Tag: Krav

Lesson xyz. Slow.

But, but, but, but.

Czasami wydaje mi się, że jestem zdobywcą świata. Że już tak dużo osiągnąłem, że tak niewiele brakuje do prawie-zadowolenia z prawie-wszystkiego. A później przychodzi trening.

I rozpadają się w pył pielęgnowane całymi godzinami widziadła, rozpływa się we mgle spadającej na oczy wizja lepszego-ja, wszystko wraca do poziomu gleby, na której kolejny raz ląduje po spartoleniu najłatwiejszego z elementów.

Slow fight. Nowy koszmarek. Taki mały Ósmy Pasażer Trzeciego Zwoju. Można zwalić wszystko na brak czasu. Błędy życiowe, niepowodzenia, braki w wykształceniu, brak jakiegokolwiek samorozwoju, wszystko można zrzucić na fakt, że doba ma jedynie 24 godziny. Ale nie da się, NIE DA tego zrobić przy slow fight. Zupełnie, jakbym pochłaniając encyklopedie nagle rozkraczył się na czytance dla dzieci z klas 1-3.

Marzy mi się park. Dwa metry rozumnego przeciwnika. I slow, bardzo slow. Żebym miał czas przypomnieć sobie pojedyncze litery, bym mógł spróbować budowania wyrazów od podstaw, a później, może w przyszłości – nawet zdań.

Slow, slow, slow.

Czas staje w miejscu. Na wszystko jest pora. Na przemyślenie, na wydedukowanie, na dobranie, na wybór, na wdrożenie, zastosowanie, wykonanie, zakończenie, na samoocenę.

Slow, slow, slow.

Lekcja pokory została przyjęta. Wnioski jeszcze są wyciągane. Pierwsze z nich zaczynają świerzbić. Bo dlaczego w naszej zakichanej, szarej codzienności nie potrafi człowiek urządzić sobie slow fight z tym, co go gryzie? Cały czas, wiecznie pędziłem wychodząc z założenia, że czego nie da się stratować, to można przed tym zwiać. A przecież wystarczyło od początku poskładać litery, słowa, zdania. Można by wtedy porozmawiać.
Tia, zorientowałem się właśnie, że odbyłem w życiu jeden slow fight więcej, niż by się zdawać mogło: w parku. Na resztkach jesiennej trawy.

Share



Ground Fight 2

Nie jestem do końca pewien, co się wydarzyło w ostatnią niedzielę.

Na pewno wszystko było jak najbardziej poprawne: pot, zmęczenie, poobijane łapy, dziwne trzaski w stawach i smak parkietu w zębach. Jednak jednocześnie… czegoś zabrakło.
Zupełnie, jakby ktoś chciał ze mnie zrobić baletnicę w momencie, gdy jestem na etapie bycia walcem drogowym.

Przeglądając zdjęcia z seminarium, układając sobie we łbie całą wiedzę wyniesioną z treningu wiem jedno: nie nauczyłem się wiele. I nie była to wina braku uwagi, prowadzącego, czy Tuska. Po prostu chyba jeszcze było dla mnie za wcześnie na taki zakres materiału.

Stoję przed oceanem wiedzy pokazanej nam na zajęciach. Zupełnie jakbym oglądał ustawioną na półce 29 tomową Britannicę. Wiem, że w tym lub tym miejscu znajdzie się odpowiedź na nurtujące mnie pytania, ale jednocześnie jestem świadom, że wiedza ta nie siadła w mojej głowie. Bo chyba za dużo, za szybko, za wcześnie.

Pierwszy raz zdarzyło się, że seminarium nie było dla mnie lekcją. Nauką. Ze swojego punktu widzenia uczestniczyłem bardziej w pokazie połączonym z możliwością wypróbowania poszczególnych elementów prezentowanych przez prowadzącego.

…a może po prostu na obecnym etapie poszukuję innego podejścia do przeciwnika? Całkiem odmiennego sposobu rozwiązywania problemu?

A może to, a może tamto, czy owamto.

Najważniejsze jest, że gdzieś pod potylicą czuję monstrualną potrzebę pójścia do parku. Stanięcia z partnerem i przećwiczenia wszystkich elementów seminarium. Nie po to, by je szlifować, doprowadzać do perfekcji. Bardziej w celu zrozumienia ich. Poukładania sobie we łbie. I być może włączenia do rozwiązań, które gdzieś już mają we mnie swoje miejsce.

Nikt mi nie powie, że kopanie się po jajach to jedynie kopanie się po jajach.
Bo nawet zwykły, żydowski strzał w sakwy potrafi być równie wymagający, co partia szachów.

Share



Krav

Czasami zastanawiam się, po co tam chodzę.
Tzn teoretycznie wiem, po kiego kija pcham się w dwa razy w tygodniu na salę. Po to, by pocić się, śmierdzieć, po to, by bolało. Żeby padać na twarz, kląć na wszystko i wszystkich, masować obkopane kończyny i sprawdzać, czy równo puchnie. I może trochę po to, by oglądać w lustrze, jak brzuch z lekka znika, a cycki jakby rosną, by przy myciu zębów stawać trochę bardziej bokiem, bo wtedy widać naprężony biceps. Tia, czuć się bogiem i najbezpieczniejszym knurem we wsi.

Ale to wszystko marność. To wszystko efekt uboczny. Bo najważniejsze, że jest taka zapadka w mózgu. Zapadka, której nie ma, ale jest. Taki jakby jeden kawałek zwoju odpowiedzialny za kierunek, sposób i formę. Zapadko-zwój odpowiada za sposób, w jaki idzie się. O ile się idzie. Sprawnie działający zapadko-zwój przestawia coś we łbie. Sprawia, że pomimo kolejnych ciosów spadających na pysk, człek lezie w przód, by zdominować, zdobyć, stłamsić, przejść po trupie i brnąć dalej przed siebie.

Fajne to.

Nigdy bym nie pomyślał, że największe zmiany wynikające z takiej a nie innej aktywności fizycznej mają wpływ nie na mięśnie, ale na środek łba. A tak właśnie się dzieje.

I szlag mnie trafia od wczoraj. Od momentu, gdy zacząłem przeglądać materiał foto z ostatniego treningu. Poza tradycyjną lekcją pokory przyjmowaną na sali, zaliczyłem repetę w czterech ścianach własnej Czarnej Dziury. Wszak wydawało mi się zawsze, że jakoś sensownie wykonuję wszystko, co mamy do wykonania – jak nie patrzeć zamierzony efekt został uzyskany.
I miałem rację: wydawało mi się.
Coś się od wczoraj zmieniło: zdjęcia bezlitośnie uświadomiły mi, jak wiele niedociągnięć – tych technicznych dręczy me grzeszne ciało. Kij z tym, że przeciwnik zgodnie z wszelakimi planami i założeniami leży na ziemi gulgocząc coś niezrozumiale. Mogłem to zrobić ładniej. Poprawniej? Nie, to złe słowo. Mogłem bardziej się przyłożyć. Może wtedy dałbym świadectwo szacunku dla wszystkiego kryjącego się pod pojęciem “Krav Maga”. W końcu jeśli tradycyjnym, żydowskim kopem w sakwy mam oddać Cześć wiedzy przekazanej mi na treningach, to niech przynajmniej robię to w sposób, który pokazuje mój szacunek do nabytych umiejętności.

Tak. Zdecydowanie pokochałem ten… Sport.

Share