Tag: kurs taternictwa jaskiniowego

Kurs taternictwa jaskiniowego (RKG Nocek)

Share



Kurs Taternictwa Jaskiniowego – cała prawda

Czego szuka człowiek na Kursie? Nie wiem. Wrażeń? Wyzwań? Okazji do zmierzenia się z własnym strachem i ograniczeniami? A może po prostu czasami w jednym łbie roi się zbyt wiele myśli jak na jednego człowieka i trzeba uciec do świata, w którym wszystko jest proste jak 2+1=3. Do świata, w którym nie ma czasu na interpretację, gdzie wszystko jest jasne, proste i czytelne. I nie ma możliwości, by zrobić coś poza jasno określonymi, narzuconymi w kolejności i technice wykonywania czynnościami. Bo jeśli człek zajmie się czymś poza poprawnym wpięciem w linę – nie zostanie mu na rozmyślanie więcej jak 3 sekundy. Akurat tyle czasu potrzeba, by spaść na samo dno studni.

„Po tym jak zobaczysz jaskinie w Tatrach,
dziury w Jurze będą dla Ciebie jak wejście pod tapczan”

                                                 Strzelec

Z jednej strony kurs miał być rozwinięciem tego, co robiłem wcześniej, czy to sam, czy też ze swoją ekipą. Takiego ot raczkowania po jaskiniach Jury: emocjonowania się pokonaniem pięciu metrów progu czy przeciśnięciem tyłka przez coś, co nawet nie kwalifikuje się do żadnej z Z-etek.
Ale jednocześnie był okazją, by na chwilę się wyrwać z galopującego pędu zmian, jakie przyszło mi przechodzić. Okazją do całkowitego odrzucenia nadziei i niepokojów plączących się po głowie, odsunięcia ich na bok i skupienia się na tym co ważne: jak się nie zabić.

…a później okazało się, że wszystkie trudności jakie postawiło przed człowiekiem życie, nie były tak straszne, jak satysfakcjonujące było ich pokonywanie.

RKG Nocek.

*****

Pierwsza wizyta

Spotkanie organizacyjne było ciekawym momentem. Nagle trafiłem do świata ludzi, dla których nie było niczym niecodziennym przedzieranie się przez jaskinie o planie przebijającym wszystko, co w sumie do tej pory zrobiłem przez całe swoje życie. Pierwsza wizyta w Nocku pokazywała, jak bardzo speleo-nikim jest ktoś, kto do tej pory miał się za osobę chodzącą po jaskiniach. Np. taki ja.

Pojawiały się na rzutniku zdjęcia jaskiń, jakiegoś dziwnego sprzętu, planów, terminów, harmonogramów; ktoś snuł opowieści o przygodzie, przyjaźni, odpowiedzialności i bezpieczeństwie. Wszystko to było niczym w porównaniu do tego, co faktycznie miał oznaczać kurs. Bo – jak się później okazało – próba zdobycia Karty Taternika Jaskiniowego to ciąg wydarzeń opartych na kłamstwie.

Kurs

Każdy element kursu mija się z prawdą. Najpierw trzeba się okłamać, że pomimo w miarę wysokiej aktywności fizycznej, jest się przygotowanym do podejść, zejść i powrotów. Góry szybko weryfikują możliwości człowieka, jednocześnie zmuszając go do nauki wszystkiego od nowa. Od podstaw. Chociażby chodzenia, stawiania kolejnych kroków. Bo to nie jest już płaska Jura, to nie plecaczek wypchany czterema kilogramami sprzętu. To kilkugodzinne podejścia z garbem, który wbija w ziemię, destabilizuje kolejne kroki i sprawia, że czując brak stabilności w nogach, uczestnik kursu boi się wykonać następny ruch. Bo trzydzieści centymetrów na lewo od stopy jest urwisko. Takie z rozdziawioną paszczą, czekające by pożreć nieuważnego kursanta.

Kolejne kłamstwo; zacieranie prawdy, to wmawianie sobie, że jest szansa, by podejść pod samą jaskinię. Nie, nie da się. Grzbiet przyzwyczajony do innego obciążenia, nogi przystosowane do treningowego kopania kolegów w głowę – wszystko buntuje się przeciw kolejnemu krokowi w górę. Bo nie do tego został przyzwyczajony organizm, bo wcześniej pokonywać trzeba było agresorów, niby-pijanych, niby-atakujących, z niby-nożem, natomiast dziś, teraz, tu, trzeba pokonać gorszego wroga. Samego siebie. I swoje ograniczenia i skamieniały, zdrowy rozsądek, który zdążył już sparcieć i nie daje się rozciągnąć w żadną ze stron. W końcu człowiek wykształcił w sobie jakiś sposób postrzegania tego, co jest normą, co jest bezpieczne i w zasięgu możliwość.

Trzeba się samemu zgwałcić i pokonać.

