Królowie Lwowie

Dotarło do mnie w końcu, po co Samcu Alfa garaż.

To takie miejsce, które jest jego terenem. Jego terytorium. Wylegają te samce alfa przed drzwi garażowe i niczym lwy liżące sobie niespiesznie jaja, wycierają szmatką przez pół dnia ulubiony zestaw kluczy.
Tak, to teren samca. Zapach smaru, kurzu, słoiki pełne śrub, które na pewno się kiedyś przydadzą i skitrany za oponami czteropak Harnasia.

Tylko serce pęka, gdy na terenie Samca Alfa pojawi się czasami jego Wybranka i w ten chaotyczny porządek samczego świata wprowadzić usiłuje jakieś obesrane przez gołębie doniczki, korytka na sadzonki, czy inne białe kamyczki do sypania z wierzchu. O których oczywiście zapomni, gdy tylko się odwróci. Może to i dobrze, że zapomni, za tydzień będzie można ten ogrodniczy badziew wywalić za kontenery.
Ale póki co, uprze się Kobita, że tam właśnie mają być te bambetle, na terenie Samca Alfa, bo tam jest wolne miejsce na takie rzeczy.

Guzik prawda, tam nie ma wolnego miejsca, tam jest wolna przestrzeń, przestrzeń Samca Alfa.
Waląca kurzem, smarem i odbekniętym Harnasiem.



Pasza (nie)treściwa

W pracy:

– Emil, co ty jesz?!
– Płatki owsiane.
– Ale po co?
– Bo za dużo ważę, a płatki mają mało kalorii.
– To dlaczego wrzuciłeś do nich dwa banany, garść rodzynek i dwie łyżki miodu?
– Zamknij ryj.



Zbitki

Jak tak patrzę na te wszystkie facebooki, to dochodzę do wniosku, że ludzie zredukowali się do zlepków zer i jedynek.

Ze szczególnym naciskiem na zera.



Muzyczna dyszka

Jak większość istot rozumnych, dostaję piany widząc kolejne debilne łańcuszki na fejsbuczku. Znak krzyża czynię obserwując, jak na tablicach znajomych mnożą się nominacje zobowiązujące do wstawiania fot z dzieciństwa, fot karty płatniczej, czy innego shitcontentu.
Oczywiście jak już pojawi się jakiś ciekawy nominacyjny łańcuszek, to jak na złość, mnie omija.
Sam siebie nominować nie będę, ale trochę się pouzewnętrzniam muzycznie bo samo wyzwanie łańcuszkowe jest w mojej ocenie ciekawe i pozwala uczestnikowi odkryć, co mu w duszy grało na przestrzeni lat.

“10 albumów, które ukształtowały mój muzyczny gust. Bez objaśnień, komentarzy tylko OKŁADKI. 10 dni, codziennie jedna okładka i jedna wytypowana osoba.”

Skoro już sam siebie nominowałem-nie nominowałem, to dokonam jeszcze jednego aktu profanacji na tym wyzwaniu i poza fotami albumów pozwolę sobie napisać kilka słów o każdym z nich. W końcu jeśli już coś jest dla mnie ważne, to warto wyjaśnić dlaczego.
Poza tym to mój blog więc jak będę miał ochotę to wkleję jeszcze zdjęcie flaminga w panterkowych getrach. O.

Informacyjnie: założyłem, że skupiam się tylko i wyłącznie na krążkach, które przesłuchiwałem od A do Z i traktuję jako kompletny twór mający swoje miejsce na linii czasu mojego życia. Pojedyncze utwory pomijamy (pomimo, że zdarzały się takie, które mogą być ważniejsze od niektórych krążków).
Lecimy.

Nr 1: Haggard – Awaking The Centuries

Album ten został mi dostarczony przez przyjaciela w czasach, gdy jako młodzi kawalerowie poznawaliśmy trudy życia “na swoim”. Gdy któregoś dnia w końcu wytrzeźwiałem i wrzuciłem krążek do odtwarzacza (gónwo prawda, mp3 do winampa wrzuciłem), otrzymałem muzyczny strzał w pysk.

Płyta Haggarda jest dla mnie swoistym otwarciem na muzykę, odrzuceniem idei istnienia jakichkolwiek drzwi, które zamykają na siebie poszczególne gatunki muzyczne. Szukając jako zinternetyzowany młodzieniec “dziwnych” połączeń gatunków muzycznych, starałem się rozglądać za czymś co jest łączeniem światów “w ramach zdrowego rozsądku”. Haggard powiedział “j3bać zdrowy rozsądek”, opera przeplotła się z metalem, growl z muzyką klasyczną, średniowiecze wjechało w rock gotycki, a wszystko to z rozmachem tak absolutnym i wydawać by się mogło bezgranicznym, że po 20 latach z wielką chęcią wracam do twórczości Haggarda, za każdym razem odkrywając w ich kolejnych krążkach przestrzenie i płaszczyzny, których wcześniej nie dostrzegałem.
Muzyka obsolutna? Haggard.

