Dekanyldj… Denkaldyj… Denkundlyzjan!

Apteka.

Stoję w kolejce, na celowniku mam jakieś multiwitaminomikroelementotabletki do wody. Jestem drugi w kolejce, przede mną stoi UberMatrona. Albo urodziła siedemnastkę dzieci, albo jest w stanie zjeść siedemnaście Big Macków. Stoi i sapie, dyszy i dmucha. Szybki rzut oka i nosa – nawet przez maseczkę jednoznacznie czuć, że ze spraw aptecznych to powinna inwestować głównie w mydło.
No ale bywa, może chora, nie wnikam. Choroba może nie pachnieć łaskawie.
Z drugiej strony stan koszulki UberMatrony wskazuje na… nie, inaczej. Pokazuje co jadła na obiad. I śniadanie. I dzisiejsze i wczorajsze i… nie, boję się dalej patrzeć.
Chyba zobaczyłem cebulkę. Kiełkującą

UberMatrona dyszy w stronę Farmaceutki zgrzytając zębami:
– no pfffffffffffszczeż mówię, pffffffffffff, że ma mi pani pfffffffffff, dać dekundlyzjanu paczkę.
– proszę panią… – tłumaczy cierpliwie Farmaceutka – nie znajduję w systemie dekundlyzjanym…
– nie dekundlyzjanum, pffffffff, tylko pffffffffffff dekanyldj… denkaldyj… pffffffff… teraz mnie pani zdenerwowała i nie pamiętam…

Tu ważny element historii: UberMatrona zerka na karteczkę trzymaną w ręku. Najpewniej receptę.
– a, to się nazywa denkundlyzjan! Dekundlyzjan!

Farmaceutka cierpliwie wklepuje do systemu kolejne opcje zapisu wszystkiego co ma w nazwie de-, kundel- i -zjan. Nic nie znajduje. Może to przez żyłę, która ze wściekłości już jej wyszła na czole i najpewniej zasłania pół ekranu.
Po raz kolejny Farmaceutka zwraca się do Uberki:
– proszę panią, naprawdę nie widzę takiego leku w systemie.
– to albo pani nie umie pisać, pfffffffffff, albo ma się douczyć! Pfffffffffff, mówię jasno, dnenkuldynzjan! Pffffffffff…

Za mną w tym czasie staje kolejna niewiasta. Sokoli wzrok, niecierpliwe spojrzenie, tupta z nogi na nogę, widać, że chyba się spieszy. W tym czasie wściekła farmaceutka obcina UberMatronę wzrokiem, jakby szukała miejsca, gdzie wbić w nią jakiś ostry przedmiot. Dostrzega karteczkę.

– a to co ma pani w ręku to recepta?
– tak, pfffffffffffff, ale co pani do tego, nie mam pffffffffffffffffff obowiązku pokazywać!
– to ja może zerknę – pyta z nadzieją Farmaceutka – będzie nam łatwiej?
– pani zamiast zerkać w nieswoje sprawy pffffffffffff, niech się słuchać nauczy, DEKNURDYNZJAN!!!

Za sobą słyszę niecierpliwe tuptanie tej od sokolego wzroku. W zasadzie to teraz widzę, że to nie sokoli wzrok, tylko solidny wnerw. Wyczuwam nadchodzącą awanturę, szkoda, że nie mam przy sobie popcornu.

– DENKNURDY…DEKUNDRYNZJAN proszę mi dać i nie interesować się moimi receptami albo nauczyć się nazw leków, pfffffffffff!!! – jedzie po Farmaceutce UberMatrona – zatrudniają nieuków w tych aptekach i pfffffffff, człowiek się denerwuje później, do szkoły może wrócić trzeba, hęęęęęęęęęęę?

Do kolejki dołącza jakiś jegomość a aparycji Kena. Model, no jak z obrazka, mokre robią się nawet niewiasty na zdjęciach z reklam środka na śmierdzące stopy. Zasapana też go dostrzega, obcina wzrokiem, poprawia zalotnie cyc i znów startuje z ryjem do Farmaceutki:

– jak pani nie jest douczona, żeby obsłużyć klienta, to ja poproszę kierowniczkę!
Tu zaczyna się wesoło. Farmaceutka rzuca zmęczonym głosem:
– proszę panią, to ja jestem kierownikiem zmiany, widzę dwa wyjścia: albo da mi pani receptę i z chęcią pomogę, albo niestety nie jestem w stanie pani pomóc i nic pani nie sprzedam.