*****

Jaskinie

Kolejne kłamstwo. Nie ma jaskiń, nie ma dziur, jest tylko niemająca końca droga w górę. W człowieku zaczyna się rodzić nienawiść do kursu. Bo miało być fajnie, miały być dziury do zwiedzania. Zamiast tego jest przedzieranie się w stronę kolejnego szczytu. Nikt na spotkaniu organizacyjnym nie powiedział, że grubo ponad połowę akcji potrafi stanowić podejście i zejście. I to w dodatku w środowisku, które jest dla mnie kompletnie obce i nieprzyjazne.
Tak, gdzieś podczas wyjazdów pojawia się dziura. Ale jest ona jedynie jednym z elementów niekończącego się wnoszenia sprzętu gdzieś wysoko, o tam. I znoszenia go na dół.

Czasami siadam przed komputerem, zaczynam przeglądać swoje opisy, zdjęcia, notatki z zejść. To, co najlepiej z nich zapamiętałem, to to, jak bardzo kląłem podczas którego dojścia do dziury. Z jakim przekonaniem twierdziłem, że to była ostatnia jaskinia i rezygnuję z kursu. Bo znów zmęczenie i ból i ciemność. I pewnie zaraz zza krzaka wyskoczy ten cholerny niedźwiedź i rozszarpie mnie pół godziny drogi przed bazą.
Tak, tu jest kolejne kłamstwo. Takie pod tytułem „rezygnuję z kursu”.

*****

Czas

Następnym w kolejce kłamstwem jest czas. Czas, który mieliśmy mieć dla siebie, dla jaskiń, dla czerpania przyjemności ze złażenia do dziur.
Tego czasu nie ma. Zostaje on wyrwany przez instruktora. Czas jest rzucany na pożarcie harmonogramowi z planowanym czasem pobytu w dziurze, z planami na następne dni. Kurs pochłania nie tylko pieniądze, ale i cenne godziny. Oddając się we władanie kursu, traci się część siebie. Świadomie i dobrowolnie rezygnuje z tego, w jaki sposób spędzę tę część życia. Nie ma czasu na docenianie wnętrza dziury, zachwycanie się szatą naciekową (o ile akurat się trafi), nie można spokojnie po akcji siąść przed otworem i gapić się przez godzinę czy dwie w niebo, kontemplując to, co spotkało nas na dole. Nie, kurs na to nie pozwala. Nie ma czasu na radość.

…bo jutro trzeba wstać o 5, żeby wyjść o 6, żeby być pod otworem o 9-10, żeby o 18 zacząć schodzić do bazy.

Gonitwa.

*****

Nienawiść

Kurs. Coś, co miało być przygodą, okazją do nauki nowych rzeczy, staje się pożywką dla rodzącej się nienawiści. Nienawiści do kursu, do dziur, do własnych ograniczeń i zasad obowiązujących w kursowym świecie, do którego przez rok się należy. Mierzi wszystko: narzucane schematy, zadania, kolejne zejście, podczas którego nie było czasu, by pogapić się na makarony, które specjalnie dla mnie urodziły się i narastały przez ostanie pierdylion lat, a które musiałem opuścić niedocenione. Bo do dna jeszcze dwa kominy i syfon i półka, a czasu jest mało.
Nienawidzi się tempa marszu, bo albo ktoś marudzi z tyłu, albo jest się tym marudzącym. Nienawidzi się, że nie stać człowieka na lżejsze gumowce, lepsze światło, szczelniejszy kombinezon.

A największą nienawiść odczuwam sam do siebie, gdy przychodzi przerwa, podczas której nie jadę w Tatry i zaczynam rozumieć, jak bardzo tęsknię za całym tym syfem.

*****

Człowiek

Warszawskie ciule. Cholerny psychopata narzucający mordercze tempo. Świry namawiające, by pokonać jeszcze jeden syfon. Głupie babsko niepotrafiące zrozumieć, że mając dupsko wielkości naczepy, nie dam rady szybciej przeciskać się w górę. O, jak ja Was wszystkich nienawidzę!

…i jednocześnie wiem, że poszedłbym za Wami w najgłębszy syf, gdyby coś się Wam stało. I Wy poszlibyście za mną. Bo powstaje jakaś dziwna relacja pomiędzy ludźmi, którzy razem narażają zdrowie i życie dla samej idei narażania zdrowia i życia. Bo kawałek poniżej wszystkich niebezpieczeństw, z którymi przyjdzie się zmierzyć, jest satysfakcja: udało nam się. Nam. NAM. I MY to rozumiemy. Bez zbędnych słów.

– … masz, zjedz batona, dobrze ci to zrobi.

– Pomóc ci nieść ten wór?

– Ej, wychodzicie? Macie jakieś kanapki?
– Jasne, trzymaj.

– Czekaj, wejdę na górę, podasz mi wszystkie worki, a ja je tam wrzucę, żebyście nie musieli się z nimi wspinać.

– Dajcie mi jeszcze jakieś liny, zostało mi miejsce w plecaku.

