej własnej tablicy. Nie jestem zainteresowany taką opcją.

Więc dlaczego do jasnej cholery tak bardzo ciągnie pod ziemię? Od rodzących się możliwości zejścia do kolejnych, standardowo zamkniętych obiektów, drży z podniecenia każdy kawałek mojego ciała. Co takiego jest pod tą cholerną ziemią? Nacieki? Techniczne przeszkody do pokonania? A może sposób na udowodnienie sobie, że nie jestem (jeszcze) skapciałym czterdziestolatkiem, któremu zostało już jedynie wspominanie tego, co dokonywał za młodu?

*****

Nie wiem, nic nie wiem, mam wątpliwości.
I mam świadomość tego, że najbliżsi byliby cholernie szczęśliwi, gdybym ostatecznie odwiesił kombinezon na kołek.
Ale chyba tak się nie da. Jeszcze nie teraz. Nie teraz.
Wiem, że ten podziemny kawałek mnie kiedyś umrze, ale nie chcę go zabijać.
To między innymi dzięki niemu mogę być szczęśliwy wracając.
Mając gdzie wracać.

*****

Tym oto sposobem, mamy za sobą kolejny przedumany wpis o problemach pierwszego świata. Jakby nie było ważniejszych rzeczy do roboty.
A teraz można zepchnąć na margines świadomości wszystko to, co niepokoi i zająć się radosnym opisywaniem w kolejnych notkach tego, co działo się podczas poniedziałkowego wypadu na Jurę.

Bo życie lubi toczyć się dalej.

Share


Jaskinia w Kamieniu

Jaskinia w Kamieniu… Co mogę o niej napisać…

Chyba tyle, że ciekawsze od niej były okoliczności w których szukaliśmy otworu: biegając w okolicach kościoła późnym wieczorem, przestraszyliśmy wiernych, gosposię, oraz proboszcza, który chcąc sprawdzić czy nikt nie włamuje mu się na parafię – ruszył do nas uzbrojony w sympatycznego, rozmerdanego psa wielkości siedzącego szczura.

W związku z powyższym prośba: gdyby Wam przyszło do głowy kręcić się w okolicy jaskini o nietypowej porze, dajcie znać komuś na parafii, niech się nie stresują.

…a sama Jaskinia w Kamieniu?

Mała, płaska i tak śmierdząca, że nie wsadziliśmy do niej nawet kawałka kończyny.

Obiekt znajduje się przy jakimś podmokłym, bagnistym terenie (zalewowym?), więc ze środka jaskini bije orzeźwiająca woń czegoś wilgotnego, prastarego, lepkiego i błotnistego. Gdyby to był Kraków, można by pomyśleć, że to Smok Wawelski, ale w tym przypadku co najwyżej przerośnięta żaba.

Wizyta w Jaskini w Kamieniu ogranicza się do obejrzenia otworu wejściowego.
Oddychanie w jego pobliżu przez nos to wystarczająco dużo wrażeń.
Nie trzeba nigdzie głębiej wchodzić.
EOT.

Share



Jaskinia Szmaragdowa (Jaskinia Szeptunów)

Mija czwarty dzień od naszej wizyty w dziurze. Kolejny, w którym nie potrafię się do wspomnianej dziury ustosunkować.

Sam nie wiem, czy jej wspomnienie powinno budzić moje przerażenie i powodować ciarki biegnące po plecach, czy może bardziej mógłby mnie wypełniać smutek w związku z tym, że być może byłem świadkiem powoli nadchodzącej śmierci tego obiektu. No dobra, może nie tyle śmierci, co końca jej dostępności.
Nie wiem, sam nie wiem…

*****

Jaskinia Szeptunów była drugą dziurą, który odwiedzaliśmy tej nocy. Nie zmienia to jednak faktu, że to właśnie Szmaragdową można było określić jako gwiazdę wieczoru: podobno jakaś studnia gdzie można założyć linę, podobno jakieś ciasne obejście, w pamięci jakieś zdjęcia jeziorka, no i lokalizacja – nieczynny kamieniołom. Ruszyliśmy na poszukiwania otworu.

Jakoś tak jest, że nie przepadam za dziurami mającymi “bielski” charakter: pęknięcia w masie skalnej nie są moim ulubionym środowiskiem. W tym przypadku miało być inaczej: pomimo, że lokalizacja obiektu w kamieniołomie (podobnie jak Jaskinia w Kielnikach) sugerować mogła przeciskanie się przez pęknięcia, wszelkie dostępne opisy sygnalizowały myty charakter jaskini.

Z nadzieją zanurzyliśmy się w otworze wejściowym.

Pierwsze wrażenie? Biało. To miejsce było totalnie białe. Biel lejąca się ze stropu i ścian, biel pod butami, nie przypominam sobie jakiejkolwiek jaskini, która byłaby tak biała.

