• "date": "20 czerwca, 2014"
  • "title": "Krav. Trach."
  • "blogger_blog": "30lat.blogspot.com"
  • "blogger_author": "30lat"
  • "blogger_permalink": "/2014/06/krav-trach.html"
  • "blogger_internal": "/feeds/6495723430140596885/posts/default/7903900853768926012"

No bo to jest tak: Prawdziwy Samiec chcąc sobie udowodnić, że nadal jest w sile wieku, że ta pojawiająca się siwizna to tylko włosy wypalone słońcem, że jest w pełni sprawny i ogólnie tryska zdrowiem i sprawnością etc – jest w stanie zrobić prawie wszystko.
Nie straszna dziura w skale, ni ściana stroma, trzeba trzymać się zębami, pazurami, a nawet przyssać się zwieraczem do świadomości, że trzecia dziesiątka jeszcze nie nadeszła. Ewentualnie, że ząb czasu był łaskawy i jeszcze zbyt mocno nie nadgryzł próchniejącej już z lekka, cielesnej powłoki.
Ja, yhy.

Sobota. Seminarium Krav. Temat przewodni – walka na noże.
Kilkadziesiąt spoconych osób próbuje wystrzelać się wzajemnie po gębach atrapami noży, bardziej przypominającymi gumowe dildo niż precjozo użyte do potencjalnego mordu. Machamy więc wyimaginowanymi narzędziami zbrodni. W uniesieniu, przepełnieni miłością i szacunkiem wobec partnera, próbujemy kopać się po jajach, twarzach, kolanach i innych znaczących organach, jednocześnie patrząc, czy da się komuś obok wbić gumową kosę w plecy. Ogólnie atmosfera jak na Marszu Niepodległości.
Wtem – nadchodzi Ten moment. Najwspanialszy-Z-Trenerów widząc uczciwą pracę zebranych, decyduje się podkręcić nieco poziom zajęć. Fiutonoże zostają zastąpione przez ciężkie, twarde, stalowe atrapy. Ach, jaka rozkosz! Kosa idealnie układa się w dłoni prawie jak jędrny cycek położony na twarzy, ostrze złowrogo pobłyskuje, żądza mordu zaczyna rodzić się gdzieś w najmroczniejszym zakamarku duszy Prawdziwego Samca.
Tak, to jest to!

Zakładamy rękawice, kaski, ochraniacze na wszytko co się da, dobieramy się w pary i niech zacznie się orgia! Ostrza błyskają, śmiercionośne razy wymierzane wszelkimi możliwymi kończynami pędzą w stronę partnerów, głuche dźwięki ciosów spadających na łby, krocza i stawy brzmią niczym bębny oznajmiające w środku dżungli, że biały człowiek wkroczył na teren plemienia.
Walka trwa! Zezując przez szpary w kasku, staram się wbić partnerowi kosę pod poślednie ziebro, towarzysz niczym baletnica unika noża próbując jednocześnie urwać mi głowę, zgiąć kolano do przodu czy dać wyraz sympatii innymi sposobami rodem z Izreala; pędzi w jego stronę nóż, to w moją stronę pędzi jego mknąca stopa, to jego przedramię blokuje mój cios, to ma dłoń zbija jego kopyto pędzące w moją stro…
Jeb! Znaczy się: trach!

Ups.
Generalnie z organizmem jest tak, że niektóre kończyny mają na stałe przypisane kierunki, w których mogą się wyginać. Jeśli kierunek w który wychylił się staw nie jest poprawny – zazwyczaj należy się martwić. A jeśli do tego po tym jak coś się wygło i po odwygłonięciu nie wygląda tak jak wyglądało pierwotnie, to już zaczyna być źle. Tym bardziej, jeśli wygło w miejscu, gdzie Matka Natura nie zaopatrzyła nas w stawy.
Fuck.

*****

Sobota wieczór.
Mroczny korytarz gdzieś w podziemiach szpitala. Siedzę na zimnym, plastikowym, gryzącym w dupę krześle czekając na swoją kolej do RTG. Lamperia dobija swą trupią barwą, delikatna woń lizolu drapie w nosie. Gdzieś w oddali słychać skrzypiące klapki Wielkiej Pielęgniary. Świetlówka złowrogo migocze.

Za wielkimi, stalowymi drzwiami pracowni RTG trwa walka: kilka osób próbuje utrzymać i prześwietlić pijanego jegomościa starającego się wszystkim wytłumaczyć, że jeśli za chwilę nie znajdzie się w domu, to stara zrobi mu rzeczy NAPRAWDĘ okrutne, przy których próba rozłożenia w dupie wielkiej parasolki wydawać się będzie dziecinną igraszką.
Minuty mijają. Sądząc po zmniejszającej się ilości kurew i chujów dobywających się zza drzwi – poszkodowany dał za wygraną. Ewentualnie został czymś ogłuszony. Zgodnie z przewidywaniami, minutę później rozwierają się stalowe wrota: na wózku przytrzymywany przez ratownika medycznego jedzie On – ten od parasolki w dupie. Ubiór niechlujny, wręcz roboczy, resztki koszonej trawy na ubraniu, skąpana w oparach alkoholu głowa wygląda jakby jej kawałka nie było. A w zasadzie to dokładnie – brakuje kilku rzeczy, które normalnie występują na twarzy. Całości dopełniają porozrzucane na ubraniu poszkodowanego liczne plamy krwi i kawałki czegoś, co przypomina tatar. Zerkam pytającym wzrokiem na stojącą obok pielęgniarkę i ruchem głowy wskazuję na FaceOffa.