 *****

Kiedyś myślałem, że szczyt ewolucji to moment, gdy całkowicie świadomie przedstawiciel jakiegoś gatunku rezygnuje z bezpiecznego środowiska, narażając się na utratę życia lub zdrowia. Wbrew instynktowi i składanym sobie obietnicom, po raz kolejny podejmuje próbę przełamania własnych barier. Pcha się w miejsce, do życia w którym nie został przez Matkę Naturę stworzony.
Dziś Ktoś mi uświadomił, że to nie tak. W końcu, nie pędzimy na spotkanie niebezpieczeństwa niczym stado baranów w stronę pastwiska z pierwszą, najsmaczniejszą, wiosenną trawą. Przecież każdy nasz krok jest zaplanowany, przemyślany; analizujemy plany jaskiń, przygotowujemy odpowiedni sprzęt, ustalamy z wyprzedzeniem bieg wydarzeń, jednocześnie starając się wykluczyć możliwie jak najwięcej zagrożeń.
I zrozumiałem też, że nie ma też sensu dorabianie do jaskiniowych zejść jakiejkolwiek ideologii opierającej się na tym, jacy to jesteśmy genialni i rozwinięci cywilizacyjnie.

Więc czym, u licha, jest zwiedzanie jaskiń? Kaprysem? Głupotą? Wyuzdanym hobby? Próbą dowartościowania się? Narkotykiem? Niecodziennym sposobem na wydawanie ciężko zarobionych pieniędzy?

…bo w jaskiniach chodzi o taki moment, gdy po wszystkim padasz ledwo żywy na łóżko. I jeszcze jesteś roztrzęsiony i jeszcze wydychasz z siebie ostatnie opary podziemi. I już wiesz, że jutro będzie bolało i już się cieszysz, bo za kilka dni będzie okazja do kolejnego zejścia.

Witajcie w jaskiniach.

 

Tekst popełniony na potrzeby biuletynu wydanego z okazji 40-lecia RKG Nocek.

Kurs taternictwa jaskiniowego we wpisach czarnodziurskich:

 

 

Share



Tańczący z czekanami, czyli szkolenie lawinowe.

Przeglądając zdjęcia z ostatniego weekendu, umacniam się w przekonaniu, że przyroda lubi równowagę. Bo jeśli w niedzielę wykańczała mnie Jaskinia Miętusia Wyżnia, to w sobotę dzień wcześniej powinienem na swej drodze spotkać coś, co było fajne, pozytywne, dawało chęć do życia. I dokładnie tak było. Sobota poświęcona na zajęcia ze szkolenia lawinowego, oraz szkoleniu jak trzymać czekan z rakami by nie tylko nie podziurawić sobie organizmu, ale i w razie czego sobie nimi pomóc, była jednym z najbardziej pozytywnych dni wyjazdowych całości kursu.

szkolenie-lawinowe-1

Być może chodziło o pogodę, a może o lekki plecak, równie dobrze radość mogła wynikać z faktu, że nie do końca się gdziekolwiek spieszyliśmy i w końcu można było się wyszaleć jak dziecko. Z tarzaniem się w śniegu, z fajnymi zabawkami – takimi dla dorosłych, a wszystko to mając świadomość, że nie trzeba cisnąć się dwie godziny przez dziurę, by wypełznąć na powierzchnię. Po prostu cały ten dzień poskładał się w sposób który sprawił, że wszystko było na TAK.

szkolenie-lawinowe-5 szkolenie-lawinowe-3

Przeżuwając dziś paluszka, siedząc nad klawiaturą, nadal jestem pod wrażeniem jak wiele nauczyłem się przez zwykłą zabawę. Przez teoretycznie błahe ćwiczenia. Wtedy, w sobotę, kolejny raz rzucając się z uśmiechem na ustach w dół, nie byliśmy kompletnie świadomi, że właśnie nabywamy umiejętności, które (oby nigdy nie było takiej potrzeby) mogą uratować nam kiedyś życie.

szkolenie-lawinowe-14 szkolenie-lawinowe-11 szkolenie-lawinowe-10 szkolenie-lawinowe-9

Szkolenie lawinowe, zajęcia z czekanami i rakami… Całkowicie inaczej wyobrażałem sobie przebieg tej części kursu. Nadal się upieram, ta wiedza nigdy mi się nie przyda. W końcu Tatry zimą to syf, zimno, śnieg i jaskinie, w których woda wlewa się w dupsko. A tego zdecydowanie nie lubię, w związku z czym nie planuję zimową porą ruszać się w tamtą stronę.

szkolenie-lawinowe-18szkolenie-lawinowe-16 szkolenie-lawinowe-17

…więc dlaczego zamiast siedzieć nad notatkami i uczyć się się do egzaminu – stoję w oknie?

Share



Kurs Taternictwa Jaskiniowego: Jaskinia Miętusia Wyżnia

Od rana wszystko wydawało się jakby nie takie, jakim być powinno: obolała Szefowa Kursu trzeszcząc stawami oznajmiła, że rezygnuje z wyjścia do jaskini, kolejny człek wyglądał jakby ktoś go zjadł i częściowo strawił, a ja po średnio przespanej nocy czułem, że zamiast zapału do odwiedzenia dziury – wypełnia mnie egzystencjalny ból i toczące mój organizm przeziębienie. Do tego kanapka, która miała zostać zabrana do jaskini, wyszła jakoś dziwnie. Bo i bułka krzywo się ukroiła i ser wyglądał jakoś tak mało zachęcająco. Tylko pozostali dwaj kursowi speleopsychoapci bez względu na warunki i samopoczucie, od rana buchali z nozdrzy parą nie mogąc się doczekać jaskiniowych przeszkód. Ale u nich to normalne.