Nr 2: Scooter – And The Beat Goes On

Łup Łup Łup Łup, jak to mawiał wtedy Ojciec. Faktycznie, biorąc pod uwagę sprzęt na którym odtwarzałem kasetę Scootera, całość brzmiała jak odgłos skrzypiącej, bezwładnie opadającej deski z kibla. Nie zmienia to faktu, że album do zakupu którego nakłoniła mnie Viva czy inne MTV (klękajcie narody, kablówka w domu!), poza granymi wszędzie Friends zawierał inne kawałki, pokazujące coś pozytywnie niepokojącego: ta muzyka łup-łup-łup ma poza “komercyjno-telewizyjnymi” utworami także takie, których nie puszczają w telewizji czy radio. Już samo otwarcie albumu przez Different Reality pokazało mi coś zupełnie nowego. Cosmos i Rhapsody In E utwierdziły mnie w przekonaniu, że muzyka “techno” to nie tylko łup łup łup, to także możliwość poszukiwań naprawdę dziwnych przestrzeni muzycznych, w których można odnaleźć swoje miejsce.
Faktem jest, że z biegiem lat Scooter oddalił się muzycznie od tego, co jest dla mnie ważne w muzyce, ale za pokazanie szerszych możliwości techniawki należy mu się miejsce w tym zestawieniu.

Nr 3: Techno Trax Vol. 3

Teraz będzie trudniejsza część… Efektem spotkania się ze Scooterem z miejsca drugiego, były poszukiwania innych, “dziwnych” odłamów muzyki techno. Są to czasy, gdy o necie nikt nawet nie marzy, na targu kupuje się głównie pirackie kasety, a płyta kompaktowa to może się pojawić tylko u kogoś, kto ma wujka w Rajchu.
W Zabrzańskim Music Centrum (osoby datowane węglem może pamiętają taki sklep muzyczny na dworcu PKP) postanowiłem wydać całe kieszonkowe na dwie kasety z dziwną muzyką techno (jprdl jak to brzmi…). Sympatyczna Sprzedawczyni obeznana w temacie równie dobrze, jak ja w zagadnieniach związanych z sadzeniem bobu, rzuciła mi przed nos dwie propozycje. Zaszalałem, kupiłem obie i… W zasadzie długo nie wiedziałem czy to co trafiło do moich uszu to takie miało być z założenia, czy to jakiś błąd w nagraniu. Łomocący jazgot przez długi czas nie znajdował zrozumienia w moich uszach. Działo się tak do momentu, gdy pojąłem że nie mam przed sobą katowanych do bólu przez Tatę Czerwonych Gitar czy innych Beatlesów. Zamiast szukać treści w muzyce – zacząłem słuchać muzyki. W końcu usłyszałem ją, usłyszałem w tym łomocie nie jazgot i piski, ale dzieło spójne, sensowne, pozwalające się analizować, konsumować po kawałku lub w całości. Przy Techno Trax Vol. 3 pojąłem, co tak niezwykłego było w And The Beat Goes On. Odkryłem, w jaki sposób odbierać “łomocącą” muzykę, bym mógł dostrzec jej piękno, bogactwo, cel.
Wchodzący w skład tej składanki utwór ABS – My House Is Your House to jeden z najważniejszych kawałków w całym moim życiu. To chyba dzięki niemu odkryłem, że muzyka potrafi nie tylko oddawać, ale i budzić emocje. Można więc ją dopasować do siebie, dnia, chęci, można za jej pomocą sterować sobą.

Może to i dziwna sprawa, ale nie wracam do Techno Trax Vol 3. Dziś traktuję ją jako składankę która nie do końca mi pasuje. Trochę prymitywna, trochę niespójna, zupełnie jakby moje późniejsze odkrycia muzyczne przebiły swoją wartością to, co T-Trax ma mi dziś do zaoferowania. Nie zmienia to faktu, że album ten był kolejnym punktem “otwarcia” na nieznane mi wcześniej nurty muzyczne.

Nr 4: Akurat – Prowincja

Sytuacja specyficzna: moja przygoda z Akuratami zaczęła się od Pomarańczy, ale to Prowincja stała się ważniejsza. Była dojrzalsza, ja byłem dojrzalszy, czasy trochę dojrzały i świat wokół zaczął się przekształcać. Nadal byłem na etapie glanów, szlajania się autostopem po kraju, rozbijania namiotu gdziekolwiek. Jednak… Jednocześnie nadchodziło nowe. Coś się zmieniło – jeszcze naiwna radość dzieciaka nie usychała we mnie, ale powoli nadchodziła dorosłość. Dwa, może trzy lata od pojawienia się tej płyty w moich uszach, zaczęły zachodzić w mym życiu poważne zmiany. Należało się zacząć określać co dalej chcę robić, gdzie chcę być, z kim, jakie dla siebie widzę miejsce w tym wszystkim co mnie czeka.
W zasadzie można powiedzieć, że z pojawieniem się Pomarańczy nastąpiła eksplozja młodzieńczej wolności, takiej pachnącej przedziałem kolejowym, upalnym latem i brzmiącej jak chrzęst żwiru pod glanami. Wolność radośnie paląca w pysk jak żar słońca odbity od autostradowego asfaltu w trzeciej godzinie łapania okazji. Wolność dzięki której wszystko dynda jak półmetrowy kurczak przyczepiony do plecaka i szumiąca w uszach jak Bałtyk na którym wylądowałem pomimo, że jak wsiadałem do pociągu to miałem jechać w stronę Wrocławia.
Później pojawiła się Prowincja. Skończyły się studia. I tak dalej.
Czwarte miejsce dla Prowincji.

