Tag: Jaskinia Marmurowa

Kurs Taternictwa Jaskiniowego: Jaskinia Marmurowa

Droga do jaskiń, podejście, ma kilka bardzo wyraźnych faz:

  • Faza zdziwienia: że tak cały czas pod górę?
  • Faza wyparcia: no chyba kutfa nie!
  • Faza kartograficzna: to tak daleko jak leci ta kreska na mapie?!
  • Faza kopulacyjna: ja to wszystko pier*lę!
  • Faza ejakulacyjna: jest!!! Doszliśmy!!!

Można także wyodrębnić poszczególne fazy występujące już po wyjściu z jaskini:

  • Faza radości: o jest! Słońce i ciepełko!
  • Faza wściekłości: o kutfa, gorąco, ale tu napierdziela słońcem!!!
  • Faza bolesna zejścia: ała, moje kolana…
  • Faza nadchodzącej beznadziei: nie, nie dam rady dojść na doł…
  • Faza beznadziei i smutku: umrę tu kutfa, wezmę umrę i zginę na tym zboczu i rozdziobią mnie kruki i wrony.
  • Faza analna: a w dupie mam jaskinie, więcej nie jadę!!!
  • Faza megakopulacyjna: ja pierd*lę ten kurs i jaskinie i wszystko!!!
  • Faza dojścia, czyli faza spoczynkowa: w końcu obóz! Gdzie moje piwo?!

Kilka dni później jest jeszcze pora fazy podziemnego Uroborosa: to jaka jaskinia następna?

Jaskinia Marmurowa.

Jak już wspominałem, to dzięki niej zaczynam patrzeć spod byka na Tatry. Dojście było piekłem, wyciągnęło ze mnie wszelką chęć do życia. Nie, nie jestem człowiekiem stworzonym do chodzenia po górach. Ale o tym przecież już było…

jaskinia-marmurowa-001

Jaskinia. Niepozorny otwór skrywał przede mną wszytko to, czego mogłem zaznać w dziurach. Pierwszy raz zdarzyło się, że nie wywiozłem z dołu praktycznie żadnych zdjęć. Całość akcji absorbowała uwagę w stopniu uniemożliwiającym bieganie ze światłem i aparatem.
Bo do poziomu sali deszczu jeszcze było zabawnie, jeszcze była przygoda, jeszcze była radosna wyprawa. Później już nie.

jaskinia-marmurowa-002

Zastanawiające jest, w jaki sposób działa moja psychika. Dobrze znane elementy wykonywane dziesiątki razy na ściance, nagle stają się czymś potwornie skomplikowanym. Nie tyle w swojej złożoności, kolejności kroków, ale… Ale. Takie nieznane Ale niosące ze sobą niebezpieczeństwo, Ale które nie dyszy w kark podczas ćwiczeń na sali.
Najlepsze jest to, że teoretycznie nie ma różnicy pomiędzy upadkiem z dziesięciu, a czterech dziesiątek metrów. Taki sam lot, takie samo uderzenie o dno, taka sama śmierć. No, może przy większej wysokości człowiek jeszcze zdąży się po drodze zesrać ze strachu. A jednak jest taki moment, gdy wisząc sam w Studni Kandydata, zacząłem się bać. No właśnie. Ale zaczęło dyszeć.

Jaskinia Marmurowa - M. Golicz.

Jaskinia Marmurowa - M. Golicz.

Wychodziliśmy już z jaskini. Deporęczowałem drogę, więc nie miałem za sobą żadnych głosów, świateł, dowodów na istnienie życia poza mną. Mozolnie prąc do góry, worując gdzieś w powietrzu linę, dotarłem do pierwszej przepinki. To była chwila, gdy mogłem na moment zatrzymać się, odetchnąć. Rozejrzeć.
W jaskiniach nie ma czerni, to nie jest ogarniająca wszystko czerń. Bo czerń jest niby pusta, ale ma swoją barwę, smak, temperaturę. Wnętrze jaskini jest wypełnione czymś innym. Wnętrzem jaskini chciałoby się powiedzieć. Nie wisiałem w powietrzu, nie byłem zawieszony w nicości. Wypełniałem sobą przestrzeń należącą do jakiegoś bytu, który mając taki kaprys – mógłby mnie wchłonąć. Rozmyć na swoich ścianach, dnie. Zupełnie, jakbym nurkował w żywej istocie otulony swoim kombinezowo-polarowym mikrośrodowiskiem, które miało mnie zabezpieczyć przed negatywnym oddziaływaniem nieprzyjaznego otoczenia. Jaskinia Marmurowa mogłaby mnie bez problemu wydrzeć z kombinezonu, zerwać z łba kask, przemielić, rozszarpać i pozwolić mi na powolne zarastanie białawą pleśnią.
Najwyraźniej powinienem od nowa zdefiniować pojęcie “przestrzeń pod ziemią”. To nie przestrzeń, to wnętrze tworu, w którym jestem jedynie gościem. Coś jakby wsadzanie ręki w majtki jurnej dziewoi. Niby jest miejsce, niby można zwiedzać, ale to jednak czyjś teren.
No i wilgoć w jaskini jest jakby mniej przyjazna.

