Tag: jaskinia

Jaskinia Wszystkich Świętych. O to chodziło.

Pamiętam, jak w trakcie kursu irytował mnie ciągły pośpiech. Dojść do jaskini, zejść, wyjść, wrócić. Bez chwili dla siebie, bez minuty na refleksje, w zasadzie tylko czasami udało się wykraść moment, w którym dane mi było nacieszyć się miejscem, w którym jestem.

(Może i przez to nie przepadam za górami? Były przeszkodą techniczną do pokonania, nie było czasu, by docenić ich… piękno? Czy co tam się w górach podziwia).

Dążąc do osiągnięcia upragnionej karty, obiecywałem sobie, że gdy już ten kawałek plastiku trafi w moje ręce, wszystko będzie wyglądać zupełnie inaczej. Przestanę być jednym z trybów machiny, której jedynym zadaniem jest realizacja założonego planu. Stanę się samodzielnym podmiotem mającym swoje wymagania, których realizacja będzie czymś więcej, niż kolejnym odhaczonym punktem na liście jaskiń.

Ostatnia niedziela była tym wszystkim, czego od życia chciałem.

Jaskinia Wszystkich Świętych (i Olsztyńska) siedziała nam z Piterem na wątrobie od listopada 2017. Wtedy to właśnie nie udało nam się dojść do końca dziury – jak się okazało, nie byliśmy… „przygotowani sprzętowo”. 😉 To właśnie na niedzielę zaplanowaliśmy powrót do tego jakże wymagającego obiektu, który spędzał nam sen z powiem.

Leniwy poranek spędzony nad jeszcze-jedną-kawą ze świadomością chyba-pora-się-zbierać przesunął się na przedpołudnie, ogólny zapał do jakiegokolwiek pośpiechu też dołożył swoje, w związku z czym na Sokole Góry dotarliśmy gdy słońce stało już naprawdę wysoko.

„Bez pośpiechu” – to określenie najlepiej oddaje charakter całego wyjazdu: po dotarciu na parking był czas na pogadankę z napotkanym tam znajomym, był czas na rozprostowanie nóg pod drzewem, jakieś prawie-śniadanie, oraz wszystko to, co zazwyczaj jest postrzegane jako negatywne zjawisko opóźniające wymarsz.

I co z tego?

Po nieśpiesznym naciągnięciu na garby sprzętu, który wyraźnie wskazywał wszystkim spacerowiczom, że mają do czynienia z prawdziwymi speleozawodowcami-alfa, ruszyliśmy ku dziurze.

Plan był następujący: zjazd od strony Wszystkich Świętych, przejście Herbertem do dna, powrót znad Herberta z deporęczowaniem i przejście zaciskiem do Olsztyńskiej. Następnie spacer górą do otworu Wszystkich świętych i deporęczowanie pozostałości po ponownym zjeździe.

O Moście Herberta już kiedyś pisałem, niewiele się tam zmieniło. Tym razem zastanawialiśmy się, czy nie puścić lin w dół by sprawdzić, co ciekawego jest pod mostem. Gdybyśmy zerknęli w plan – pewnie dałoby się zauważyć, że w sumie to Herbert idzie nad docelowym dnem, ale po co tacy zawodowcy mają zerkać w plany, które leżą sobie spokojnie w kieszeni 😉

Efektem powyższych rozważań jest ucho gigant, które jest wyraźnym symbolem wewnętrznego rozdarcia osoby poręczującej: iść dalej górą, czy jechać na dół?

Poszliśmy dalej górą. Dojście do dna nie zajęło wiele czasu, za to na dnie znaleźliśmy to, czego najbardziej mi brakowało w trakcie kursu: po zerknięciu w każdy zakamarek najniższego punktu jaskini, rozwaliliśmy się leniwie na dnie z puszką pseudopiwa w dłoni, by przez długie minuty prowadzić leniwe rozprawy o pedofilii, lotach na marsa, pijaństwie i jaskiniach poza Ziemią.