I jeszcze jedno: miało być, że płyty są ważne muzycznie bo są spójne i coś wniosły do życia. No to ten krążek był jednym z powodów chwilowego zbliżenia się do SKA/Punk.
Na szczęście mi przeszło i na szczęście nie muszę się przyznawać, jakie płyty z tego okresu mam schowane w najgłębszych katalogach, by do nich czasami wracać.

Nr 5: Songs in the Key of X: Music from and Inspired by the X-Files

Jak każdy dzieciak wychowujący się w latach 80/90, zakochałem się w Archiwum X. Po przygodach siermiężnego Psa Cywila, czy innego Pana Samochodzika dostaliśmy w końcu coś, co zionęło zachodem, tajemnicą, UFAMI! Do tego było hamerykańskie, no i te efekty specjalne i ten Mulder i Palacz, gdzie tam im do nich jakiejś załodze z propagandowego Rudego!
Poniedziałkowe(?) wieczory to była msza: wszyscy przed telewizorami, wszyscy wykąpani, teraz świat nie istnieje, teraz jest Archiwum X! No i oczywiście do tego czołówka z muzyką Marka Snowa, świat był idealny!
No właśnie, ten Mark Snow.
Któregoś lata w czasach, gdy Archiwum było na topie, a Snowowi zdarzało się okupować pierwsze miejsca lokalnych list przebojów, siedziałem na wsi za Łodzią. Typowe (typowe dla mnie) wakacje nastolatka: pięć dni dorabiania w polu/na gospodarce, dwa dni imprezy.
Co ważne, wieś (a w zasadzie mieścina jeśli mam być dokładny) miała targ, na targu poza Ruskimi i pijanymi rolnikami były także budy z płytami i kasetami. W jednej z tych bud wypatrzyłem coś, co mnie zmroziło: CD z muzyką z Archiwum. Pamiętam jak dziś, zafoliowana, mroczna, mówiąca “weź mnie”. Brać jej nie mogłem – nie posiadałem wtedy odtwarzacza CD, ale standardem w tamtych czasach była usługa “przegrania”, czyli zerżnięcia płyty na kasetę 😉 Już miałem zdecydować się na parszywy występek i zamówić takiego pirata, gdy nagle spod lady wyjechała ORYGINALNA kaseta z HOLOGRAMEM! Taka pachnąca, nowa, hamerykańska! Kosztowała miliony szekli, gdy płaciłem – płakałem, ale stała się moja. Moja. MOJA.
Do domu ciotki wracałem jak na skrzydłach, bo przecież jeśli piosenka tytułowa z serialu jest taka niesamowita, to co będzie z resztą piosenek na tej kasecie? Toż to zapowiada się muzyczna orgia!

Rozczarowanie to mało powiedziane. Nie zrozumiałem tego, co się dzieje na tym albumie. Zaczęło się zgodnie z przewidywaniami – Mark Snow. A później… coraz gorzej. Dno den i jeszcze jedno dno – dno szuflady do której trafiła.
Do tej kasety trzeba było dojrzeć. Zacząć słyszeć muzykę, dostrzegać ją jako składową wielu elementów które teoretycznie niespójne, stanowią kompletną całość. Minęły chyba z dwa lata nim zrozumiałem o co chodzi z tym albumem, nim stał się dla mnie czymś ważnym. Ale nie to jest ważne.
Ważny jest moment, w którym ten album wraca. Jakoś tak się składa, że wypływa on na dłużej zawsze wtedy, gdy dzieje się coś złego, niepokojącego. Jest jak jaskółka zwiastująca… nie, jest jak krowa ze skrzydłami której widok uświadamia, że nadchodzi czas, w którym z nieba lać się będzie gónwniany deszcz.

Pod względem muzycznym (odcinamy treść od wokalu, wokal traktujemy jako kolejną linię melodyczną) album jest nadspójny. Można nim ciąć diament.
Pamiętacie “Teorię spisku” z Julią Roberts i Melem Gibsonem? Bohater miał zawsze przy sobie “Buszującego w zbożu”. Ja przez długi czas nie rozstawałem się z  Songs in the Key of X: Music from and Inspired by the X-Files. W samochodzie była kaseta, w domu płyta (gdy dorobiłem się odtwarzacza CD).

Jakiś czas później pojawił się kolejny krążek – The X-Files: The Album. Muzycznie był kontynuacją pierwszego, a z czasem oba albumy stały się nierozłączną częścią mojego muzycznego świata.