UberMatrona niechętnie podaje wymemłaną receptę, sącząc pod nosem coś o głupich cipach i nieukach w taki sposób, by cała apteka to słyszała. Łącznie z Kenowatym, przecież trzeba się pokazać przed nim, że z nią to nie w kij dmuchał i jest całkiem niezłym kąskiem. Nieco dużym i lepkim, ale jednak kąskiem.

Głośne chrząknięcie i głos tej od sokolego czy tam wściekłego spojrzenia zwraca uwagę całej apteki:
– ja bardzo, ale to BARDZO przepraszam, ale czy moglibyśmy nieco przyspieszyć?

Nie doczekuje niczyjej odpowiedzi, ale za to nagle oślepia mnie blask uśmiechu na twarzy Farmaceutki. Ta zmrużywszy oczy, najwyraźniej odczytała poprawną nazwę specyfiku dla UberMatrony:
– aaaaaaaaa… DEKANDYDOZJAN!
I podnosząc głos tak, by wszyscy DOKŁADNIE słyszeli, rzuca słodkim głosikiem w stronę UberMatrony:
– trzeba było od razu powiedzieć, że to jest coś na GRZYBICĘ POCHWY!

UberMatronę szlag trafia, tę za mną szlag trafia, Ken starając się nie wybuchnąć śmiechem gryzie kartonowego Bibisza reklamującego jakiś dełysieniohemoroidian, UberMatrona wyrywa dekndydozjan, wypada jej karta, dokumenty, wszystko toczy się po ziemi, Sokolo/Niecierpliwooka za mną już gwiżdże ze zniecierpliwienia, Ken chrząka ze śmiechu zalewając się łzami.

UberMatrona pozbierawszy swe rzeczy, stara się zabić wszystkich wzrokiem, więc podchodzę do kasy nie chcąc stać pomiędzy Uber a Niecierpliwą która już zdążyła posinieć. Szybko kupuję swoje graty słysząc za sobą tuptanie z nogi na nogę Niecierpliwej (tym razem jest zielona na twarzy, ma czerwone oczy i bucha jej para z nozdrzy). UberMatrona powoooooooooooooli kieruje się w stronę wyjścia, odprowadzana przez miotające błyskawice spojrzenie Niecierpliwej. Gdyby gdzieś obok stał DeLorean, od razu by go przeniosło jednocześnie w przeszłość i przyszłość.
Wzrok Uber i Niecierpliwej krzyżują się, do tego dołącza spojrzenie Farmaceutki. Odsuwam się i niby szukam czegoś w kieszeni, to będzie zadyma roku, muszę, MUSZĘ to zobaczyć!

Niecierpliwa jako pierwsza spuszcza wzrok, prawie podbiega do okienka i piskliwym głosem szepce:
– Stoperan Forte bardzo proszę…



Czynności ślizgane, czynności węchowe

Wieczorowa pora.
Zmuszony wiekiem i dolegliwościami z nim związanymi, udaję się do nocnej apteki.

Wchodzę. Kolejka na 3 osoby: jeden jegomość właśnie odbiera resztę i wychodzi, przede mną zostaje chyba małżeństwo: ona i on.

Ona: tleniona Dżesika z odrostami, wzrost siedzącego psa, z powierzchni wylewającego się tłuszczu zza paska spodni, błyska wydziarany naście lat temu tribal. Taki ciut przyblakły i ciut rozciągnięty, rozstępy, czas i waga nie były łaskawe dla tej dziary.

On: wzrost niewiele wyższy, również wydziarany (bez mała po sam uszy), twarz niezmącona myśleniem, w dłoni dumnie dzierżone dokumenty od stojącej za oknem, leniwie mruczącej, pustej w środku bety. Trochę to dziwne: ani nie jest ciepło by musieli chłodzić samochód, ani zimno by w nim grzać. Rozsądek podpowiada – może wiekowe toczydło równie niechętnie zaskakuje, co jego właściciele.
Tak czy inaczej: ona, on, beemka – trójka idealna, pasują do siebie jak ulał. Ale to nie jest ważne. Liczy się to, że zostali poproszeni do nocnego okienka.

Podchodzą dostojnie, Dżesika podaje bez słowa receptę, aptekarka znajduje lek, nabija na kasę i już ma zapytać czy coś jeszcze, gdy nagle Jeździec Dżesikowych Zasobów wsadza głowę w okienko i wyraźnie, tak by wszyscy słyszeli, rzuca:

– I poprosza jeszcze żyl yntymny od Durexa, do TEGO, ma pani jaki?!

Aptekarka bez mrugnięcia okiem odpowiada:

– Oczywiście, a jakim pan by chciał?

