• "date": "15 sierpnia, 2011"
  • "title": "Notatka KONIE`czna (cz.1)"
  • "blogger_blog": "30lat.blogspot.com"
  • "blogger_author": "30lat"
  • "blogger_permalink": "/2011/08/notatka-konieczna-cz1.html"
  • "blogger_internal": "/feeds/6495723430140596885/posts/default/944873395851363184"

Niedziela, pora okołoobiadowa. Siedzę w stajni na tworze balkonopodobnym, leniwym wzrokiem śledząc z góry świat u moich stóp. Prawie jak Zeus na Olimpie.

Sielanka. Traktory cicho drzemią pod wiatą, postękując przez sen wymęczonymi wysięgnikami, hakami, tłumikami, kosiarka nieświadomie poszczękuje zębami, bockmannka wydycha w półśnie ostatnie bąki niedawno jadącego w niej konia. Coś rży w oddali.

Obserwując konie pasące się gdzieś po prawej, zaczynam się zastanawiać, jak wogóle wyglądała historia mnie – jako użytkownika czterokopytnych. W jaki sposób konie pojawiły się w moim życiu, jak ewoluowało moje podeście do tych półtonowych materiałów na obiad…

Pierwsze wspomnienie konia to lata wczesnomłodzieńcze, czasy chyba szkoły podstawowej, czasy wakacji na wsi…
Jak każde dziecko, byłem na jakiś czas wysyłany w świat, by przez kilka tygodniu w roku utrudniać życie Ciotce/Babci (niepotrzebne skreślić). Moje szczęście polegało na tym, że nie byłem rzucany w ramiona jakiejkolwiek nienawidzonej rodziny, gdzie ciotki przypominały sparciałe opony od jelcza, babcie karmiły jeno szpinakiem i tranem, a wujkowie karali klęczeniem na grochu. Rodzina gdzie byłem zsyłany (ku swojej nieukrywanej radości), to przesympatyczny Wujas z Ciotką, którzy w życiu nie próżnowali, efektem czego doczekali się siódemki potomstwa. Przepadałem za nimi niezmiernie i gdy tylko zaczynały się wakacje, odliczałem czas do wyjazdu.
Akcja pierwszego spotkania z koniem miała miejsce w niewielkiej miejscowości za Łodzią. Jako dzieciaki małomiasteczkowe w czasach końca PRL`u, byliśmy zmuszeni do znajdowania sobie zajęcia sami. Nikogo nie dziwiły więc karabiny robione z zardzewiałych gwoździ i wyrwanych kawałków sztachet, czy zabawy w skakanie z poddasza stodoły na siano czekające tylko, by przebadać nasze niewinne zadki ukrytymi w sianku widłami. Mieliśmy także zwyczaj udawania się nad staw położony kilka ładnych kilometrów od domu. Staw – dużo powiedziane. Gdy padało – był, gdy było sucho – znikał. Czasami wydaje mi się, że dwójka dzieciaków sikająca do wody była w stanie zwiększyć ilość wody w nim zawartej o 25%.
O dziwo na własne oczy widziałem kiedyś w owym stawie rybę. I to żywą!
Wróćmy do tematu “konie”. Któregoś pięknego dnia, gdy to wybieraliśmy się nad wspomniany staw, jakiś mój chyba nie do końca bliski krewny zaproponował nam, że podwiezie nas na miejsce wozem. Dla mnie była to oczywiście nie lada atrakcja… Ja, chłopak z dużego (pożal się boże) miasta, nigdy nie mający kontaktu z furą aż z takiego bliska, a tu – klękajcie narody! – zaistniała możliwość, że jednym z wozów pojadę! No i pojechaliśmy… Jako gość – zostałem posadzony z przodu obok woźnicy. To, co najbardziej zapisało mi się w pamięci, to nieustanne popierdywanie konia i ciągle rzucane przez krewnego wyrazy, których znaczenie dane mi było poznać kilka ładnych lat później, a które to słowa mocno wiązały się z anatomią kobiet i mężczyzn.
Poza mięsno-pierdzącymi zjawiskami podróż przebiegła bez większych niespodzianek: niczym Kolumb na pokładzie Pinty sunącej przez oceany, przemierzałem dumnie polne drogi, chłonąc chwałę, kontemplując własną dumę i ciesząc się wraz z kuzynami, gdy koń po raz kolejny podnosił ogon, by raczyć nas streszczeniem tego, co jadł kilka godzin wcześniej.
U celu drogi czułem się już na tyle zaawansowanym woźnicą, że postawnowiłem zsiąść z wozu w wielkim stylu, tj. zeskoczyłem w trakcie jazdy, efektem czego wyrżnąłem twarzą w drogę wysypaną żwirem.
…Może to stąd mam piegi?

Później przez kilka lat jedyne konie jakie dane mi było widzieć, to zimnokrwiste smoki ciągnące jegomości, którzy z pokładu swoich wozów darli się na całą okolicę oznajmiając, że wiozą…
– kaaaaaaaaaaaaar… tooo… ofleeee… kaaaaaaaaaaartofleeee… kartoofle!
Nie jestem pewien, ale zdaje się, że nawet czasami dokonywałem u nich jakichś zakupów wysłany przez mamę na misję pt. “przynieś trzy kila ziemniaków i kilo marchewki jeśli będzie”.