Kolejne oznaki nadchodzących ciężkich czasów, zaczęły się pojawiać po wyjściu z bazy: na starcie mieliśmy ponad 20 minut poślizgu, niebo wyglądało jakby miało zamiar zwymiotować na nas jednocześnie deszczem, śniegiem, żabami i ogniem piekielnym, a delikatny wiaterek starał się zedrzeć nam skórę z twarzy.

jaskinia-mietusia-wyznia-1

Mimo to, ruszyliśmy w komplecie. Przyznam się bez bicia: szedłem bez większego przekonania i wiary, że uda mi się dotrzeć do jaskini. Jedno było pewne: idę na Wyżnią Miętusią Rówień, czyli do ostatniego miejsca z którego mogę wycofać się sam. Właśnie tam zdecyduję czy mam siłę i zapał, by iść dalej. Pech chciał, że jakoś wpadłem w głębokie zamyślenie i nim zorientowałem się co robimy – doszliśmy bez większych problemów do podnóża Małej Świstówki. Tak to bywa, gdy człowiek zamiast myśleć o bolączkach egzystencjalnych i słabościach ciała, skupia się na kamieniach pod nogami, próbując nie wybić sobie zębów podczas stawiania kolejnych kroków.

jaskinia-mietusia-wyznia-2

Przeprawa spod Świstówki do otworu jaskini idzie sprawniej niż dzień wcześniej podczas szkolenia lawinowo-rakowo-czekanowego: mokry śnieg daje stabilniejsze oparcie. Poza tym, lwia część drogi została przetarta, gdy gnaliśmy w górę odbyć taniec z czekanami. Szczęśliwie dochodzimy pod otwór Jaskini Miętusiej Wyżniej nawet nie mając stanu przedzawałowego. Nie pozostaje nic innego, jak wtarabanić się kilka metrów na linie w górę, skąd łypie na nas otwór jaskini.

Założenia dotyczące zaliczenia Jaskini Miętusiej były następujące: jako dwaj wskazani przez Szefową kursanci, mamy wyłączność na poręczowanie i deporęczowanie (bo my dwaj podobno się obijamy, co wcale nie jest prawdą. To nie nasza wina, że ciężko nadążyć za pozostałymi speleopsychopatami z kursu). Zakładamy, że ja biorę na siebie część jaskini do syfonów, a jeśli uda się je pokonać – mój partner przejmuje budowanie drogi w niższych partiach. Tak czy inaczej – ku ogólnej rozpaczy – ja prowadzę. Nie da się ukryć – co skrzyżowanie następuje z mojej strony kontrola mapy i sprawdzenie czy idziemy w dobrą stronę; każdy prożek poddawany jest przeze mnie dogłębnej analizie. Oczywiście nawet godzinne gapienie się w strop nie gwarantuje wypatrzenia przeze mnie wszystkiego, co niezbędne: np. udaje mi się przegapić połowę batinoxów (tzn. jeden z dwóch).

jaskinia-mietusia-wyznia-3jaskinia-mietusia-wyznia-4

Tak czy inaczej, brniemy do przodu. Powoli. Bardzo powoli. Mateusz tradycyjnie (jako instruktor) nie pogania, nie miesza się do tego co robimy, a jedynie pilnuje byśmy się nie pozabijali. W końcu docieramy do miejsca, które (po dokładnej analizie planu) określam jako punkt, w którym powinniśmy zacząć wędrówkę w dół, ku Syfonowi Błotnemu i Syfonowi Paszczaka. Niestety, daję sobie wmówić, że pomyliłem się i to srodze, a miejsce gdzie jesteśmy to dopiero studnia nad Suchym Dnem. Plując sobie w brodę brnę dalej do przodu, po chwili docierając do końca jaskini – jak się okazało – zarezerwowanego przez Warszawę. Nie wiedziałem, że jaskinie można rezerwować, widocznie ze speleoodkryciami jest jak z fragami – za ich podkradanie można dostać w dziób.

jaskinia-mietusia-wyznia-5

Wycofujemy się z przodka bardzo uważając, by czasami czegoś przez przypadek nie odkryć. Moglibyśmy w ten sposób narazić się aktualnej Stolycy. Wracamy do punkty, który określiłem przejściem w stronę Syfonów i zdecydowanie kierujemy się w stronę najpaskudniejszego miejsca, w jakie udało mi się trafić podczas kursu.

jaskinia-mietusia-wyznia-6 jaskinia-mietusia-wyznia-7

Syfony Błotny i Syfonik Paszczaka okazują się czymś pomiędzy porankiem po ostrym kebabie, a rodzeniem jeża. Opróżnienie górnego syfonu (Błotnego) wymaga wyciągania wiader i worów z wodą ponad 10m w górę, aż do głównego ciągu jaskini. Inne atrakcje? Przeciskanie się przez Syfon Błotny gwarantuje borowanie pyskiem w błocie, a to, co jaskinia rzuca w oczy po przebrnięciu Błotnego, to cztery metry kwadratowe przestrzeni i kolejna studnia prowadząca do Syfonu Paszczaka.
jaskinia-mietusia-wyznia-12