Potencjalny uczestnik czynności ślizganych nie do końca wie, więc dopytuje:

– A jaki pani ma? Bo wie pani, taki dobry i śliski, he-he! – precyzuje i sekundę później rzuca w stronę wybranki swego serca słowa w taki sposób, bym i ja je słyszał:

– I co, gupio Ci tyraz, nie? He-he he-he!

Aptekarka przynosi do okienka kilka buteleczek żelu, prezentuje każdą z nich, niestety żaden z żeli nie przypada do gustu niedoszłemu wykonawcy ruchów niegodnych filozofa. Nie wiem, może kolor, zapach czy smak nie ten, a może butelki były za duże i mogłyby być powodem kompleksów? Ale i to nie jest ważne, bowiem do kontrataku przechodzi Dżesika i chwilę po tym, jak aptekarka odłożyła żele na swoje miejsce, zapytuje pracownicę apteki w taki sposób, by słyszała ona, ja, oraz ludzie na zewnątrz po drugiej stronie ulicy:

– A ma pani coś na smród z nóg, bo mojemu mężowi tak jedzie, że normalnie nie idzie.

Chłopu momentalnie żyła wyszła na czoło, a ta w tyłku to chyba pękła. Nawet beemka stojąca za oknem zakrztusiła się elpegiem i ze śmiechu zaklekotała zaworami. Dżesika u szczytu możliwości intelektualnych, korzystając ze zrywu elokwencyjnego, ciągnie temat dalej:

– Ino takie coś i przeciw no… potowego, ale też z grzybicom.

Starając się nie parsknąć, słyszę jak facet ze świstem wypuszcza powietrze nosem. Daję pół lewej nerki, że poza dymem, z nozdrzy mu bucha także ogień. Piekielny.
Aptekarka z kamienną twarzą prezentuje cztery różne specyfiki: od żelu, przez puder, aż po dezodoranty. Dżesika chcąc zakończyć temat zadaniem ostatecznego ciosu w męską dumę, bezlitośnie stwierdza:

– Poprosza to w największyj butylce, bo jedzie mu z obu.

Płacą, wychodzą, kątem oka widzę twarz jegomościa: jest równie czerwona, co rdza na sypiących się progach ich beemki.

Zdecydowanie częściej muszę jeździć do nocnej apteki…



K-Family, czyli muzyczna nosacizna

Z muzyką bywa tak, że przykładowo YouTube potrafi niekiedy podrzucić coś, od czego włos się jeży na głowie. Nie, nie będę tu wracał do twórczości Wyrzyganych z Macicy czy Hryżyr Żryhyr, takie ekstrema zostawmy na inną okazję.
Dziś warto się skupić na czymś, co YT podstępnie rzuciło mi na słuchawki w momencie, gdy zgłębiałem tajemnice jakiejś tabeli poświęconej stażom pracowników.

W pewnym momencie do mych uszu wlał się zionący letnimi łąkami i przepoconymi gumowcami dźwięk jakiegoś redneckowego bandu, który starał się śpiewać o… łonaceniu kosmitów? Przeskoczyłem szybko pomiędzy kartami przeglądarki by sprawdzić, czym został poczęstowany mój bezgust muzyczny i… z otchłani muzycznego zapomnienia wyłoniła się w kierunku mojej facjaty radosna twórczość The Kelly Family.

No urwał nać, ile to ja tego nie słyszałem! Przecież to jakoś lata dziewięćdziesiąte? Okolice 2000 roku? Przecież wszystkie stacje “złote przeboje” powinny raz na jakiś czas zarzucić piosenką nosatej rodzinki, a tu… jakimś sposobem Kellysowiacy zniknęli na dobre 20 lat!

No właśnie, cofnijmy się te dwie dekady, bo warto – w końcu The Kelly Family było ciekawym zjawiskiem. O ile pamięć mnie nie myli, to An Angel straszyło z głośników już pod koniec mojej podstawówki (1996 rok?) i poza trzeszczącymi kasetami, rozłaziło się po znajomych za pomocą kumpeli równie chudej jak i namiętnie wyjącej tę pieśń przy akompaniamencie gitary ważącej więcej, niż wspomniana kumpela. Mam jakieś przebłyski w pamięci, zdaje się jakaś Wisła(???), dworzec PKP i Ania wyjmująca gitarę. Kto wiedział o co chodzi – szybko oddalał się nim z nastoletnich, niewieścich gardzieli dobywało się zawodzące “Samtaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaajmzzzzzzz….”