Być może to kwestia materiału z którego był zbudowany obiekt, być może resztek lodu, który odbijał światło… nie wiem. Na pewno było to coś całkiem nowego, co przez moment całkowicie pochłonęło moją uwagę. Na ziemi sprowadziła mnie kolejna część górnego poziomu jaskini, po wczołganiu się do której zamarłem.

Są miejsca, w których człowiek czuje się mniej, lub bardziej pewnie, są takie, których unika, są też takie, z których należy natychmiast sp1erd@lać.
Jaskinie szmaragdowa na górnym poziomie NIE jest krucha. Ona dosłownie imploduje sama w sobie, osuwa się sama w siebie. Tknięcie czegokolwiek sprawiało, że momentalnie to “cokolwiek” lądowało u stóp. Do tego wyraźny, świeży obryw jasno dawał do zrozumienia: to miejsce nie jest bezpieczne.

Nie spędzając w nieprzyjemnej części Szeptunów sekundy dłużej, niż to było konieczne, ruszyliśmy dalej w stronę studni i jeziorka.

Jaskinia szmaragdowa to jakby dwa światy: u góry ten kruchy, a niżej ten stabilny, który dobrze układa się pod butem, który daje oparcie, klamę, pozwala się wygodnie ułożyć i daje poczucie bezpieczeństwa. Zostawiając za sobą kruchą biel, trafiliśmy w miejsce, gdzie znów można było czerpać radość z obcowania z jaskinią.

Nie wiem z jakiego powodu Jaskinia Szmaragdowa na planach wydawała mi się większą, niż w była w rzeczywistości. Być może różnorodność form która była zaznaczona w opisach mogła sugerować rozległy obiekt? A może po wyjeździe w okolice Będzina wszystko może wydawać się duże? Nie mam pojęcia. Jedno jest pewne: Szeptuny skończyły się zaskakująco szybko: ledwie zanurzyliśmy się w biel górnego poziomu, ledwie doszliśmy do dna na zachód od jeziorka, a tu już został do odwiedzenia tylko jeden element, ten najważniejszy, po który tu przyjechaliśmy: legendarne jeziorko.

Kusiło, diabelnie kusiło, by skoczyć w dół i zawisnąć w tym szmaragdzie. Ciągnęło do wody i dalej na wschód, by jeszcze wykraść Szeptunom kilka kolejnych metrów. A jednocześnie coś tak jakby nie do końca grało w tym miejscu. Fakt: było przyjemnie, cicho, dziura miejscami zachwycała efektem współpracy kamienia z wodą, ale jednocześnie cały czas wisiała nam nad głowami świadomość tego, jak poziom wyżej, kilka metrów ponad łbami wyglądają korytarze i co to oznacza w dłuższej perspektywie dla Jaskini Szeptunów.

Ruszając w drogę powrotną cieszymy się z faktu, że górne wyjście stało się drożne: pozwala to uniknąć przechodzenia przez sypiący się, biały tunel.
Nie lubię sypiących się tuneli.

Wychodzimy na powierzchnię. Szmaragdowa zostaje gdzieś pod stopami. Rozglądam się i dostrzegam kolejną, niepokojącą rzecz: górne wyjście jest blisko, bardzo blisko powierzchni, która diabelnie się sypie. Jeśli po górze kamieniołomu jeździ ciężki sprzęt (a na to może wyglądać sądząc po ilości tłuczonego materiału wrzucanego do kamieniołomu), cienka warstwa ziemi może z czasem nie wytrzymać obciążenia i już w tym momencie przysypywany otwór najnormalniej w świecie się zapadnie.

Wracamy do samochodu. Niedosyt i rozczarowanie. I ulga.
Nie, nie spełniliśmy się jaskiniowo. Tym razem należy się cieszyć, że wszystko skończyło się dobrze.
Żegnaj, Pani Jaskinio.

***

Zobacz także: Jaskinia Szmaragdowa (Szeptunów) – zdjęcia.

Share



Jaskinia Naciekowa, Jaskinia Moherowych Beretów

Przeglądając któregoś dnia mapę z naniesionymi jaskiniami, natrafiłem na ciekawostkę: okazało się, że około 40 minut jazdy od domu, mam kilka obiektów jaskiniowych. Przy najbliższej okazji postanowiłem odwiedzić sugerowaną przez mapę lokalizację i przekonać się, na ile mój patent sprawdza się w terenie.

W sobotni poranek wskoczyliśmy do samochodu i pognaliśmy w stronę Będzina. Plan zakładał próbę znalezienia któregoś ze schronisk, oraz sprawdzenia, czy Jaskinia Moherowych Beretów i Jaskinia Naciekowa znajdują się tam, gdzie wskaże zasilony “moimi” danymi LocusMap. Tak, w zasadzie ten wyjazd był poświęcony najbardziej kwestii lepszego radzenia sobie z orientowaniem się w terenie – po tym, jak ostatnio Piter chciał mnie uśmiercić gdzieś w środku jakiegoś lasu doszedłem do wniosku, że muszę podszlifować swoje umiejętności geolokalizacyjne.