Nr 6: VNV Nation – Futureperfect

Płyta – zwrotnica. Pokazała, że można muzycznie cofnąć się nie tracąc jednocześnie możliwości rozwoju. VNV Nation pierwszy raz spotkałem na jakimś streamingowym kanale RMF`u. Eletro Shock Wave, albo Dark Wave. Nie pamiętam. Charakterystycznym elementem tego strumienia (który niestety już nie istnieje), były nieco mroczne, elektroniczne kawałki trącące jakimiś dziwnymi wspomnieniami, których nie mogłem sobie poukładać. Coś zaczepiało o jakiś wątek, który był jeszcze na tyle mocno zanurzony w zapomnieniu, że nie mogłem w pamięci odnaleźć wykonawcy, tytułu, a nawet czasu w którym utwór ze mną współistniał. Jednocześnie zdecydowanie coś gdzieś powstawało z grobowca jak Rodowicz przed Sylwestrem.
Electronaut – trzeci kawałek na płycie Futureperfect odetkał wszystko. Muzyczne wspomnienia i skojarzenia z głośnym PLUM! ruszyły rurą wspomnień, techniczny oldscool rozwinął się we mnie na nowo przynosząc na tacy już znane, a jednak odkrywane ponownie kawałki. Przyszło także nowe. Za VNV Nation pojawił się Eisenfunk ze swoim Pongiem, od którego był już tylko krok do odkrycia drugi raz EBMu. Za EBM nagle nastąpiło zbliżenie do znanej już Lacrimosy, za nią stało nic innego jak Theatre of Tragedy z Machine, od którego szybujemy w kierunku Lorelei. Muzyczna pętla za pętlą w pętli pętlę pogania: lecąc na skrzydłach kolejnych powiązanych utworów, czasami nawet nie jestem w stanie dosłuchać piosenki do końca, bo przesłuchiwana właśnie perła urodziła w tej sekundzie kolejną perłę, a ta następną i następną.
Płyty kształtujące gust muzyczny? Nie wiem czy VNV Nation i Futureperfect była takim krążkiem. W zasadzie gatunkowo nic nie odkryła, ale była, jest i zapewne będzie spełniać inną funkcję. Nie kształtującą, nie edukacyjną. VNV Nation jest jak klucz do drzwi, za którymi rozpoczyna się pełna wzlotów, pasjonująca podróż po muzycznym świecie.
Zwieńczeniem Futereperfectu jest piosenka, której nie znajdziecie na tym krążku, utwór, do którego ten krążek mnie doprowadził. Jeśli ktoś coś miałby puścić na moim pogrzebie, to niech będzie to Perpetual, zapis z koncertu który odbył się w 2008 roku – M’era Luna Festival. I ma to tak głośno napieprzać, żeby moje prochy ostatni raz w trakcie tej ostatniej drogi podskakiwały w pełnej zgodzie z hipnotycznym rytmem płynącym na błogim turururururu!

Zamykając temat wszelkich Dark/Shock Electro i innym EBMów.
Czy może mi ktoś powiedzieć jak to jest, że ta genialna muza musi być w lwiej części wypchana plugawym językiem germańskich oprawców?

Nr 7: Paktofonika – Kinematografia

By było jasne: nie lubię muzyki szczekanej, nie widzę w niej piękna, nie budzi we mnie emocji, jest jałowa i wtórna. Czasami wydaje mi się, że próba stworzenia czegoś genialnego poprzez sample utworu stworzony przez kogoś innego, jest jak próba wypierdzenia smakowitego dania, które komuś podstępnie zeżarliśmy. Nie leży mi to i tyle.
…ale nie do końca.
Bo to jest złożona sytuacja: w szkole średniej było bardzo dużo Hip Hopu, Rapu i reszty tej muzyki “wleblebleble szczek szczek ugabuga ziooooom”. Niby miałem “nieco szersze” spodnie z krokiem na kolanach, ale pomimo starań, nie potrafiłem zrozumieć dlaczego tak fajne, wygodne gacie muszą się wiązać ze słuchaniem sepleniącego szczura niepotrafiącego utrzymać rytmu. To wszystko nie trzymało się kupy. Generalnie przepływało to muzyczne-wszystko obok mnie niczym bohater refrenu Ballady o rdzawym oku Bożyka. Ani parzyło, ani ziębiło, pełna obojętność.
Sytuacja zmieniła się kilka lat po wydaniu Kinematografii. O ile dobrze pamiętam, wpuściłem ją do samochodu przez kabel wpięty w adapter kasetowy do odtwarzania mp3 z telefonu. Jakkolwiek to głupio nie brzmi, płyta Paktofoniki głupio nie brzmiała. Wręcz przeciwnie.
Chyba to była kwestia dojrzenia do zrozumienia (albo doświadczenia na własnej skórze), że muzyka HH też potrafi brzmieć spójnie w ramach całej płyty. I sensownie. I nie musi skupiać się w warstwie ‘wokalnej’ na jaraniu blantów i fokach machających dupami.
Kinematografia jest dla mnie płytą ważną. Nie w kontekście “odkrycia” kolejnego gatunku muzycznego. Po prostu jest to dobra płyta, która z jednej strony daje przyjemność słuchania, a z drugiej zwiększyła nieco kredyt zaufania dla swojego gatunku muzycznego.
Nie, nie zostałem fanem HH, ale czasami pozwalam sobie na poszukiwania szczekających perełek, które następnie trafią na pendrive do samochodu.
A to jest naprawdę wielkie wyróżnienie.