Matka natura to złośliwa zołza: chcąc opróżnić Paszczaka, musimy zalać syfon Błotny. Oczywiście transportując wodę w górę za pomocą worów… Po półtorej godziny efekt pracy mającej na celu osuszenie Paszczaka, można zamknąć w 3 punktach:

  • Dwaj kursanci przeciskają się na drugą stronę mocząc sobie nawet te miejsca, do których normalnie woda nie dociera;
  • Ja na tyle się wyziębiam, że nawet przestaję drzeć się po wszystkich i trząść;
  • Wspomniani wcześniej, dwaj speleopsychopaci stwierdzają, że po drugiej stronie Syfonu Paszczaka nie ma miejsca, gdzie można zlewać wodę.

W związku z tym, że już nie mamy gdzie upychać wody (oraz faktem, że mój organizm zaczyna przybierać barwę sino-bladą) zapada decyzja o wyjściu z jaskini. A w zasadzie ja ją podejmuję. A w zasadzie zarządzam wyjście. A w zasadzie drę się na speleoprzodowników, by (tu padają krótkie żołnierskie słowa) odpuścili temat i zaczęli się zbierać w stronę wyjścia. Oczywiście za swe kwieciste motywatory słowne wszystkich zebranych serdecznie przepraszam.

jaskinia-mietusia-wyznia-8 jaskinia-mietusia-wyznia-10

Wyjście w górę i przejście przez Syfon Błotny wymaga jego zlewarowania. Tym razem wodę przenosimy w dół. Szczęśliwie zrzucenie wody na niższy poziom nie zabiera wiele czasu i dość sprawnie wydostajemy się poza rejon syfonów, gdzie mogę się ubrać w dodatkową warstwę ciuchów. A i przy okazji wmusić w siebie coś do jedzenia i picia.

jaskinia-mietusia-wyznia-9

Zbieramy się do wyjścia. Droga powrotna idzie jak krew z nosa, wybitnie opóźniam przemarsz. Domyślam się, że lwia część ekipy wolałaby przynajmniej odwiedzić Suche Dno zamiast od razu iść do wyjścia, jednak zdecydowanie pcham się ku powierzchni. Przemarsz w górę rozkosznie rozgrzewa, odzywa się zdrowy głód, a to najlepszy dowód, że będę żył. Czeka mnie jeszcze długie przepraszanie uczestników wyprawy za uwagi dotyczące ich powiązań genetycznych ze ślepymi zaułkami ludzkiej ewolucji.

Docieramy do otworu wyjściowego – z zadowoleniem stwierdzamy, że jeszcze jest jasno. Zjeżdżamy w ciuchach jaskiniowych z ostatniego progu, a następnie niczym dzieci na megaślizgawce, zsuwamy się radośnie w dół zbocza, zostawiając za sobą obrzydliwe, brązowe ślady. Taki ładny śnieg ubrudziliśmy…

jaskinia-mietusia-wyznia-13

Do bazy docieramy już po zmroku. Nie pozostaje nam nic innego, jak wziąć szybki prysznic, spakować wory do samochodu i ruszać w stronę domu. Po drodze odwiedzamy Zimową Stolicę Polski, doceniając jej największe skarby kultury i dziedzictwa. Znaczy się wpadamy do Maca i pochłaniamy stertę martwych krów. Dławiąc się kęsami paszy, ronimy łzy pełne żalu i smutku – w końcu to było nasze ostatnie kursowe zejście do jaskini…

Share



Kurs Taternictwa Jaskiniowego: Jaskinia Zimna

Jak na wzorowych kursantów przystało, ruszamy z bazy o ustalonej wcześniej godzinie. Przedzierając się przez półmroki poranka, docieramy Doliną Kościeliską pod największe wyzwanie podejściowe tego dnia: schody do Jaskini Mroźnej. Po ich pokonaniu wskakujemy w kombinezony, a następnie podchodzimy kilkanaście kolejnych metrów w górę i wchodzimy do Jaskini Zimnej.

Przyznam się bez bicia, że odczuwałem wielką obawę przed zimowymi wyprawami do jaskiń. Letnie podejścia były na tyle szokujące, że bałem się myśleć co będzie zimą. Szczególnie wyprawa podczas której naszym celem była Jaskinia Marmurowa, dała mi w kość (o czym zresztą już wspominałem). Nie mogłem sobie wyobrazić, jakim sposobem mamy przejść zimą drogę podobną do trasy pokonywanej w trakcie wspomnianej wyprawy?

2015-07-19-491

Nie wierzyłem, że ktokolwiek będzie w stanie zmusić mnie do przejścia takim zboczem w momencie, gdy przykrywa je śnieg.