Pogoda w zasadzie sprzyjała: wiatr nie zrywał skóry z twarzy, nie zacinało śniegiem, w zasadzie to nawet było przyjemnie: zapowiadane słońce delikatnie przypominało o sobie tworząc charakterystyczną dla szambonurków sytuację: w kombinezonie za zimno, w bluzie za ciepło. Za to widoki były nawet całkiem całkiem:

Co można powiedzieć o podbędzińskich okolicach? Krucho jak diabli. I zaskakująco dużo obiektów wyłazi spod ziemi. Praktycznie można się potykać o kolejne szczeliny, które potrafią wychodzić spod trawy na długości kilku, kilkunastu metrów.

Wróćmy do najważniejszego wątku, czyli poszukiwania docelowych dziur: LocusMap wydaje się naprawdę przydatnym narzędziem, ale dokładnie tego dnia pokazał swój największy minus: na głównym ekranie nie znajduje się informacja na temat błędu pomiarowego. Najprostsza aplikacja typu “moja lokalizacja GPS” już uściśla z jaką dokładnością wykonany był pomiar, w Locusie tego zabrakło. Nie zmienia to faktu, że przy pomocy wspomnianej apki udało nam się trafić w okolice poszukiwanych otworów.

Na pierwszy ogień poszło jedno z okolicznych schronisk. I tu zdziwienie z mojej strony: przez jurajskie ostańce “schronisko” kojarzy mi się jako okno w jakiejś skale. Albo u podnóża skały. Ale u licha, nie jako dziura w ziemi! I do tego… pozioma!

Tak właśnie z grubsza wyglądała cała okolica, po której dane nam było spacerować tego poranka. Faktem jest, że gdyby kręciły mnie obiekty o takim właśnie ciasnym, szczelinowym charakterze, miałbym blisko domu całkiem przyjemny plac zabaw, ale niestety (a może i stety), zdecydowanie wolę myte, wygodne korytarze w których nic nie leci na łeb.

Jaskinia Naciekowa do której zmierzaliśmy, okazała się dokładnie tym, co sugerowały dostępne o niej informacje: szparą w ziemi. Co ciekawe szparą, która ewidentnie ma swoją kontynuację w pęknięciu wychodzącym znów na powierzchnię kilka metrów dalej. Z informacji które uzyskałem już po powrocie do domu wynika, że całość ma połączenie głosowe.

O wnętrzu nie da się napisać nic ciekawego: jako wielbiciel innego charakteru dziur mogę jedynie powiedzieć, że “e, takie tam”. Do niższego poziomu nie udało nam się dostać ze względu na przysypane przejście, do przekopywania którego zdecydowanie nie mieliśmy serca.

Nie pozostało nic innego jak rozglądnięcie się po dostępnej części dziury i powrót na górę.

Tak, w jaskini znajdowało się wiadro, które mogło być przydatne przy udrażnianiu otworu, no ale…

…ale skierowaliśmy się w stronę większego obiektu, którym była Jaskinia Moherowych Beretów. A o niej niewiele mogę napisać…

Dziura na pewno nadaje się na weekendowy wypad – ktoś w jej okolicy przygotował całkiem przyjemną (i czystą!) miejscówkę idealną na zregenerowanie sił po trudach eksploracji, natomiast sama Jaskinia Moherowych Beretów tego dnia zdecydowanie zamknęła się na nasz widok, czopując wejście wszystkim co się dało.

Z zapałem identycznym jak w przypadku Jaskini Naciekowej popatrzyliśmy na korek i wycofaliśmy się z obiektu.

Podsumowanie geolokalizacyjne:

  • mapa na stronie sprawdza się lepiej, niż dobrze, można wygodnie porozglądać się po okolicy,
  • dane GPS przeliczyły się prawidłowo – są zgodne z tym, co podaje PGI,
  • LocusMap całkiem przyjemnie prowadzi do celu (pomimo braku informacji o niedokładności pomiaru),
  • w razie problemów z Locusem można wesprzeć się GoogleMaps na telefonie,
  • przydatna jest dodatkowa aplikacja pokazująca aktualne współrzędne, oraz błąd pomiaru.

Czy system się sprawdza? Wg mnie tak, na potrzeby niedzielnego, czarnodziurskiego grotołaza jest całkiem ok.

Czy wrócę w okolice Będzina by szukać koleżanek Jaskini Moherowych Beretów i Jaskini Naciekowej?
Zdecydowanie nie. Fuj!

Share