Jaskinia Marmurowa - M. Golicz.
Wspiąłem się, pokonałem studnię, trafiłem do zacisków nad Studnią Kandydata. Uprząż obwieszona karabinkami idealnie klinowała się przy każdym wystającym kamieniu. Wór wypchany mokrą liną leciał na pysk. Kląłem, bardzo dużo kląłem. Bo łokcie, bo jaja, bo kolano, bo zaklinowanie, bo nie można oddychać, bo dupa się zsuwa bo nie pamiętam jakim sposobem wcześniej udało mi się przecisnąć na dół.

Jaskinia Marmurowa - M. Golicz.

Więc podarowałem sobie dwie minut. Takie tylko dla mnie. W pozycji, która teoretycznie powinna skutkować złamaniem kręgosłupa, skręceniem karku, wygięciem kolana w drugą stronę i szramą na pysku. Dwie minuty w ciszy, na uspokojenie oddechu, wytłumaczenie sobie, że przecież nigdzie mi się nie spieszy. Że trzeba powoli, systematycznie, centymetr po centymetrze. I że nie ma opcji, żeby się poddać, bo przecież jeśli nie wylezę, to Ajax przyjedzie w Tatry i zejdzie do jaskini po to, by mnie zjechać jak burą sukę, zabić, wskrzesić i jeszcze raz zabić przy wykorzystaniu tak wyuzdanych tortur, że nawet Wielki Hiszpański Inkwizytor puściłby pawia widząc to, co jest mi czynione.
A gówno prawda. Wyszedłem, bo obiecałem.

Jak w takim momencie zachowują się ludzie, którzy nie mają do czego wracać?

Jaskinia Marmurowa jest piękna. Pewnie tak będę pisał o każdej z odwiedzonych jaskiń. No ale jest piękna, co mam na to poradzić?
Jest w niej coś niedostępnego. Takiego poza zasięgiem. Ściany Studni Kandydata – to chyba o nie chodzi. Pnące się 40 metrów w górę, od nicości w dole, po niemą nicość gdzieś nad głową. Jadąc w dół, czy wspinając się wzdłuż nich, nie mogłem ich dotknąć. Towarzyszyły mi przez całą drogę dumnie prezentując swoje walory, ale jednocześnie były całkowicie niedostępne. Musiałbym się okrutnie rozbujać, by znalazły się w moim zasięgu, bym mógł je musnąć, dotknąć. A na to jeszcze nie jestem gotowy.

jaskinia-marmurowa-006Wyjście.
Pierwsze promienie słońca wpadające do dziury, pierwsze głosy dobiegające z góry. Wygramoliłem się na powierzchnię, siadłem na dupsku. Gdzieś za moimi plecami dziura do -126, przed twarzą majaczące niżej doliny. Pomiędzy nimi zawieszony ja. Jakoś tak bardzo na krawędzi. Nienawidzący Tatr, gór, jaskiń.

jaskinia-marmurowa-007

Dajcie jeszcze.

*****
Podziękowania dla Mateusza Golicza za zdjęcia.
Share



Jaskinia Marmurowa – dojście, czyli nienawidzę Tatr.

21 lipca 2015 roku. To oznacza z grubsza tyle, że minęła ponad połowa wakacji. Czyli sezonu urlopowego, wypoczynkowego. O ile ma ktoś szczęście.
Oznacza to także, że za moment minie także i sierpień. I znów obudzimy się któregoś dnia, a za oknem zamiast zieleni – będzie można dostrzec jedynie resztki brązu i wszechobecną szarówkę. I trzeba będzie uciekać przed zimnem i szukać schronienia. To w mieszkaniu, to w knajpie, to pod ziemią.

Za szybko leci ten czas. Przez moment wydawało mi się, że świat stanął w miejscu. Kilka chwil później, Wszechrzecz pchnięta do przodu przez pęk warkoczy wkręconych w mikser, nabrała jakiejś szalonej prędkości. I toczy się wszystko i pędzi i cwałuje. Aż momentami może się wydawać, że to wszystko tak jakby trochę wymyka się spod kontroli.

Coraz dalej, coraz szybciej, na coraz węższym szlaku z coraz mniejszym poboczem, na którym można znaleźć chwilę oddechu.
Podoba mi się to.