– …a, panie… – rozpoczęła swą opowieść pielęgniarka – kosił trawę po pijaku i upadł twarzą na włączone noże…

Łał… To dopiero nazywa się “stracić głowę z klasą”.
Nic to jednak, zostaję zaproszony na prześwietlenie. Wchodzę do pomieszczenia i zaczynam wykonywać polecenia technika:

– na tym stole, tam proszę położyć kończynę.

Znaczy się, że co, mam ją sobie jakoś uciąć czy coś? Niby coś trzasnęło, ale w sumie szkoda by było tracić ją po całości. Ryzykuję i kładę łapsko na stole pomijając etap amputacji. Ciekawe, czy gdybym wystawił do zdjęcia nogę, to ktokolwiek by się zorientował. Biorąc pod uwagę zaangażowanie z którym pracuje człek obsługujący RTG, równie dobrze mógłbym na stole położyć martwego karpia, albo mątwę. Cholera, szkoda, że akurat dziś nie mam przy sobie martwej mątwy.

*****

Sobota. Późny wieczór. Stoję przed Srebrną Strzałą patrząc niczym szpak w pizdę to na samochód, to na łapę w szynie. Nawet jeśli jakoś ogarnę temat poprowadzenia samochodu do domu, tak nie mam pojęcia jakim sposobem mam poinformować rodziców, że jednak nie wpadnę jutro na obiad.
Wsiadam do samochodu. Za cholerę nie wiem jak ułożyć kończynę żeby dało radę przytrzymać nią kierownicę. Finalnie wystawiam łokieć za okno. Do kompletu przydałaby się jakaś techniawka, niestety chwilowo nic takiego nie posiadam. Puszczam więc radio. Z głośników dobywa się jakaś smętna piosenka o złamanym sercu. Złamanym. Bardzo-kurwa-śmieszne.

Kilka głębszych wdechów, wyciągam telefon. Wybieram numer.

– cześć mamo, obudziłem?
– nie, film oglądam…

Przełykam ślinę, teraz musi paść TO stwierdzenie:

– coś Ci powiem, tylko się nie denerwuj…

Po drugiej stronie cisza. Jestem sobie w stanie wyobrazić obrazy rodzące się w głowie Rodzicielki: samochód spadający w przepaść, ja konający na wskutek otrucia śmiercionośną substancją, pourywane nogi, dziecko zrobione przypadkowej siedemnastolatce, wstąpienie do PiS`u…

– co się znów stało, coś zrobił?
– bo pamiętasz, że miałem dziś trening  z nożami?

I znów zapada cisza w słuchawce. Tym razem Mamina wyobraźnia pewnie pogalopowała w stronę poprzecinanych tętnic, rozszarpanych ścięgien i rękojeści noża wystającej z dupy.

– no nie mów, coś znów zrobił?!?!
– a tak trochę palec mi się złamał, ten najmniejszy, nic poważnego, mam już szynę itd. właśnie wracam ze szpitala do domu.
– jak ci się palec złamał, nożem?!?!?
– nie nożem, nogą…
– jak to nogą, twoją, czy jak?

Jednego nie można mojej Matce odmówić: wyobraźni. Pomimo kilku prób nie jestem w stanie zobrazować sobie możliwości złamania własnego palca przy użyciu własnej nogi.

– nie, nogą od kolegi…
– to coś ty robił jego nogą?!
– nic, on normalnie chciał mnie kulturalnie kopnąć w jaja, a ja chciałem wbić mu nóż, ale się nie udało no i się złamało. 

Cisza. Końcówką układu nerwowego odczuwam Ten moment, w którym nastąpi tradycyjna, barwna zjeba od Rodzicielki.

– …a bo ty to pierdoła jesteś i za coś normalnego byś się wziął a nie się nożami po jajach kopiecie!

Tak, na wsparcie Mamy zawsze można liczyć.

*****

…a w poniedziałek zaczyna się rehabilitacja.

Share

Matko Boska Elektryczna, ileż to trza mieć zacięcia, by napisać tyle tekstu jedną ręką 🙂

Mówiłem tyle razy – zajmij się ptakami, co najwyższej śrutem w dupe można dostać…ale "renki" byś miał całe 🙂

kurde żebyś mie niał jak moja koleżanka…która kulturalnie w grudniu poszła do sanktuarium pooglądać szopkę bożonarodzeniową i wycięła orła na śliskiej nawierzchni 😛 złamała ten sam palec co Ty i do dziś ręka nie sprawna bo gips uszkodził coś tam (ścięgna czy mięśnie) i ręka była długo jak szmatka…
wracaj do zdrowia i uważaj na drugą rękę 😀

opcje są dwie – albo to druga kontuzja, albo post pojawił się sporo po wypadku 😉 bo chyba szanowna ręka od szyny już się jakiś czas temu uwolniła 😉
PS. ja wiem, empatia, współczucie i takie tam, ale rechotałam się jak dzika 🙂 sorry 😉

A dziękuje Panu za poprawę humoru… nie to żeby mnie bawił złamany palec czy tatar zamiast twarzy jakiegoś pijaka…tekst przedni. Pozdrawiam T.

Jak zwykle odpadłam czytając Twój wpis 😀 Sama trenuję kravkę już 6 lat więc wiem jak to jest…fajnie 😉 Do tej pory nie miałam poważniejszej kontuzji (śliwy pod okiem nie liczę) ale kiedyś po seminarium z noża miałam pięknie posiniaczone przedramiona i badania okresowe w pracy – pielęgniarka za nic w świecie nie chciała uwierzyć, że to po treningu i dostałam długi wykład na temat przemocy domowej 😉