Nr 8: Myslowitz – Miłość w czasach popkultury

Każdy muzyczny ogródek, by mógł wypuścić najpiękniejsze muzyczne róże, potrzebuje muzycznego kompostownika. Trochę takiego lepkiego, mrocznego guano, które trochę wali siarą, trochę zażenowaniem, ale wszyscy wiemy, że jest potrzebne bo bez niego nic nie ruszy.
Miłość w czasach popkultury to trochę taki nawóz muzyczny, etap, przez który trzeba było przejść. To trochę jak disco polo i noszeniem gaci z kleksem: wszyscy wiemy, że zdarza się człowiekowi zapodać Shazzę albo pierda z farszem, ale każdy twierdzi, że jemu to się nie zdarza.
Guzik prawda. Wszyscy znają “Chłopców”, “Dla Ciebie” i są w stanie rzucić przynajmniej kilkoma cytatami pochodzącymi z jęczącego wokalu Rojka. Ale jakie ta płyta ma znaczenie dla mnie?
W zasadzie jest ona ważna pod trzema względami:
– pokazała, że polska poprockowa muzyczna papka potrafi wydalić ze swoich trzewi płytę spójną, w związku z czym nieco mnie obawiałem się szukania perełek w polskim kompostowniku,
– udowodniła, że czasami warto śledzić losy artystów po zakończeniu ich wspólnej kariery,
– ta płyta nakłoniła mnie do ruszenia dupska na koncert Myslovitz. Niby nic niezwykłego, ale tylko na koncercie można było mieć możliwość usłyszenia najjaśniejszej gwiazdy spod znaku omawianej kapeli: utwór “Micky”.
Być może coś się zmieniło – nie wiem, ale na pewno przez długi czas kawałek ten nie gościł na żadnej płycie. Można było go usłyszeć jedynie podczas koncertów. A uwierzcie mi, warto było pójść na koncert tylko i wyłącznie dla tego jednego utworu.

Nr 9: Nightwish – Once

Chcecie wiedzieć jak powinna zaczynać się każda płyta? Odpalcie Once.
Otwarcie tego krążka już w pierwszej sekundzie wyp1erdala z zawiasów drzwi umysłu i pozwala, by do łba wdarłą się fala muzycznego tsunami. Później jest już tylko lepiej.
Jak u Alfreda Hitchcocka, zaczynamy od trzęsienia ziemi, a następnie pozwalamy napięciu rosnąć.
Faktem jest, że moja przygoda z Nightwishem zaczęła się od albumu Over The Hills, ale ten był tylko przystawką. To Once pozamiatało i dało energię do przekopywania się przez dziesiątki poboczności spod znaku metalowo-gotyckiego gulgotu z Wokalem przez duże W. I przyznać trzeba, że efekty wspomnianych poszukiwań często były bardzo, ale to bardzo owocne.

Nr 10: Karaś/Rogucki – Ostatni Bastion Romantyzmu

Macie czasami tak, że jak coś zjecie to później to coś długo leży Wam na żołądku i nie chce wylecieć ani górą ani dołem? Kojarzycie to męczące uczucie wypełnienia, ociężałości w trzewiach, które nie pozwala wygodnie siąść, położyć się, a tym bardziej przeciągnąć?
A kojarzycie moment, kiedy w końcu to z Was wypada i nagle czujecie, jakby Wasze umęczone ciało wraz z duszą unosiło się 3 cm nad podłogą? Jak przepełnia Was błogi nie-ból, nie-dyskomfort?
Nie oszukujmy się: Ostatnio Bastion Romantyzmu zakończył męczący okres gastromuzycznej nieskończoności walącej brudnym siurem i wtórnością. W końcu pojawiło się Coś, co przetkało muzozłogi i wzniosło słuchacza nad podłogę.

Można mi zarzucić, że jestem pod silnym wpływem Ajaxa namiętnie słuchającego Comy, więc z założenia jestem obciążony sympatią do Roguckiego. Guzik prawda. Rogucki (solo) i Coma mają swoje wzloty i upadki, ale są to zjawiska muzyczne będące jedynie pobocznymi uczestnikami mojego życia. To, że mamy w domu wszystkie płyty Comy nie czyni ze mnie ich fana tak samo, jak posiadanie penisarium nie czyni ze mnie gwałciciela.

Wróćmy do Ostatniego Bastionu: nie wiem jeszcze w jaki sposób osiądzie ona w czasoświadomości, czy będzie kojarzona ze zrastającym się kolanem, czy bardziej z epidemią kaszlowirusa. O tym przekonam się za kilka lat. Natomiast wiem już teraz, że krążek jako nośnik kilku kawałków jest w stu procentach kompletny. Nie posiada słabych elementów. Gdyby zmienić w nim chociaż jedną nutę, całość runęłaby jak domek z kart.
Promocja nadchodzącej płyty “Bolesnymi strzałami w serce” już pokazywała, że nadchodzi coś wielkiego, ale nawet w ułamku nie zdradzała tego, jak doskonały twór będzie nam dane wrzucić do odtwarzacza.

Jeśli spora część wcześniej omawianych płyt była drogą do otwarcia się na nieznane szlaki muzyczne, to Ostatni Bastion Romantyzmu jest celem tych wszystkich dróg.

Długo nic nie pobije tej płyty.
Bardzo długo.



Dekanyldj… Denkaldyj… Denkundlyzjan!

Apteka.