Hm, w zasadzie jak tak teraz myślę, to miejscami trochę niepokojące były to tematy.

Ale to nie jest ważne. Najistotniejszy był fakt, że udało nam się ot tak, w ciągu 2ch dni umówić się na luźny wyjazd, podczas którego bez żadnej spiny spędziliśmy odrobinę czasu na tym, co daje nam kupę przyjemności.

Powrót. Przemykam Mostem, za mną Piter deporęczuje to, co ja namotałem.

Podchodzimy do przejścia w stronę Olsztyńskiej. Robi się dziwnie, bo miejsce którym miałem prześlizgnąć się ja, zmusza nawet Pitera do zdjęcia szpeju.

Zgodnie z przewidywaniami, nie udaje mi się wepchnąć głębiej, niż do pasa. To noga za długa, tam staw nie zgina się w tę stronę, w którą musiałby się zgiąć, no i oczywiści ten serniczek z Wielkanocy nadal daje o sobie znać.
Wycofuję się i wychodzę górą.

Pomimo, że plan nie został zrealizowany, wyjazd można zaliczyć do jednego z najbardziej udanych. Dwa stare chłopy pobawiły się sznurkami, poleżały w błocie, dowartościowały się wzajemnie i spociły tak, że po zdjęciu kombinezonów okoliczne ptactwo w promieniu kilometra przestało śpiewać. A te siedzące najbliżej pospadały z gałęzi.

*****

Żeby nie było, wyjazd nie był tak do końca bezrefleksyjny, odprężający i beztroski.
Na dnie Wszystkich Świętych leżał niedawno odłupany kawałek kamyczka. Z ciekawości wziąłem go w ręce.
Zawołałem Pitera, by i on uniósł sobie moje znalezisko.

To maleństwo waży kilkanaście kilogramów. Spadając z wysokości metra na rękę, byłoby w stanie mi ją solidnie pogruchotać.
Spadając na łeb, ostatecznie wyłączyłby mi światło szybciej, niż byłbym w stanie powiedzieć “mam kask, więc jestem bezpieczny”.

Jeśli ktoś z Was będzie we Wszystkich Świętych, sugeruję zerknięcie na ten kamyk.
Wyjątkowo ciężkie doświadczenie.

Share



Jaskinia Wiercica

Nie spodziewałem się po niej wiele. W zasadzie miała być “na doczepkę” – planowałem wpaść do niej na chwilę, zerknąć to tu to tam, po czym spędzić więcej czasu w Wiernej. Tak to jakoś mi wynikało z planu jaskini. Tymczasem Wiercica okazała się jedną z najwspanialszych, podziemnych niespodzianek, na jakie trafiłem… chyba od początku pełzania pod Jurą.

Sobota. Jak co roku Speleo Myszków organizuje biwak pod Wiercicą. Pomimo nieciekawej pogody ruszam w stronę jaskiń zakładając, że nie zobaczę wiele nowego. Wierna – we niej chciałem poplątać się nieco dłużej, zrobić na spokojnie kilka zdjęć. Wiercica na planie prezentowała się mniej okazale: jakaś szpara, jakaś góra, cośtam cośtam, bla bla bla.

Na miejscu dołączam do grupy ze Speleoklubu Łódź. Jadąc jako ostatni wagonik, zanurzam się w dziurze.

Pierwsze wrażenie? Przecież to wygląda jak Jaskinia Józefa. Okratowana szczelina, ciasno jak diabli, zjazd w dół w zasadzie jest przepychaniem się ku dołowi. Jedno jest pewne: droga w drugą stronę będzie pełna soczystych epitetów.