Jednym słowem – wieś i dwie tony obornika. My – młodzi gniewni, prawie dorośli nie mogliśmy sobie pozwolić na uczestnictwo w tym żenującym spektaklu, w końcu mieliśmy swoją poważną, dojrzałą muzykę. Znaczy się Stachursky, Scooter i te klimaty.

Wydawać by się mogło, że razem z podstawówką skończy się ten koszmar lokatych wyjców, ale nie… Jakimś sposobem muzyczna rodzinka spod znaku mój-tatuś-jest-bratem-mamusi prześlizgnęła się przez barierę podstawówka-średnia i zagościła na szkolnych korytarzach. Tu już sprawa robiła się nieco poważniejsza, gdyż pośród męskiej części ekipy posiadanie kasety The Kelly Family groziło starosłowiańskim wp1erdolem za budą. Najwięksi fani zeszli na wszelki wypadek do podziemia, zaś kasety Kellysów były oficjalnie odkurzane tylko w przypadku, gdy mogły zostać potraktowane jako wabik. Znaczy się jak ktoś chciał zaru… Poderwać jakąś białogłowę.
Ogólnej sytuacji w tamtych czasach nie poprawiały (a wręcz przeciwnie) dwa fakty: świadomość tego co się stało jednemu jegomościowi, gdy zapomniał się i zanucił w męskim kiblu Roses Of Red, oraz – teraz będzie to trudniejsze – fakt, że w tamtym czasie jakoś bliżej mi się zrobiło z kumpelą, która namiętnie słuchała nosatych. Wewnętrzny konflikt sprawiał, że człek prawie zaczynał siwieć w wieku lat 17. Jak można nie słuchać piosenek kojarzących się z Nią, a jednocześnie jak można było słuchać tego plugawego pomiotu muzycznego szatana? Szczęśliwie w tamtym czasie pojawił się net, wraz z nim Napster, więc można było zagłuszyć ciągoty do Kellych odkrywaniem nowych gatunków muzycznych. Temat kudłatej rodzinki rozszedł się po kościach, ze wspomnianą kumpelą jakoś się poukładało na przyjaznej stopie (kuźwa, wpadłem do friendzone`a?), a świat poszedł do przodu w swoim tempie.

Minęło kilka lat (a nawet dwadzieścia). Siedzę w pracy zdziwiony, zasłuchany w tę redneckową ekipę, rzucam okiem na koncertówki sprzed zdaje się 3 lat (o kuźwa, to oni jeszcze żyją?!?!!?) i w mym łbie zaczyna świtać jedna myśl: po dwudziestu latach mogę teraz bezkarnie blutufnąć sobie w samochodzie płytę Kellysów i nie obawiać się prewencyjnego wp1erdolu połączonego z kasacją walkmana, bo teraz nie słucham muzyki niegodnej, zakazanej. Teraz jak prawdziwy, muzyczny koneser zgłębiam twórczość sprzed dwóch dziesięcioleci. Mogę więc podkręcić głośność w samochodzie, uchylić okno, pozwolić by wiatr rozszarpał moje siwiejące, gargamelowate włosie na głowie i mogę bezkarnie wydać z siebie przeciągłe, zawodzące….
Samtaaaaaaaaaaaaaajmzzzz….



Króliczek

W życiu nie chodzi o to, by złapać króliczka. Chodzi o to by go gonić.
Do tej myśli wrócimy trochę później, a teraz zajmijmy się tematem właściwym.

Blog 30latka i świerzbiące palce to złe połączenia. Tzn. dobre o ile świerzb nie jest efektem pchania paluchów w miejsca przywodzące na myśli kiszonego śledzia. Ale nawet ten bezśledziowy świerzb potrafi być trudny i irytujący. Irytujący, bo się chce, trudny, bo nie ma gdzie. Coś jak za czasów mieszkania z rodzicami, gdy było z kim, ale lokalizacji brakowało.

Jakoś ostatnie… 3 lata(?) nie składało mi się do pisania, do klasycznego rzygania palcami w klawiaturę. O ile jeszcze dość intensywnie działałem sobie z czarnodziurzem, tak 30latek zmarł. Ostatni rok to szczególna posucha: jaskiń prawie zero, coraz bardziej dociskająca do gleby świadomość czwartek dekady, do tego sporo zmian w życiu i dziesiątki innych wymówek.