Stoję w kolejce, na celowniku mam jakieś multiwitaminomikroelementotabletki do wody. Jestem drugi w kolejce, przede mną stoi UberMatrona. Albo urodziła siedemnastkę dzieci, albo jest w stanie zjeść siedemnaście Big Macków. Stoi i sapie, dyszy i dmucha. Szybki rzut oka i nosa – nawet przez maseczkę jednoznacznie czuć, że ze spraw aptecznych to powinna inwestować głównie w mydło.
No ale bywa, może chora, nie wnikam. Choroba może nie pachnieć łaskawie.
Z drugiej strony stan koszulki UberMatrony wskazuje na… nie, inaczej. Pokazuje co jadła na obiad. I śniadanie. I dzisiejsze i wczorajsze i… nie, boję się dalej patrzeć.
Chyba zobaczyłem cebulkę. Kiełkującą

UberMatrona dyszy w stronę Farmaceutki zgrzytając zębami:
– no pfffffffffffszczeż mówię, pffffffffffff, że ma mi pani pfffffffffff, dać dekundlyzjanu paczkę.
– proszę panią… – tłumaczy cierpliwie Farmaceutka – nie znajduję w systemie dekundlyzjanym…
– nie dekundlyzjanum, pffffffff, tylko pffffffffffff dekanyldj… denkaldyj… pffffffff… teraz mnie pani zdenerwowała i nie pamiętam…

Tu ważny element historii: UberMatrona zerka na karteczkę trzymaną w ręku. Najpewniej receptę.
– a, to się nazywa denkundlyzjan! Dekundlyzjan!

Farmaceutka cierpliwie wklepuje do systemu kolejne opcje zapisu wszystkiego co ma w nazwie de-, kundel- i -zjan. Nic nie znajduje. Może to przez żyłę, która ze wściekłości już jej wyszła na czole i najpewniej zasłania pół ekranu.
Po raz kolejny Farmaceutka zwraca się do Uberki:
– proszę panią, naprawdę nie widzę takiego leku w systemie.
– to albo pani nie umie pisać, pfffffffffff, albo ma się douczyć! Pfffffffffff, mówię jasno, dnenkuldynzjan! Pffffffffff…

Za mną w tym czasie staje kolejna niewiasta. Sokoli wzrok, niecierpliwe spojrzenie, tupta z nogi na nogę, widać, że chyba się spieszy. W tym czasie wściekła farmaceutka obcina UberMatronę wzrokiem, jakby szukała miejsca, gdzie wbić w nią jakiś ostry przedmiot. Dostrzega karteczkę.

– a to co ma pani w ręku to recepta?
– tak, pfffffffffffff, ale co pani do tego, nie mam pffffffffffffffffff obowiązku pokazywać!
– to ja może zerknę – pyta z nadzieją Farmaceutka – będzie nam łatwiej?
– pani zamiast zerkać w nieswoje sprawy pffffffffffff, niech się słuchać nauczy, DEKNURDYNZJAN!!!

Za sobą słyszę niecierpliwe tuptanie tej od sokolego wzroku. W zasadzie to teraz widzę, że to nie sokoli wzrok, tylko solidny wnerw. Wyczuwam nadchodzącą awanturę, szkoda, że nie mam przy sobie popcornu.

– DENKNURDY…DEKUNDRYNZJAN proszę mi dać i nie interesować się moimi receptami albo nauczyć się nazw leków, pfffffffffff!!! – jedzie po Farmaceutce UberMatrona – zatrudniają nieuków w tych aptekach i pfffffffff, człowiek się denerwuje później, do szkoły może wrócić trzeba, hęęęęęęęęęęę?

Do kolejki dołącza jakiś jegomość a aparycji Kena. Model, no jak z obrazka, mokre robią się nawet niewiasty na zdjęciach z reklam środka na śmierdzące stopy. Zasapana też go dostrzega, obcina wzrokiem, poprawia zalotnie cyc i znów startuje z ryjem do Farmaceutki:

– jak pani nie jest douczona, żeby obsłużyć klienta, to ja poproszę kierowniczkę!
Tu zaczyna się wesoło. Farmaceutka rzuca zmęczonym głosem:
– proszę panią, to ja jestem kierownikiem zmiany, widzę dwa wyjścia: albo da mi pani receptę i z chęcią pomogę, albo niestety nie jestem w stanie pani pomóc i nic pani nie sprzedam.

UberMatrona niechętnie podaje wymemłaną receptę, sącząc pod nosem coś o głupich cipach i nieukach w taki sposób, by cała apteka to słyszała. Łącznie z Kenowatym, przecież trzeba się pokazać przed nim, że z nią to nie w kij dmuchał i jest całkiem niezłym kąskiem. Nieco dużym i lepkim, ale jednak kąskiem.

Głośne chrząknięcie i głos tej od sokolego czy tam wściekłego spojrzenia zwraca uwagę całej apteki:
– ja bardzo, ale to BARDZO przepraszam, ale czy moglibyśmy nieco przyspieszyć?

Nie doczekuje niczyjej odpowiedzi, ale za to nagle oślepia mnie blask uśmiechu na twarzy Farmaceutki. Ta zmrużywszy oczy, najwyraźniej odczytała poprawną nazwę specyfiku dla UberMatrony:
– aaaaaaaaa… DEKANDYDOZJAN!
I podnosząc głos tak, by wszyscy DOKŁADNIE słyszeli, rzuca słodkim głosikiem w stronę UberMatrony:
– trzeba było od razu powiedzieć, że to jest coś na GRZYBICĘ POCHWY!

UberMatronę szlag trafia, tę za mną szlag trafia, Ken starając się nie wybuchnąć śmiechem gryzie kartonowego Bibisza reklamującego jakiś dełysieniohemoroidian, UberMatrona wyrywa dekndydozjan, wypada jej karta, dokumenty, wszystko toczy się po ziemi, Sokolo/Niecierpliwooka za mną już gwiżdże ze zniecierpliwienia, Ken chrząka ze śmiechu zalewając się łzami.