Obawy moje udowadniały, jak bardzo małe pojęcie mam o tym, co nas czeka w trakcie kursu. Zimowe podejścia okazały się jednymi z najłatwiejszych, o ile nie napiszę, że były przyjemne. Dlaczego użyłem zwrotu “były”? Bo czeka mnie już tylko jedno zejście w ramach kursu. W lutym odwiedzam ostatnią jaskinię zimową i zamykam listę dziur, realizując cały program kursowych zejść pod ziemię. Tak. Jakimś cudem minął rok.

jaskinia-zimna-0005

Jaskinia Zimna. Początkowo nic nie zapowiada dramatu, który ma się wydarzyć: trochę się czołgamy, trochę przeciskamy. Nagle, niczym grom z jasnego nieba, spada na nas wiadomość, że trzeba będzie się tego dnia solidnie zmoczyć. Jeszcze przez moment nie budzi to jakiejś szczególnej grozy – w końcu niekiedy po powrocie z jaskini człowiekowi zdarzy się wziąć prysznic…

jaskinia-zimna-0007

Tym razem nie chodzi o pucowanie stref intymnych, lecz o przebrnięcie przez zalany Ponor. Kolejno pokonujemy rozlewisko, jednocześnie prezentując swoje bogactwo językowe.

jaskinia-zimna-0009

W dalszej części jaskini mamy okazję do zaprezentowania umiejętności wspinaczkowych. Jedno po drugim wspinamy się na progi, ściany i kominy. Ci bardziej sprawni, znudzeni pokonywaniem standardowych przeszkód, przedzierają się obejściem wokół Czarnego Komina, co pozwala nam zaoszczędzić sporo czasu. Rzucona przez nich z góry lina sprawia, że nie muszę od dołu zdobywać całości Czarnego Komina, co zapewne trwałoby wieki.

jaskinia-zimna-0018

Finalnie docieramy za Prożek Burcharda, gdzie po zlewarowaniu syfonu otwiera się dla nas przejście w stronę Korytarza Galeriowego. Początkowo ruszamy doń we czwórkę. Niestety Korkociąg Krakowski pokonuje połowę składu, w związku z czym wycofujemy się na Prożek. Reszta z naszej czwórki jest nie do zatrzymania: bez problemów docierają do Korytarza Galeriowego.

jaskinia-zimna-0020

W drodze powrotnej mamy jeszcze raz okazję do sprawdzenia odporności na zimno: tym razem mało komu chce się rozbierać przed pokonaniem Ponoru. Wchodzimy doń praktycznie w kompletnym ubiorze. Nic tak nie motywuje do szybszego wydostania się z jaskini, jak klejący się do ciała mokry kombinezon. Ostatni odcinek jaskini pokonujemy szybko i sprawnie.

Doskonale pamiętam, jak w jednej z poprzednich notek pisałem:

Jaskinię Miętusią będę wspominał głównie jako miejsce, w którym przekonałem się, że o chłodzie i wilgoci do tej pory nic nie wiedziałem. Teoretycznie Jaskinia Kasprowa Niżnia dała okazję do kontaktu z większą ilością wody, jednak warunki w jakich ów kontakt następował sprawiają, że to Miętusia jest dla mnie wilgotniejszą dziurą. W końcu to właśnie w niej pierwszy raz miałem okazje przekonać się, jak wygląda upierdliwy jaskiniowy deszcz. I jak bardzo wychładza stanie w kolejce do wyjścia w momencie, gdy rześka woda rozkosznie leje się za kołnierz.

Co mam do powiedzenia na temat wilgoci po wizycie w Jaskini Zimnej? Sam nie jestem pewien. Teoretycznie jaskinie Kasprowa Niżna, Miętusia i Zimna to dziury zimowe i mokre. Jednak w przypadku każdej z nich wilgoć, chłód i zimno występowały w całkowicie innej formie. W inny sposób działały na organizm. Jeszcze niedawno mógłbym powiedzieć, że w jaskini jest mokro, jeśli jest w niej woda. Czy to lejąca się na łeb, czy taka po której się chodzi – bez różnicy. Dziś wiem, że w przypadku każdej z jaskiń wilgoć włażąca za kark była zupełnie inna. Kompletnie inaczej działałem w Kasprowej Niżnej, gdzie kontakt z wodą następował z wyboru (no, może poza przypadkiem gdy odpadłem od ściany i zwaliłem się do rozlewiska), niż w Miętusiej, która dobijała deszczem lejącym się podczas pokonywania komina. Całkowicie odmienna od poprzednich była wilgoć Zimnej: w tym przypadku woda była jedynie jedną z technicznych przeszkód, które należało pokonać. Nauczeni doświadczeniem, że woda (czy to ta na ziemi, czy ta spadająca na łeb) nie gryzie, klnąc na czym świat stoi pakowaliśmy dupska do wody. Bo ponor nie był czymś szczególnym. Ot, taka przeszkoda, tyle, że nie da się jej obejść, przecisnąć przez nią czy jej wywspinać. Trzeba ją zaliczyć na waleta z dupskiem w wodzie.

*****

Za chwil kilka trzeba będzie zacząć pakowanie, ogarnianie map i szkiców. Jestem bardzo, ale to bardzo ciekaw, czym zaskoczy mnie kolejna, mokra jaskinia.