Łodzianie prowadząc kierują się w górne partie jaskini. Ja starając się uniknąć zatoru, podejmuję decyzję o zjechaniu na dół. Liny (przygotowane zgodnie z obietnicą przez Myszków) tylko czekają na to, by się w nie wpiąć…

Krok po kroku Jaskinia Wiercica zmienia swój charakter. Jej początkowa, szczelinowa osobowość zanika, a pojawia się coś, za co kocham Jurę: mycie, mycie i jeszcze raz mycie. Droga w dół momentami przypomina ślizgawkę, jest miękko, przyjemnie, a porozwieszane wszędzie sznury pozwalają wygodnie podążać w stronę głównej sali.

No właśnie. Zatkało. Totalnie mnie zatkało.

Widziałem już wcześniej zdjęcia dna, ale nie oddawały one ogromu przestrzeni, która znajduje się w Wiercicy. Salę można było zwiedzać niczym muzeum, dewocjonalia pozostawione po mszach robiły niesamowite wrażenie, kominy i kotły wirowe nad głową prosiły się by spróbować ataku w ich stronę, a dobiegające z górnych partii dźwięki przedzierania się Łodzian przez kolejne części dziury jednoznacznie sygnalizowały, że to jeszcze nie koniec atrakcji w jaskini.

Kilkanaście minut później ruszam w drogę powrotną, chcąc odwiedzić górne partie Wiercicy, zostawiając za sobą w głównej sali linę kusząco idącą gdzieś w górę. Korciło, by sprawdzić dokąd prowadzi, ale niestety nie miałem informacji (nie dopytałem) na temat stanu olinowania w okolicy dna. A szkoda.

Po cofnięciu się do miejsca, w którym rozstałem się z Łodzią, zaczynam drugą część wiercickiej przygody. Tę jeszcze bardziej emocjonującą.
No dobra, jak to ująć… Myszków odwalił kawał świetnej roboty przygotowując jaskinię na to otwarcie. Górne partie zostały całe zaporęczowane w takich sposób, że każdy chętny miał świetną okazję do przećwiczenia chyba większości elementów i technik związanych z poruszaniem się w jaskini na linach. Było wspinanie w ciasnotach, były trawersy nad kominami, były firanki, przepinki, zapieraczka…

Chylę czoła… naprawdę. Ścieżka którą pokonałem, dała mi prawie taki wielki ogrom radości, jak ogrom cierpienia przyniosła mi droga powrotna.
Znów na myśli przychodził Jaskinia Józefa, gdy raz za razem to ramiona, a to tyłek jakoś się nie chciał ani wpasować, ani przepchnąć przez szczelinę prowadzącą ku górze.
Pokuta za świąteczny serniczek była BARDZO dokuczliwa 😉

Teoretycznie mógłbym już zakończyć opowieść o Wiercicy, ale byłoby to nieuczciwe w stosunku do jaskini. Należy bowiem pamiętać, że poza “technicznymi” atrakcjami, Jaskinia Wiercica to obiekt, który potrafi pochwalić się całkiem przyjemną szatą naciekową.

Zdecydowanie, w przyszłym roku postaram się przyjechać na dłużej. Obowiązkowo z termosem, kanapkami, większą ilością światła i wieloma pomysłami na to, jak mogę spędzić czas w Wiercicy.

 

Share



Jaskinia Wiercica (2019-04-27)

Share



Jaskinia Twardowskiego (2019-03-31)

jaski

Share



Jaskinia Twardowskiego plus Jaskinia Jasna i Niska

“Wiesz co, Piter? Te metry wydają mi się jakieś takie coraz krótsze”.

Jaskinia Twardowskiego nas zaskoczyła. Nie samą sobą, nie połączeniem z Niską, zaskoczyła nas… nami samymi. Pamiętam tę jaskinię z pierwszych wyjazdów: zawsze wydawała mi się jakaś taka… wielka, rozległa, pełna ciekawych miejsc, do których dotarcie zajmowało masę czasu.

W niedzielę najciekawsze jej elementy zwiedziliśmy w mniej niż 15 minut, a większą radochę od penetrowania samej dziury, sprawiło mi kilkunastominutowe wylegiwanie się w słońcu przed otworem jaskini.