“Kiedyś jak chłop pierdnął to aż mu jaja zafurgotały, a teraz weźmie espumisan i po problemie”. Podobnie z tym moim “pisaniem”. Sam nie wiem, jakieś wielomiesięczne zatwardzenie, czy ki pies…

Koniec końców szlag człowieka trafił, szuflada wypchana mniej lub jeszcze mniej wartościowymi zapiskami prawie się urwała, łeb napęczniał od niezapisanych dowód na to to, że facet nigdy nie dojrzewa. Siadłem do klawiatury, przeglądnąłem swoje lokalizacje netowe i jak nie patrzeć – trzydziestolatek nadal wydaje się najodpowiedniejszym miejscem na zostawienia śladów po umyśle równie wybitnym, co skromnym.

No i znów tu jestem.
Miałem coś o króliczku napisać…

Z tym króliczkiem to jest tak, że nie chodzi o to by go złapać, ale by go gonić. Nie, nie mam tu na myśli uganiania się za dziewczynkami przy kontenerach za przedszkolem ani polowania sikawką na Marianki. Chodzi tu chyba o to, by przeżywać coś, co się dzieje w danym momencie bez względu na to, jakie będzie zakończenie – nawet jeśli zapowiada się na szybkie i żałosne.
Żeby nie było – o seksie też teraz nie pisałem.

Po prostu sam proces pisania dawał mi zawsze tak dużo satysfakcji, że w zasadzie nie liczyło się to, jaki będzie odbiór tego, co mi wyszło spod pazurów. A to, że swego czasu sporo osób mnie czytało… tak bywa. Efekt uboczny. Przyjemny, ale jedynie efekt uboczny.

O co jeszcze chodzi z tym królikiem?
Hm. Naszła mnie ostatnio jedna myśl, chyba taka z tych ważniejszych: człowiek piszący rejestruje coś ważnego, co przeżył. Jeśli coś przeżył, to musiał w czymś uczestniczyć. Jeśli uczestniczył to znaczy, że był czymś więcej niż tylko przemijaniem na kanapie. A nawet jeśli otacza człowieka tylko i wyłącznie codzienność, to już sam fakt dostrzegania w niej wydarzeń godnych opisania sprawia, że uczestnictwo w niej jest czymś więcej niż pasywnym tyciem i czekaniem na śmierć.

I to jest chyba najważniejsza myśl na dzisiaj.

*****

Nie wiem, jak się ogarnąć z tym 30latkiem. W zasadzie przez te 10 lat sporo się zmieniło, nawet bardzo sporo. Przeszedłem przez kilka różnych światów, których w zasadzie nie powinno się mieszać, które nie powinny się przenikać.
Ale…
Co to kulson jest, świat ma mi mówić, gdzie, co w jakim miejscu mam układać i co gdzie należy zakwalifikować? Po co nakładać sobie na łeb założenia, że wtedy to było wtedy a teraz jest teraz i to już inne teraz niż tamto wtedy? Przecież tu tak naprawdę chodzi o mnie, prawda?

Pora odkopać niepublikowane zapiski.
Jeśli będzie fanie, to zostanę tu na dłużej.

*****

– W jaki sposób lekarz mnie zbada, skoro jestem w maseczce? Mam ją jakoś zdjąć?
– Zdejmij spodnie i bieliznę, lekarz poświeci mocną latarką od strony dupy i na maseczce od środka pojawi się cień tego, co masz w ustach.

…może jeszcze jednak nie wyszedłem z formy tak bardzo, jak może się wydawać?



…a może jednak wiem?

Ból jest ciekawym wynalazkiem.
Blokuje, informuje, motywuje. Pociesza, raduje, jest kluczem do wspomnień, jest kluczem do nadziei, opowiada o tym co kiedyś zrobiliśmy i wymienia wszystko to, czego już nie zrobimy.

Jestem skąpany w bólu. Dryfuję pomiędzy ograniczeniami, nadziejami, postępem i tym co wydawać się może utracone. Wszystko się zmienia jak w kalejdoskopie, każdego dnia rodzą się w mojej głowie pomysły na to, co zrobię za rok albo za pół roku. Albo czego już nie zrobię – i co za tym idzie – co w zasadzie mógłbym sprzedać, bo już się nie przyda.

Kocioł, jeden wielki przewalający się sam w sobie kocioł myśli napędzanych przez każdy poranek, który jest odmienny od wszystkich poprzednich. Każdy pierwszy krok każdego dnia jest inny: uruchamia inny ból, uruchamia rezygnację i/lub nadzieję. Albo nie uruchamia nic poza niepokojem, bo tym razem niepokojąco bólu brak. Aż do drugiego kroku.