Share



Kurs Taternictwa Jaskiniowego: Jaskinia Miętusia

Sobotni poranek. Przeciskamy się w dół Ciasnym Korytarzykiem. W planie zejście, odwiedzenie Wielkich Kominów, zebranie lin pozostawionych przez poprzednią ekipę i wyciągnięcie ich na górę.
W korytarzyku ciasno i nie do końca przyjemnie. Jeszcze mniej fajnie będzie w momencie, gdy przyjdzie nam pchać ryjami w górę wory z linami.

wiesz, coś czuję, że to będzie jedna z jaskiń, przy wychodzeniu z których będę klął na kurs.

jaskinia-mietusia-24

Jaskinia Miętusia. 

Dla mnie odpowiedniejszą jej nazwą jest Mokra Świnia: tak mokry i uświniony nie byłem jeszcze nigdy. Mokry. Właśnie. Jaskinię Miętusią będę wspominał głównie jako miejsce, w którym przekonałem się, że o chłodzie i wilgoci do tej pory nic nie wiedziałem. Teoretycznie Jaskinia Kasprowa Niżnia dała okazję do kontaktu z większą ilością wody, jednak warunki w jakich ów kontakt następował sprawiają, że to Miętusia jest dla mnie wilgotniejszą dziurą. W końcu to właśnie w niej pierwszy raz miałem okazje przekonać się, jak wygląda upierdliwy jaskiniowy deszcz. I jak bardzo wychładza stanie w kolejce do wyjścia w momencie, gdy rześka woda rozkosznie leje się za kołnierz.

jaskinia-mietusia-14

jaskinia-mietusia-20

Wyprawa do Miętusiej zadziwiła mnie z trzech powodów:

  • dojście – zejście: nie wiem, czy to kwestia lepiej dopasowanego plecaka, czy optymalnie dobranych kijków, ale… Zacząłem traktować dojścia jak spacer. Może trochę przydługi, może z kilkoma kilogramami na garbie, ale co innego zrobić z tym ciężarem jak po prostu go wnieść i znieść? Pamiętam – w początkowym okresie kursu krzywiłem się na ciężar trzy minuty po założeniu plecaka. Dziś go zakładam i idę. Bo co innego można z nim zrobić?
  • wyjście z jaskini: tak, tak, tak, wiem, że o tym już było prawie przy każdej odwiedzanej dziurze, ale znów mnie przytkało. Nawet nie tyle zaklinowałem się, co nie mogłem znaleźć sposobu na przepchnięcie się do góry. Ciasny korytarzyk na wysokości 2go obejścia zafundował mi miejsce, w którym klatka piersiowa dopominała się więcej przestrzeni, niż jaskinia oferowała. Podobnie z dupskiem. Teoretycznie nie powinno być problemu, w końcu jeśli udało mi się ześlizgnąć w dół – powinienem też dać radę wytarabanić się do góry. No nie do końca: niezmiennie powraca problem długości kończyn – po prostu nie potrafię się zaprzeć mając do dyspozycji dziurę o prześwicie mniejszym, niż długość ud czy przedramion. Wiem, nic nowego nie napisałem, więc gdzie to zdziwienie? Nastąpiło ono, gdy zacząłem pełzać ramionami(???). Walcząc z niewygodnym miejscem, co chwilę dawałem sobie moment na uspokojenie łba, by nie zacząć się nerwowo rzucać tracąc siły. Trwało to wieki, ale wypełznąłem. Centymetr po centymetrze, do samej góry. Nie oszukujmy się, minęło kilka lat i ponad dwadzieścia kilogramów od momentu, gdy zacząłem schodzić w pierwsze dziury. Pora przyjąć do wiadomości, że sposób poruszania się siedemdziesięciokilogramowego szczypiora nie będzie dobry dla prawie stukilogramowego ucieleśnienia przeciwieństw słów “powab” i “zgrabność”.
  • Zdziwienie trzecie: z jaskini wyszedłem wymęczony, wygnieciony, ale niezdemolowany psychicznie. Po przytkaniu się w Rysiej byłem przez kilka dni emocjonalnym wrakiem. Tym razem wciągnąłem łyk wody, zagryzłem batonem i z sympatią stwierdziłem: fajna była.

jaskinia-mietusia-23

Jaskinia Miętusia z pewnością musi trafić na listę jaskiń do ponownego odwiedzenia. Ale to już po kursie – gdy nie trzeba będzie targać lin, gdy będę mógł powoli tuptać za kursantami swoim niezależnym tempem. Gdy będę miał czas na rozejrzenie się po jaskini, na zrobienie kilku zdjęć. Na pełniejsze docenienie tej Mokrej Świni. Chrum Chrum.

Share



Kurs Taternictwa Jaskiniowego: Jaskinia Kasprowa Niżnia

Jaskinia Kasprowa Niżnia zaczęła przerażać już dzień przed zejściem, gdy to wieczorową porą racząc się złocistym płynem, usłyszeliśmy od Instruktora: “będzie można popływać”.
No dobra, moment. Pływanie – tak, ale w ściśle określonych warunkach, tj. słoneczko, wakacje, ewentualnie taka wielka wanna co robi bulbulbulbulbul. O ile dobrze kojarzę – jedyne bulbulbul jakie można zrobić w jaskini, to gdy człowiek siądzie dupskiem w speleokałuży dzień po zeżarciu wiadra fasolki.

