• "date": "6 września, 2011"
  • "title": "Koszmary zalotnika."
  • "blogger_blog": "30lat.blogspot.com"
  • "blogger_author": "30lat"
  • "blogger_permalink": "/2011/09/koszmary-zalotnika.html"
  • "blogger_internal": "/feeds/6495723430140596885/posts/default/4221292934508904818"

Nie oszukujmy się: na etapie zalotów jest sporo rzeczy, które każde z nas chce ukryć przez Potencjalną-Drugą-Połową i Jej rodziną. Jest także cała masa sytuacji, które trzeba przeżyć  udając, że jako mężczyna – nie jest się na etapie kawalera-neandertalczyka.

Romantyczna kolacja: On i Ona w zacisznej  knajpce, obok stolika jakiś koleś w rajtuzach rzępoli na skrzypcach, w wazonie bukiet kwiatów, a na talerzu… Co to kufa jest??? Dlaczego to danie na mnie patrzy? Toż to jeszcze ma oczy! I ma więcej kończyn niż ja!
No właśnie. Bez względu na to, czy mamy do czynienia z wyprawą do knajpki, czy też rodzinnym, oficjalnymi obiadem, należy stawić czoło pojawiającym się na talerzu koszmarom. O jakiż człowiek cierpi ból egzystencjalny, gdy ze łzą w oku stara się przepchnąć przez gardziel kawałek znienawidzonej małży, kępkę – za przeproszeniem – szpinaku, lub co gorsza… Gdy człek zostanie postawiony podczas posiłku przed daniem, które z racji wyjątkowości spotkania przy stole posiada wspomniane wiele odnóży i oczy dookoła organizmu. Najczęściej do tego wszystkiego obsługa truchła z korytka wymaga użycia sztućców, które kojarzą się bardziej z gabinetem ginekologicznym, niż z kuchnią. Najśmieszniejsza jest w tym wszystkim powaga uczestników spotkania, którzy z miną pokerzysty gapią się na drgającą mackę, a jednocześnie mają identyczne przerażenie w oczach jak każdy przy stole.
No kurde, czy nie można było zrobić schabowego?!?!
Oczywiście – wszyscy jak jeden dzielnie przeżuwają przerażającą paszę klnąc w duchu, że nie wypada dziadostwa polać keczupem i przepchnąć dla pewności pięćdziesiątką Czystej. Krztuszą się więc, dławią, popychają całość wodą, w końcu połykają. A w duchu rzewnie łkają. No ale tak wypada…
Wszystko to jest naturalne jak scenariusz niemieckiego szajsen-porno z roku ’86.

Oczywiście w drugą stronę też nie jest za dobrze: gość w otoczeniu rodziny swej wybranki został poczęstowany daniem bliskim jego sercu. Widzi na talerzu padlinę na sam zapach której dusza mu się raduje. I wie biedak jeden, że nie wypada tak jak w domu – wziąć się solidnie nawpierdalać, jeno sztućcem odpowiednim należy kawałeczek po kawałeczku spożyć wszystko, a nawet zostawić odrobinę na dowód, że się objadł. A gówno! Przyszła-Teściowo – Twoje żarcie było genialne, chcę jeszcze, wrzuć mi to wszystko do wiadra, zamieszaj, a ja tylko wepchnę łeb w stos pożywienia by rwać zębami mięsiwo, wciągać nosem sos i ładować jęzorem do paszczy te boskie pieczone ziemniaczki!

Jednak najgorsze z najgorszych co może się stać, to genialny sosik pozostający na talerzu. Do tego zero ziemniaka, pieczywa czy ryżu, którym można zebrać wspaniałe, aromatyczne sosisko. Wziąłby najchętniej człowiek talerz w dłonie i wylizał toto od A do Z, niech cholera wszyscy wiedzą dookoła, jak bardzo został doceniony posiłek! …A i przy okazji potencjalna Przyszła-Z-Najwspanialszych-Żon widząc technikę zlizywania z talerza może już  się zorientować, czego może się spodziewać w nocy od strony… technicznej.