Ostatnio oglądałem porozwieszane w piwnicy zabawki jaskiniowe. Kombinezon na wieszaku, liny na hakach, karabinki na prawo od taśm, a taśmy nad kaloszami. Tymi na Jurę i tymi obok, tatrzańskimi. I zalewa mnie fala rezygnacji w dniu dziewięćdziesiątym pierwszym, by ustąpić nadziei w dniu dziewięćdziesiątym drugim, kiedy to rehabilitant coś wygiął, coś nacisnął, czymś chrupnął i tak wszystko wskoczyło na swoje miejsce, że o myśl o jaskiniach znów usadowiła się w zakładce „plany”.

Tęsknię, ale tęsknię od tak dawna, że chyba nie pamiętam za czym. Nie wiem już, czy chodziło o jaskinie, czy o przeżywanie czegoś poza codziennością. Pamiętam, że jaskinie mają swój zapach, ale nie pamiętam jaki. Wiem, że brudna lina lubi stawiać opór w rolce, ale jak silny on jest – tego chyba już nie wiem.

Lata temu zdarzyło się w górach coś co sprawiło, że noga powoli zaczęła się sypać. Jedna kończyna powoli degradowała (już nieco zwietrzałego) samca alfa do formy, która nie była niczym więcej niż obciążeniem dla kanapy i bliskich wokół. Nigdy nie myślałem, że może być tak trudno zaakceptować siebie samego w chwili, gdy nie spełnia się własnych oczekiwań. Tych podstawowych, egzystencjalnych. To był przepotężny autostrzał w pysk.

Sporo się zmieniło. Zmieniło się moje postrzeganie czasu. Pamiętam przerażenie rodzące mi się w piersi, gdy usłyszałem przy kolejnej kontroli po zabiegu: „etap pierwszy to 6 tygodni wyłączenia nogi z jakiegokolwiek użytkowania, w ogóle nie obciążać, nie używać, ma leżeć”. A wraz z nią leżałem i ja.

6 tygodni. To dwa razy po trzy tygodnie, to wszystkie sezony Rancza, Vikingów, to pięć nowych dziesiątych tierów. To 60 kursów pomiędzy kuchnią i kanapą, kursów z termosem w zębach, kubkiem w kieszeni, to 60 planów na to, co jeszcze można zrobić po drodze, skoro już jestem w pionie i idę. Tzn. przemieszczam się.

Jakieś sześć(?) tygodni temu pierwszy raz przyniosłem sobie do pokoju kawę w kubku, bez termosu. Później powtórzyłem trasę i doniosłem do kompletu kawałek ciasta. Kamień milowy.

Pięć(?) tygodni temu zauważyłem, że rozładowuje mi się telefon. Wstałem i przyniosłem ładowarkę. Po prostu przemieściłem się z użyciem nóg: bez planowania, asekuracji, kul, najzwyczajniej w świecie przemieściłem się nie rozmyślając nad tym, co w tle wyczynia mój organizm. Puściłem się po domu po ładowarkę, a nogi same zrobiły to, co powinny. Kamień milowy.

I cała sterta pozostałych kamieni: pierwsze wejście po schodach, pierwsze zejście, pierwsze wejście po schodach z plecakiem, pierwsze kierowanie samochodem. Może sterta niepozornych kamulców wydaje się niewiele warta dla kogoś z zewnątrz, ale dla mnie… chciałbym obrobić je i jak perły nawlec na sznur by powiesić go sobie na tym pustym łbie, by nie zapomnieć jak wiele ważnych małych-wielkich rzeczy dzieje się każdego dnia.

Solidnie dostałem w pysk, solidnie dostałem po dupie. Solidnie będę musiał popracować, by lejące mi się na dupie zwały tłuszczu wykolegowały się z mojego cielska. Solidnie będę musiał jeszcze raz przeżyć całe ostatnie cztery lata by jakoś domknąć we łbie historię jednego kroku, który miał wpływ na całe-wszystko. Tylko trochę jakby w drugą stronę. Wiem, pokręcone to wszystko.

A teraz się cieszę. Z 10 minut na rowerze, pomimo że nawet nie wyjeżdżam z pokoju. Z wyprawy, podczas której znów mogę obciążyć kije, chociaż nie wspinam się na żadną górę i nie jestem w drodze do jaskini. Powoli, nieśmiało rozpisuję sobie czekające nas wycieczki: tu pochodzić, tam pochodzić, tu pojechać. I nie boję się rozmyślać o rowerach w kontekście przyszłego sezonu/roku. Cztery lata pierdzieliłem się z tym kolanem, mogę poczekać jeszcze kilka miesięcy.