Rok 2002 albo 2003 znów postawił konie na mojej drodze. Był to okres, gdy w internecie można było spotkać więcej zionących głupotą nastolatek, niż owłosionych pach w niemieckich szajsen-porno z lat osiemdziesiątych. Ogólnie dramat i minuta ciszy nad upadającą jakością puli genowej w naszym kraju.
I pośród tego wszystkiego, niczym smakowita ostryga dole kloacznym – trafiła się Przyszła-Najwspanialsza-Z-Żon. Miała ona jeden poważny feler: za cholerę nie można było Jej nigdzie spotkać. Pomimo, że mieszkaliśmy 10 minut pieszo od siebie (lub 20 minut zygzakiem z przerwą na sikanie), nigdy nie było nam dane spotkać się osobiście…
…A że akurat chodziło mi po głowie małe, ten teges, spotkanko, to czemu nie w stajni? Wszak dopiero wspólna wyprawa do koni dawała nikłą szansę porozmawiania twarzą w twarz. Oczywiście nie to, że już wtedy planowałem cokolwiek!
Umówiliśmy się więc pewnego zimowego dnia wspólną wyprawę do… Niech to miejsce nazywa się Czałcza.

Czałcza oddalona była od naszych domów o jakieś dwa autobusy i 20 minut człapania. Teoretycznie wszystko powinno odbyć się bez przeszkód… Teoretycznie. Była zima, było zimno, padał śnieg z deszczem, a nam podczas przesiadki uciekł bus. Musieliśmy więc zasuwać z buta kilka ładnych kilometrów po pas w zaspie, przemoczeni, przemarznięci… Przyszła-Najwspanialsza-Z-Żon jako osoba drobniejsza pierwsza przedzierała się przez zaspę, a w ślad za Nią rozpychałem się w śniegu ja. Całą drogę los nie skąpił nam złośliwości: zaczęło się ściemniać, sypało i lało na potęgę, a Moja-Przyszła-2ga-Połowa do tego wszystkiego miała na sobie długą kurtkę, przez co nie mogłem sobie nawet popatrzeć na Jej tyłek w trakcie przedzierania się przez śniegi.
Z całej tej sytuacji wyratowało nas wino jakże zacnej i cenionej marki Komandos, którym raczyliśmy się po drodze. Nie mam zielonego pojęcia, jak przy naszych spustach jedna butelka wystarczyła nam na całą podróż… Może było za zimno w ręce, by wyciągać je z kieszeni? Albo obawialiśmy się przymarznięcia warg do gwinta? Pojęcia nie mam. Najważniejsze jest to, że dotarliśmy do stajni. Początkowo wydawało mi się, że włamujemy się na teren jakiegoś mrocznego PGR`u i zaraz pewnie wyskoczy zaspany jegomość w walonkach z rusznicą w dłoni, by odstrzelić nam dupska – jednak nic takiego się nie stało. Weszliśmy na teren stajni, Przyszła-Najwspanialsza-Z-Żon otworzyła wielkie wrota… Z mrocznego wnętrza stajni buchnęła para niosąca ze sobą zapach czegoś zwierzęcego, mrocznego, z lekką nutką siana okraszonego mysim bobkiem. Moja przewodniczka bez obaw zagłębiła się w mroki budynku, zapaliła światło… Wkroczyłem i ja. W czymś, co przypominało mi cele, stały konie i zaspanymi ślepiami zerkały na nas starając się zorientować kto my i czemu zakłócamy ich spokój. Jeden z czterokopytnych wychylił się z boksu nieco bardziej, rzucił okiem na mnie, rzucił okiem na moją towarzyszkę i zrobił przerażoną minę mówiącą “o matko, środek nocy a ta psychopatka pewnie będzie mnie chciała teraz ujeżdzać!”.
Dziś, po latach, będąc już pełnoetatowym mężem Najwspanialszej-Z-Żon, doskonale rozumiem jego ówczesne obawy…
Wracamy do tematu: wizyta chyba nie trwała za długo, na nic nie wsiadałem, pozwoliłem się jeno obwąchać wszystkim końskim łbom, jednego czy dwa nawet pogłaskałem. Plusem owej wizyty był wpływ zapachu zaparowanej stajni na moje nozdrza – mieszanina aromatu dzieł końskich zadków dokładnie oczyściła mi zatoki – katar z którym walczyłem od tygodnia przeszedł jak ręką odjął.
Chyba nawet mamy gdzieś jedno pamiątkowe zdjęcie z wieczornej wizyty w stajni, na którym to zdjęciu koń wącha butelkę po winie. Prawdę mówiąc bardziej to przypomina próbę wkręcenia flaszki po jabolu w końskie nozdrze, ale w szczegóły zagłębiać się nie będziemy.
Za cholerę nie mogę sobie przypomnieć, jak wtedy wróciliśmy do domów…
Po zimowo-komandosowej wyprawie konie coraz częściej pojawiały się tam, gdzie ja, a w zasadzie to ja pojawiałem się tam, gdzie konie. No i Przyszła-Najwspanialsza-Z-Żon oczywiście.

Share

Piszesz po prostu fantastycznie! Zabawny, zakręcony i ciekawy tekst. Obyś pisał jak najdłużej, bo zostanę stałą czytelniczką ; ]
Pozdrawiam