UberMatrona pozbierawszy swe rzeczy, stara się zabić wszystkich wzrokiem, więc podchodzę do kasy nie chcąc stać pomiędzy Uber a Niecierpliwą która już zdążyła posinieć. Szybko kupuję swoje graty słysząc za sobą tuptanie z nogi na nogę Niecierpliwej (tym razem jest zielona na twarzy, ma czerwone oczy i bucha jej para z nozdrzy). UberMatrona powoooooooooooooli kieruje się w stronę wyjścia, odprowadzana przez miotające błyskawice spojrzenie Niecierpliwej. Gdyby gdzieś obok stał DeLorean, od razu by go przeniosło jednocześnie w przeszłość i przyszłość.
Wzrok Uber i Niecierpliwej krzyżują się, do tego dołącza spojrzenie Farmaceutki. Odsuwam się i niby szukam czegoś w kieszeni, to będzie zadyma roku, muszę, MUSZĘ to zobaczyć!

Niecierpliwa jako pierwsza spuszcza wzrok, prawie podbiega do okienka i piskliwym głosem szepce:
– Stoperan Forte bardzo proszę…



Czynności ślizgane, czynności węchowe

Wieczorowa pora.
Zmuszony wiekiem i dolegliwościami z nim związanymi, udaję się do nocnej apteki.

Wchodzę. Kolejka na 3 osoby: jeden jegomość właśnie odbiera resztę i wychodzi, przede mną zostaje chyba małżeństwo: ona i on.

Ona: tleniona Dżesika z odrostami, wzrost siedzącego psa, z powierzchni wylewającego się tłuszczu zza paska spodni, błyska wydziarany naście lat temu tribal. Taki ciut przyblakły i ciut rozciągnięty, rozstępy, czas i waga nie były łaskawe dla tej dziary.

On: wzrost niewiele wyższy, również wydziarany (bez mała po sam uszy), twarz niezmącona myśleniem, w dłoni dumnie dzierżone dokumenty od stojącej za oknem, leniwie mruczącej, pustej w środku bety. Trochę to dziwne: ani nie jest ciepło by musieli chłodzić samochód, ani zimno by w nim grzać. Rozsądek podpowiada – może wiekowe toczydło równie niechętnie zaskakuje, co jego właściciele.
Tak czy inaczej: ona, on, beemka – trójka idealna, pasują do siebie jak ulał. Ale to nie jest ważne. Liczy się to, że zostali poproszeni do nocnego okienka.

Podchodzą dostojnie, Dżesika podaje bez słowa receptę, aptekarka znajduje lek, nabija na kasę i już ma zapytać czy coś jeszcze, gdy nagle Jeździec Dżesikowych Zasobów wsadza głowę w okienko i wyraźnie, tak by wszyscy słyszeli, rzuca:

– I poprosza jeszcze żyl yntymny od Durexa, do TEGO, ma pani jaki?!

Aptekarka bez mrugnięcia okiem odpowiada:

– Oczywiście, a jakim pan by chciał?

Potencjalny uczestnik czynności ślizganych nie do końca wie, więc dopytuje:

– A jaki pani ma? Bo wie pani, taki dobry i śliski, he-he! – precyzuje i sekundę później rzuca w stronę wybranki swego serca słowa w taki sposób, bym i ja je słyszał:

– I co, gupio Ci tyraz, nie? He-he he-he!

Aptekarka przynosi do okienka kilka buteleczek żelu, prezentuje każdą z nich, niestety żaden z żeli nie przypada do gustu niedoszłemu wykonawcy ruchów niegodnych filozofa. Nie wiem, może kolor, zapach czy smak nie ten, a może butelki były za duże i mogłyby być powodem kompleksów? Ale i to nie jest ważne, bowiem do kontrataku przechodzi Dżesika i chwilę po tym, jak aptekarka odłożyła żele na swoje miejsce, zapytuje pracownicę apteki w taki sposób, by słyszała ona, ja, oraz ludzie na zewnątrz po drugiej stronie ulicy:

– A ma pani coś na smród z nóg, bo mojemu mężowi tak jedzie, że normalnie nie idzie.

Chłopu momentalnie żyła wyszła na czoło, a ta w tyłku to chyba pękła. Nawet beemka stojąca za oknem zakrztusiła się elpegiem i ze śmiechu zaklekotała zaworami. Dżesika u szczytu możliwości intelektualnych, korzystając ze zrywu elokwencyjnego, ciągnie temat dalej:

– Ino takie coś i przeciw no… potowego, ale też z grzybicom.

Starając się nie parsknąć, słyszę jak facet ze świstem wypuszcza powietrze nosem. Daję pół lewej nerki, że poza dymem, z nozdrzy mu bucha także ogień. Piekielny.
Aptekarka z kamienną twarzą prezentuje cztery różne specyfiki: od żelu, przez puder, aż po dezodoranty. Dżesika chcąc zakończyć temat zadaniem ostatecznego ciosu w męską dumę, bezlitośnie stwierdza:

– Poprosza to w największyj butylce, bo jedzie mu z obu.

Płacą, wychodzą, kątem oka widzę twarz jegomościa: jest równie czerwona, co rdza na sypiących się progach ich beemki.