Spożytkujemy je na coś fajnego.



Nie wiem.

Nie wiem co dalej.

Od maja nie byłem w dziurze. Czuje się jakbym nosił w sobie jakiś umierający kawałek samego siebie. Na ramce foto co chwila wskakują zdjęcia z kolejnych wizyt w dziurach, na facebooku migają kolejne relacje wyprawowe znajomych, klubów speleo, a wszystko to doprawiają zagraniczne profile publikujące zapierające dech w piersiach zdjęcia jaskiń.

A ja siedzę i gryzę się w środku.

W maju 2019 ostatni raz stanąłem na dnie jaskini, później 2 razy odwołałem wyjazd ze względu na kolano – miałem w związku z nim wątpliwości, a jeśli są wątpliwości, to nie ma żadnych wątpliwości. Później nastała ciemność. Niestety nie jaskiniowa.

Mógłbym godzinami wylewać żale na klawiaturę, opisywać wewnętrzne cierpienia i dramaty, ale.. czy to by cokolwiek zmieniło? Prawda jest prosta jak budowa cepa: prosty zabieg zakończył się chirurgicznym łamaniem kości w kolanie, do maja mam L4, nie wyobrażam sobie, kiedy będę w stanie gdziekolwiek podejść ze sprzętem.

Nie wiem co robić. Wszyscy wokół jak jeden dopingują: daj sobie spokój, sprzedaj sprzęt, znajdź inne zajęcie. Z jednej strony rozumiem ich, martwią się, ale jednocześnie na ile można rezygnować z samego siebie, by robić dobrze innym? Dlaczego to ja mam ponosić konsekwencje czyichś obaw? I ile w tym wszystkim jest mojego oślego uporu i zasłaniania się tym, że jeszcze dam radę bo starsi po gorszych urazach wracali do aktywności?

Nie wiem, nic nie wiem.
Leżę. Wczoraj chodziłem całe 4 minuty. 23 godziny 56 minut braku jakiejkolwiek aktywności.
Leżę. Dzisiaj przynajmniej wrócę do domu i będę leżał na własnej kanapie.
I będę mógł patrzeć na Żonę i dumać, co jest dla mnie ważniejsze: radość z przepychania się z Piterem przez zabłocone dziurska, czy satysfakcja z ograniczenia Komuś powodów do zmartwień?

Chyba byłoby prościej, gdyby lekarz wprost powiedział, że już nie wrócę pod ziemię. Mógłbym wtedy go znienawidzić i kogoś obwiniać za zabranie ulubionej zabawki. A tak – niepewność, wahanie, jątrząca się nadzieja.

Życiowy dramat zwietrzałego Samca Alfa, który boi się, że jeśli nie będzie mógł opowiadać o śmiercionośnych zaciskach pokonywanych weekendami, to wtedy stanie się nikim. Zwykłym czterdziestolatkiem, przemijającym, nijakim, jednym z wielu.

Słowo na dziś: “kaleka”.



Jaskinia Wszystkich Świętych. O to chodziło.

Pamiętam, jak w trakcie kursu irytował mnie ciągły pośpiech. Dojść do jaskini, zejść, wyjść, wrócić. Bez chwili dla siebie, bez minuty na refleksje, w zasadzie tylko czasami udało się wykraść moment, w którym dane mi było nacieszyć się miejscem, w którym jestem.

(Może i przez to nie przepadam za górami? Były przeszkodą techniczną do pokonania, nie było czasu, by docenić ich… piękno? Czy co tam się w górach podziwia).

Dążąc do osiągnięcia upragnionej karty, obiecywałem sobie, że gdy już ten kawałek plastiku trafi w moje ręce, wszystko będzie wyglądać zupełnie inaczej. Przestanę być jednym z trybów machiny, której jedynym zadaniem jest realizacja założonego planu. Stanę się samodzielnym podmiotem mającym swoje wymagania, których realizacja będzie czymś więcej, niż kolejnym odhaczonym punktem na liście jaskiń.

Ostatnia niedziela była tym wszystkim, czego od życia chciałem.

Jaskinia Wszystkich Świętych (i Olsztyńska) siedziała nam z Piterem na wątrobie od listopada 2017. Wtedy to właśnie nie udało nam się dojść do końca dziury – jak się okazało, nie byliśmy… „przygotowani sprzętowo”. 😉 To właśnie na niedzielę zaplanowaliśmy powrót do tego jakże wymagającego obiektu, który spędzał nam sen z powiem.