Na planach Twardowski wygląda okazale: sporo metrów, sporo korytarzy (jak na Jurę), do tego bez mała mistyczne połączenie z Niską, które totalnie było poza naszym zasięgiem. A w rzeczywistości? Tu już byliśmy, tam nie ma sensu dalej iść, wpadnijmy jeszcze zobaczyć, czy ktoś nie zeskrobał tabliczki, o, Piaskowa Rura się zmniejszyła, bo ześlizgując się nią w dół czuję jakiś taki większy opór po bokach.

Czy Jaskinia Twardowskiego stała się z czasem… nieciekawa? Nieatrakcyjna?

Na pewno w porównaniu do dwóch pierwszych jaskiń odwiedzonych tego dnia, wypadła dość słabo. Zabrakło powiewu świeżości, czegoś, co potrafi zaskoczyć, a i człowiek trochę jakby dorósł i nie cieszy się już tak z belki z gwoździem jak kiedyś.

*****

Po tej niezbyt pasjonującej wizycie w Twardowskim, zajrzałem jeszcze w stronę Niskiej, Jasnej i ich okolicy. Najbliższa dziura nie zachęcała…

…druga na szczęście była zamknięta…

…a trzecia z roku na rok wygląda coraz gorzej.
Tak, kiedyś tam byłem, można powiedzieć, że Jaskinia Jasna jest zaliczona…

…ale dziś zdecydowanie bym tam nie wlazł.

Ogólnie dzień można uznać za udany, ale czy w najbliższym czasie ruszę ponownie w stronę Jaskini Twardowskiego jako głównej bohaterki wyjazdu?
Wątpię.

Share



Jaskinia Pychowicka – Jaskinia Wiślana (2019-03-31)

Share



Jaskinia Pychowicka (jaskinia Wiślana)

Jaskinia Pychowicka zwana także Wiślaną, była jedną wielką niespodzianką leżącą zaraz obok dobrze nam znanego dojścia do Jaskini Twardowskiego. Nie mam zielonego pojęcia, jakim sposobem do tej pory nie trafiłem na wzmiankę o Pychowickiej w swoich materiałach. Na szczęście podczas dyskusji na FaceBooku wypłynął temat dziury, której nikt do tej pory z naszego grona nie odwiedził…

Jaka jest ta niespodzianka w odbiorze? Na pewno Pychowicka zaskakuje. Najpierw straszy opisem:

“…dochodzimy do wyrobiska kamieniołomu. W jego wschodniej ścianie znajduje się otwór jaskini, nad dużym osypiskiem o intensywnym, rdzawym kolorze.”

…który może sugerować, że jeśli mamy kamieniołom, to pewnie będzie jakieś paskudne dziursko typu Jaskinia w Kielnikach. Następnie dziura przyjmuje nas w objęcia czegoś tak przytulnego i wygodnego, że aż chce się krzyczeć: wincy korytarzy, wincy!!!

 


Niestety, w przypadku Jaskini Pychowickiej nie ma ich zbyt dużo.

Całość zwiedzania można zamknąć w 10-15 minutach. Chyba, że człowiek ma ochotę umościć się na wygodnym, piaskowym dnie – wtedy można przeleżeć w dziurze i godzinę.

Jaskinia Wiślana była największą niespodzianką tego wyjazdu: po pierwsze – w ogóle była, po drugie – była naprawdę fajna, po trzecie – wspomnienia z nią związane będą zdecydowanie należeć do kategorii “pozytywnych”. Jest też nadzieja na to, że prowadzone(?) tam wykopki pozwolą na szybkie powiększenie jaskini.

Niestety Jaskinia Wiślana sama może stać się wspomnieniem – jak donoszą media, istnieją plany wg których Jaskinia Wiślana (Pychowicka) może zostać pochłonięta w czasie budowy obwodnicy.

Trzymamy kciuki, by tak się nie stało.

Share