Właśnie, noc. Pierwsza wspólną noc. O matko jedyna, co to będzie! A jeśli chrapię przez sen? Albo zaślinię poduszkę, na której Ona później położy twarz? I jak do cholery mam wytłumaczyć cholerny, poranny pytostój?! Toż to tego nie da się poskładać, zamaskować, schować, biologii się nie oszuka! I jakkolwiek by nie tłumaczyć – Wybranka nie zrozumie, że solidny namiot jest nad ranem niezwykle przydatny, gdy np z przymkniętymi oczami człek kieruje się do WC. Wszak taki dyszel idealnie nadaje się do wykrywania potencjalnych przeszkód na drodze!

Setki – powiadam – setki są rzeczy, przez które musi przebrnąć starający się kawaler. Bulgające w brzuszku bączusie, refluksik w kinie kiedy akurat Ona-Chce-Się-Całować, czy przerażające ‘wejdziesz do mnie?’ usłyszane po 8 godzinach pracy, gdy człowiek ma świadomość, że jego skarpety nadają się jako prototyp broni klasy Niszczyciel Cywilizacji… Musimy udawać starając się o Was.

A wy nie pozostajecie nam dłużne, nakładając na lico materiały budowlane w ilości pozwalającej na wybudowanie piramidy. I macie później pretensje, gdy człek budzi się rano nie mogąc sobie przypomnieć jak macie na imię. Przynajmniej mamy na tyle przyzwoitości, że nie krzyczymy przepełnieni przerażeniem, gdy znikająca tapetka odkryje całą, brutalną prawdę…

Share

Nie umiałem się doczekać tego posta od 3 dni, średnio co 2h sprawdzałem czy jest coś nowego:). Po porażce Polaków-tzn remisie, myślałem że nic mi nie poprawi humoru, ale tekst o pytostoju mnie zmiażdżyło, popłakałem się ze śmiechu:)
P.S. Ty nie piszesz czasem jakiś felietonów do gazety?? Ja bym mógł tylko po to kupować taką gazetę. Wielkie dzięki, dalej będę systematyczni czytał:)

Na chwilę obecną jedyne miejsce gdzie publikuję swoją radosną twórczość, to ten blog 🙂 Jeśli kiedyś pojawię się gdzieś w drukowanej formie – z pewnością dam znać na blogu 😉

no i tak się oszukujemy wzajemnie, a później (czyt.po ślubie) z naszego przepięknego, kulturalnego Romea robi się nieogolony, brzuchaty, popiardujący, czkająco-bekający stwór w śmierdzących skarpetach wołający: MATKA DAJ COŚ ZJEŚĆ, rypiąc się przy tym z wdziękiem szympansa po jajcach ukrytych w porozciąganych galotach 😉

Wiesz, powtarzam cały czas: Wy też nie jesteście święte. Często gdy obserwuję Najwspanialszą-Z-Żon, dochodzę do wniosku, że ni cholery przed ślubem nie jadła tyle co teraz 😛
My oszukujemy Was, Wy nas i tak to się toczy 😛 Każde z nas marudzi, jednak gdy przyjdzie co do czego – miło się przytulić do 2giej Połowy w zimny wieczór 😉

To akurat prawda – wyczekiwanie na Twoje posty to po prostu męczarnia 😛 A tak serio – powala mnie Twoje poczucie humoru i spojrzenie na świat. Byle tak dalej 🙂

właśnie 30lat, a czy historyczny opis jak to po wyjechaniu żony ktoś podejrzewał że spławił kanalizacją kota (krążyła ta zabawna historyjka po sieci z pół roku temu) – to nie Twoja "sprawka" ? Styl pisania podobny 🙂

pzdr
-krot-

Nie, historia o rozpruwaniu kanalizacji w domu i na ulicy to nie moje dzieło. Ale fakt – podejście do tematu kota mamy z autorem tamtego tekstu podobne 🙂