Nie. Ja nie mam zamiaru wchodzić do żadnej wody! Stanowczo i jednoznacznie dzielę się z zebranymi swoim zdaniem na temat pływania, dopijam pi… energetyka i idę spać.

Tym razem naprawdę wcześnie zrywamy się z łóżek i przed godziną 7 wszyscy jesteśmy gotowi przy samochodach. Ruszamy w stronę Zakopanego, by zostawić samochody przy rondzie (na ul. Czecha pod Kuźnicami), skąd – jak na prawdziwych grotołazów przystało – podjeżdżamy busikiem pod dolną stację kolejki na Kasprowy Wierch. Pogoda sprzyja, podejście do jaskini idzie sprawnie i przyjemnie. W mniej niż godzinę jesteśmy pod otworem i przebieramy się w niedzielne, wyjściowe (czy też wejściowe) ciuszki.

jaskinia-kasprowa-niznia-7

jaskinia-kasprowa-niznia-13

Dojście do jaskini było bardzo… osobliwe. Wiele słyszałem i czytałem o łatwej drodze do tej dziury, ale rzeczywistość była naprawdę zaskakująca: delikatne podejście, kilka chwil przedzierania się przez las i już stoimy pod otworem. Jeśli pamięć mnie nie myli, to już dojście do Grzmiączki było o wiele bardziej wymagające. Kto by pomyślał, że tatrzańska dziura będzie łatwiej dostępna niż jurajska…

W planach mamy dojście do Zapałek, oraz (jeśli będzie taka konieczność) pomoc przy wynoszeniu sprzętu ekipie nurkującym dziś w jaskini (z STJ KW Kraków).

jaskinia-kasprowa-niznia-18 jaskinia-kasprowa-niznia-19

Zanurzamy się w otchłani… Droga przebiega bardzo sprawnie i przyjemnie. Nie wiadomo jakim sposobem w ułamku sekundy docieramy do Sali Rycerskiej, gdzie rozdzielamy się na dwa zespoły: pierwszy rusza w stronę Jeziorka z Zapałkami, a ja wraz z drugim decydujemy się na dojście do Syfonu Danka.

jaskinia-kasprowa-niznia-28jaskinia-kasprowa-niznia-27Idąc w kierunku Danka mamy pierwszą okazję do bliższego kontaktu z wodą – maleńki syfonik daje okazję do sprawdzenia jej temperatury, oraz wyrzucenia z siebie kilku nie do końca cenzuralnych słów na tematy ogólnie związane z chodzeniem po jaskiniach.

jaskinia-kasprowa-niznia-30

Finalnie docieramy do celu, robimy pamiątkowe zdjęcia i wracamy do Sali Rycerskiej.

I stała się tego dnia jedna, ważna rzecz. Podczas podejścia do Syfonu Danka, trafiło się kilka metrów do wymałpowania w niezbyt przyjemnej ciasnocie. Stanąłem pod półką/kominem, popatrzyłem w górę. Tak, tutaj moja droga się kończy, zespół idzie dalej. Nie zaryzykuję wejścia w tę rurę ze swoim przerośniętym, zawalatym dupskiem i cholernym łokciem.
Myśląc o tym, jednocześnie wpinałem się w linę. Kilka chwil później już się mościłem na górze.

Jeśli ktoś by mnie zapytał o najważniejszy moment wyprawy do Kasprowej Niżniej, to bez wahania opowiedziałbym o tym odcinku jaskini. Wlazłem, wspiąłem, przecisnąłem się, zanim skończyłem w myślach narzekać na dupsko, łokcie, łysinkę i zderzak Łągiewki.

Ruszamy do Jeziorka z Zapałkami. Od Sali Rycerskiej droga równie krótka, co przyjemna i malownicza.

jaskinia-kasprowa-niznia-38 jaskinia-kasprowa-niznia-40

Docieramy do celu, skąd po chwili wycofujemy się nie mając nic innego do roboty. 

Kasprowa Niżnia wydaje mi się… Mała? Jest tak przyjemną jaskinią, że jej zwiedzanie idzie aż za sprawnie. Tak jak Instruktor powiedział – moglibyśmy iść jeszcze w dół studnią za Zapałkami, jednak trzeba zostawić sobie coś na później. I przyznam, że chętnie, bardzo chętnie bym tam zajrzał…

Z pozostałych atrakcji Kasprowej Niżniej: jeden z nas decyduje się na kąpiel z kaczuszką, Instruktor próbuje nas utopić w Partiach Gąbczastych lewarując wodę w momencie, gdy ma pod sobą kursantów poupychanych w każdym dostępnym porze jaskiniowym, a ja prezentuję w jaki sposób nie należy przechodzić nad jeziorkiem, pokaz swój zwieńczając epickim zwaleniem się do wody.

Tia, że tak powiem… Najgłośniej się darłem na temat unikania wchodzenia do wody, a chwilę później osobiście wyrżnąłem ryjem do jeziora.

…i szkoda, że ktoś zdjęcia nie zrobił. Oj szkoda.

(więcej zdjęć i mapy oraz opisy dojść już wkrótce).
Share