Zdecydowanie częściej muszę jeździć do nocnej apteki…



K-Family, czyli muzyczna nosacizna

Z muzyką bywa tak, że przykładowo YouTube potrafi niekiedy podrzucić coś, od czego włos się jeży na głowie. Nie, nie będę tu wracał do twórczości Wyrzyganych z Macicy czy Hryżyr Żryhyr, takie ekstrema zostawmy na inną okazję.
Dziś warto się skupić na czymś, co YT podstępnie rzuciło mi na słuchawki w momencie, gdy zgłębiałem tajemnice jakiejś tabeli poświęconej stażom pracowników.

W pewnym momencie do mych uszu wlał się zionący letnimi łąkami i przepoconymi gumowcami dźwięk jakiegoś redneckowego bandu, który starał się śpiewać o… łonaceniu kosmitów? Przeskoczyłem szybko pomiędzy kartami przeglądarki by sprawdzić, czym został poczęstowany mój bezgust muzyczny i… z otchłani muzycznego zapomnienia wyłoniła się w kierunku mojej facjaty radosna twórczość The Kelly Family.

No urwał nać, ile to ja tego nie słyszałem! Przecież to jakoś lata dziewięćdziesiąte? Okolice 2000 roku? Przecież wszystkie stacje “złote przeboje” powinny raz na jakiś czas zarzucić piosenką nosatej rodzinki, a tu… jakimś sposobem Kellysowiacy zniknęli na dobre 20 lat!

No właśnie, cofnijmy się te dwie dekady, bo warto – w końcu The Kelly Family było ciekawym zjawiskiem. O ile pamięć mnie nie myli, to An Angel straszyło z głośników już pod koniec mojej podstawówki (1996 rok?) i poza trzeszczącymi kasetami, rozłaziło się po znajomych za pomocą kumpeli równie chudej jak i namiętnie wyjącej tę pieśń przy akompaniamencie gitary ważącej więcej, niż wspomniana kumpela. Mam jakieś przebłyski w pamięci, zdaje się jakaś Wisła(???), dworzec PKP i Ania wyjmująca gitarę. Kto wiedział o co chodzi – szybko oddalał się nim z nastoletnich, niewieścich gardzieli dobywało się zawodzące “Samtaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaajmzzzzzzz….”

Jednym słowem – wieś i dwie tony obornika. My – młodzi gniewni, prawie dorośli nie mogliśmy sobie pozwolić na uczestnictwo w tym żenującym spektaklu, w końcu mieliśmy swoją poważną, dojrzałą muzykę. Znaczy się Stachursky, Scooter i te klimaty.

Wydawać by się mogło, że razem z podstawówką skończy się ten koszmar lokatych wyjców, ale nie… Jakimś sposobem muzyczna rodzinka spod znaku mój-tatuś-jest-bratem-mamusi prześlizgnęła się przez barierę podstawówka-średnia i zagościła na szkolnych korytarzach. Tu już sprawa robiła się nieco poważniejsza, gdyż pośród męskiej części ekipy posiadanie kasety The Kelly Family groziło starosłowiańskim wp1erdolem za budą. Najwięksi fani zeszli na wszelki wypadek do podziemia, zaś kasety Kellysów były oficjalnie odkurzane tylko w przypadku, gdy mogły zostać potraktowane jako wabik. Znaczy się jak ktoś chciał zaru… Poderwać jakąś białogłowę.
Ogólnej sytuacji w tamtych czasach nie poprawiały (a wręcz przeciwnie) dwa fakty: świadomość tego co się stało jednemu jegomościowi, gdy zapomniał się i zanucił w męskim kiblu Roses Of Red, oraz – teraz będzie to trudniejsze – fakt, że w tamtym czasie jakoś bliżej mi się zrobiło z kumpelą, która namiętnie słuchała nosatych. Wewnętrzny konflikt sprawiał, że człek prawie zaczynał siwieć w wieku lat 17. Jak można nie słuchać piosenek kojarzących się z Nią, a jednocześnie jak można było słuchać tego plugawego pomiotu muzycznego szatana? Szczęśliwie w tamtym czasie pojawił się net, wraz z nim Napster, więc można było zagłuszyć ciągoty do Kellych odkrywaniem nowych gatunków muzycznych. Temat kudłatej rodzinki rozszedł się po kościach, ze wspomnianą kumpelą jakoś się poukładało na przyjaznej stopie (kuźwa, wpadłem do friendzone`a?), a świat poszedł do przodu w swoim tempie.

Minęło kilka lat (a nawet dwadzieścia). Siedzę w pracy zdziwiony, zasłuchany w tę redneckową ekipę, rzucam okiem na koncertówki sprzed zdaje się 3 lat (o kuźwa, to oni jeszcze żyją?!?!!?) i w mym łbie zaczyna świtać jedna myśl: po dwudziestu latach mogę teraz bezkarnie blutufnąć sobie w samochodzie płytę Kellysów i nie obawiać się prewencyjnego wp1erdolu połączonego z kasacją walkmana, bo teraz nie słucham muzyki niegodnej, zakazanej. Teraz jak prawdziwy, muzyczny koneser zgłębiam twórczość sprzed dwóch dziesięcioleci. Mogę więc podkręcić głośność w samochodzie, uchylić okno, pozwolić by wiatr rozszarpał moje siwiejące, gargamelowate włosie na głowie i mogę bezkarnie wydać z siebie przeciągłe, zawodzące….
Samtaaaaaaaaaaaaaajmzzzz….