Leniwy poranek spędzony nad jeszcze-jedną-kawą ze świadomością chyba-pora-się-zbierać przesunął się na przedpołudnie, ogólny zapał do jakiegokolwiek pośpiechu też dołożył swoje, w związku z czym na Sokole Góry dotarliśmy gdy słońce stało już naprawdę wysoko.

„Bez pośpiechu” – to określenie najlepiej oddaje charakter całego wyjazdu: po dotarciu na parking był czas na pogadankę z napotkanym tam znajomym, był czas na rozprostowanie nóg pod drzewem, jakieś prawie-śniadanie, oraz wszystko to, co zazwyczaj jest postrzegane jako negatywne zjawisko opóźniające wymarsz.

I co z tego?

Po nieśpiesznym naciągnięciu na garby sprzętu, który wyraźnie wskazywał wszystkim spacerowiczom, że mają do czynienia z prawdziwymi speleozawodowcami-alfa, ruszyliśmy ku dziurze.

Plan był następujący: zjazd od strony Wszystkich Świętych, przejście Herbertem do dna, powrót znad Herberta z deporęczowaniem i przejście zaciskiem do Olsztyńskiej. Następnie spacer górą do otworu Wszystkich świętych i deporęczowanie pozostałości po ponownym zjeździe.

O Moście Herberta już kiedyś pisałem, niewiele się tam zmieniło. Tym razem zastanawialiśmy się, czy nie puścić lin w dół by sprawdzić, co ciekawego jest pod mostem. Gdybyśmy zerknęli w plan – pewnie dałoby się zauważyć, że w sumie to Herbert idzie nad docelowym dnem, ale po co tacy zawodowcy mają zerkać w plany, które leżą sobie spokojnie w kieszeni 😉

Efektem powyższych rozważań jest ucho gigant, które jest wyraźnym symbolem wewnętrznego rozdarcia osoby poręczującej: iść dalej górą, czy jechać na dół?

Poszliśmy dalej górą. Dojście do dna nie zajęło wiele czasu, za to na dnie znaleźliśmy to, czego najbardziej mi brakowało w trakcie kursu: po zerknięciu w każdy zakamarek najniższego punktu jaskini, rozwaliliśmy się leniwie na dnie z puszką pseudopiwa w dłoni, by przez długie minuty prowadzić leniwe rozprawy o pedofilii, lotach na marsa, pijaństwie i jaskiniach poza Ziemią.

Hm, w zasadzie jak tak teraz myślę, to miejscami trochę niepokojące były to tematy.

Ale to nie jest ważne. Najistotniejszy był fakt, że udało nam się ot tak, w ciągu 2ch dni umówić się na luźny wyjazd, podczas którego bez żadnej spiny spędziliśmy odrobinę czasu na tym, co daje nam kupę przyjemności.

Powrót. Przemykam Mostem, za mną Piter deporęczuje to, co ja namotałem.

Podchodzimy do przejścia w stronę Olsztyńskiej. Robi się dziwnie, bo miejsce którym miałem prześlizgnąć się ja, zmusza nawet Pitera do zdjęcia szpeju.

Zgodnie z przewidywaniami, nie udaje mi się wepchnąć głębiej, niż do pasa. To noga za długa, tam staw nie zgina się w tę stronę, w którą musiałby się zgiąć, no i oczywiści ten serniczek z Wielkanocy nadal daje o sobie znać.
Wycofuję się i wychodzę górą.

Pomimo, że plan nie został zrealizowany, wyjazd można zaliczyć do jednego z najbardziej udanych. Dwa stare chłopy pobawiły się sznurkami, poleżały w błocie, dowartościowały się wzajemnie i spociły tak, że po zdjęciu kombinezonów okoliczne ptactwo w promieniu kilometra przestało śpiewać. A te siedzące najbliżej pospadały z gałęzi.

*****

Żeby nie było, wyjazd nie był tak do końca bezrefleksyjny, odprężający i beztroski.
Na dnie Wszystkich Świętych leżał niedawno odłupany kawałek kamyczka. Z ciekawości wziąłem go w ręce.
Zawołałem Pitera, by i on uniósł sobie moje znalezisko.

To maleństwo waży kilkanaście kilogramów. Spadając z wysokości metra na rękę, byłoby w stanie mi ją solidnie pogruchotać.
Spadając na łeb, ostatecznie wyłączyłby mi światło szybciej, niż byłbym w stanie powiedzieć “mam kask, więc jestem bezpieczny”.

Jeśli ktoś z Was będzie we Wszystkich Świętych, sugeruję zerknięcie na ten kamyk.
Wyjątkowo ciężkie doświadczenie.