*****

Ostatnie dwa dni zastanawiałem się, jakim sposobem dałem się wpakować w kurs. Dlaczego nie zaświtało mi we łbie jak bardzo niekompatybilny jestem z wszystkim, co wiąże się ze zdobyciem Karty Taternika Jaskiniowego. Przecież ja nie lubię gór. Nie widzę sensu we włażeniu gdzieś przez cztery godziny jedynie po to, by po chwili znów złazić. To wszystko co wiąże się z górami, jest wbrew zdrowemu rozsądkowi, instynktowi, to szukanie na siłę urazów, niebezpieczeństw, zagrożenia w takiej formie, jaka mi kompletnie nie odpowiada. Już wolałbym posiedzieć w domu zabijając czas graniem w WOT, niż cisnąć pod górę mając na plecach ponad dwadzieścia kilogramów.

Pokonując kolejne metry dwa dni temu, zrozumiałem, jaką rolę mają góry w moim życiu. Ni mniej, ni więcej, tylko stoją mi na drodze do jaskiń. Nie są dla mnie wartością samą w sobie. Obcowanie z nimi jest mi zupełnie obojętne. Ładne widoczki można sobie pooglądać siedząc w wygodnym fotelu przed 50calowym telewizorem. Z puszką piwa w ręce i świadomością, że potknięcie się w mieszkaniu grozi co najwyżej obitym pyskiem. No dobra. Może i złamaną ręką. Ale nie lotem kilkadziesiąt metrów w dół.

Tfu!

Sobota. Cel: Jaskinia Marmurowa. Gdzieś nad Małą Świstówką zostałem na moment w tyle. Chciałem zrobić kilka zdjęć. Przystanąłem.

2015-07-19-491

Nigdy nie mogłem sobie wyobrazić, jak wygląda lawina zabierająca człowieka. Jak to jest możliwe, by połać śniegu miała na tyle miejsca, siły, możliwości, by zsunąć się gdzieś w dół zabierając ze sobą wszystko, na co natrafi.
W sobotę gdy tam stałem, miałem przed sobą wielką, zieloną połać. Gdzieś po lewej, kilkanaście metrów od ścieżki była granica życia. Zsunąwszy się tam – nie miałbym już szans na przeżycie. Bezmiar zieleni rozciągający się nad urwiskiem, tym razem wyglądał prawie przyjaźnie. Na pewno niewinnie. Ale w głowie mi się nie mieści, w jaki sposób miałbym przejść po nim zimą. Rzut kamieniem od lotu w kierunku wiecznej zimy, zastraszany od prawej widmem zsuwającego się śniegu, rozrywany od środka strachem przed postawieniem kolejnego kroku.
Nie jestem pewien, czy byłbym w stanie przejść ten odcinek.
Nie, nie, nie.

Tfu.

Przyspieszyłem kroku. Dogoniłem zespół, kontynuowaliśmy marsz w stronę otworu. Nigdy wcześniej nie stawiałem tak uważnie każdego kroku. Bałem się potknąć. Bałem się wiatru. Utraty równowagi. Czknięcia, kichnięcia, machnięcia ręką. Bo przecież po lewej, 30 cm od buta jest koniec pierwszej półki i można spaść w dół, może nie za daleko, bo ledwie z 3 metry, ale niżej jest pochyło i tam bym nie wyhamował, a później nie ma już nic i poczułem się tak cholernie mały i bezbronny. Stałem z plecakiem na jednym z pryszczatych skrajów wielkiego masywu utworzonego wieki temu przez lodowiec. Ja, nie mający prawa mierzyć się skalą z tym kolosem, ja, znaczący mniej, niż jeden podmuch wiatru, wdrapałem się na górę z plecakiem pełnym sprzętu. I stoję bezczelnie rozglądając się dookoła. I jakby to miało być niewystarczającym nietaktem z mojej strony, za moment wydrę tej górze kolejne centymetry pchając się tam, gdzie nikt normalny wchodzić nie powinien. Gdzie przełamię kolejną granicę, poza którą już nie ma różnicy czy spada się z pięciu metrów, czy z trzydziestu. A to wszystko po to, by zejść ponad 120 000 milimetrów w dół do mikroskopijnej salki pełnej piachu.

I stoję. Oto ja. Mający u stóp świat rozciągający się gdzieś w dole. Ja. Niczym pchła, która przeszła po grzbiecie lwa od czubka lwiego nosa po sam odbyt. I to nie jest moje ostatnie słowo.

Przy wejściu do jaskini zrzucam plecak. Wchodzę jeszcze kilka metrów wyżej, rozglądam się.

2015-07-19-515

Rety, jak tu pięknie.

Bezsilność z nadmiaru piękna. 

(cdn.)

Share