Tag: jaskinia rysia

Jaskinia Rysia

Niby się doczekałem. Niby została załatwiona jedna z zaległych spraw. Niby powinienem być zadowolony, ale tak naprawdę nic nie jest dobrze i w porządku. Wszystko jest do bani, a zamiast radości z wyjścia, mam poważny problem leżący na wątrobie.

Jaskinia Rysia. W końcu udało się do niej dotrzeć, zejść, wyjść. Z tym ostatnim może nie tak do końca…

jaskinia-rysia-3

Tęskniłem za Jurą. Jak diabli, tęskniłem za mytymi korytarzami, za bogatą szatą naciekową, za jurajską gładkością i przytulnością. Więc wpakowałem się w jaskinię suchą i spękaną jak skóra pięt starej feministki. Idiotyzm, no idiotyzm. Niestety człowiek nie poradzi nic na to, że jest głupi i gdy go przyciśnie z tęsknoty za dziurą – zlezie gdziekolwiek. Choćby do gulika w piwnicy.

Jaskinia Rysia pojawiała się już wcześniej w planach. Niestety jakoś tak się działo, że zawsze było nie po drodze, coś się musiało wydarzyć. Przed niedzielnym zejściem wiedziałem tyle, że od strony sprzętowej na pewno wszystko jest ok, ekipa da sobie radę, mamy na tyle czasu by spokojnie pobawić się w jaskini. Skoro tak – można pakować się do legendarnej Rysiej, gdzie podobno podczas wychodzenia trzeba rozbierać się do naga.

jaskinia-rysia-4

Wyjście. No właśnie. 40 minut zajęło mi wyrwanie dupska z zaklinowania. Rozwaliłem się na tej jaskini doszczętnie, do samego końca. Jaskinia Rysia zniszczyła mnie fizycznie, psychicznie, sprawiła, że wyłem ze złości próbując wyszarpać zaklinowane dupsko z kamiennej paszczy. Nigdy wcześniej, ani w Dującej, ani nad Studnią Kandydata nie miałem takich problemów.
Skończyło się na pomocy instruktora, który podsunął pomysł jak pokonać problematyczne wyjście. Który nieco skorygował ułożenie sprzętu, ułożenie w dziurze, który pozwolił, bym po korekcie jeszcze raz spróbował wydostać się ze szczeliny. I jeszcze raz. I kolejny. Do skutku.

Znienawidziłem Rysią. Odbija mi się po niej do dzisiejszego dnia. Powykręcane ręce i nogi kontynuują swe bolesne wyrzuty, urażona duma chce wracać by jeszcze raz spróbować zmierzyć się z wyjściem Rysiej, a zdrowy rozsądek ze stoickim spokojem powtarza: daj sobie spokój, za dużo centymetrów, za długie kości udowe, za długie kości przedramion, fizyki nie oszukasz.

jaskinia-rysia-6jaskinia-rysia-7

Wiele przekleństw padło z moich ust pod adresem jaskiń, kursu, pomysłu złażenia gdziekolwiek głębiej, niż piwnica, ale nigdy wcześniej nie rozpatrywałem tak rzeczowo kwestii odpuszczenia zabawy w podziemia.
Czy to strach? Nie wiem… Chyba bardziej zdrowy rozsądek. Czy to kwestia wieku? A może.
Zrozumiałem podczas ostatniego zejścia, że stanowię problem dla zespołu. Kolejny raz zacisnąłem się w szczelinie blokując przejście reszcie ludzi. A ja bardzo nie lubię być ciężarem.

*****

Jaskinia Rysia. Od A do Z wypad do bani. Ze średnim nastawieniem, ze zbyt dużym worem dręczących spraw, bez chwili na to, by siąść, zerknąć w plan. Jaskinia przez którą ‘przebiegliśmy’ tak daleko jak się dało. ZALICZONA. I nic więcej. Żadnej  radości, przyjemności – nic. Czerń i pustka.

jaskinia-rysia-5

Jedyne co – udało mi się zrozumieć, czego mi brakuje w kursowych wyprawach: ludzi ze starej, Extremowej ekipy. Całej oprawy która była nierozerwalną częścią wyjazdów choćby do najbanalniejszych otworów. Cała magia zejść była ściśle związana z czasem spędzanym z tymi ludźmi. Zejście do jaskini stanowiło ledwie 60% wartości całego wydarzenia. Reszta to byli ludzie.

*****

Nie wiem co robić.
Boję się zimy w Tatrach. Boję się, że idąc z kursem na kolejne wyprawy jedynie obrzydzę sobie kwestię jaskiń. A z drugiej strony nie chcę się poddawać, chcę coś osiągnąć, wbrew przeciwnościom zdobyć kartę. Nawet, jeśli kolana i uda lśnią sinymi barwami, jeśli rwące łapska nie nadają się nawet do podrapania po dupsku.
Nie wiem. Ciężko. Coraz więcej dziwnego ciężaru odkłada się w temacie dziur. Sam staję się jednym z nich.

jaskinia-rysia-2

…a ja bardzo nie lubię być ciężarem. Ale jeszcze bardziej nie lubię mieć niezałatwione rachunki. Z takim wyjściem z Rysiej na przykład.
I tu mamy spory wewnętrzny konflikt…


Pliki:

2015-12-23 07_53_45-Jamnik - j-rysia-v2 rysiaprzek2 rysplan rysprzek1

Share



Pipa misia, a nie Rysia! Jaskinia Józefa.

E tam, Rysia. Znów się nie udało. Bo to jest tak, że jak nie urok to sraczka. A dodatkowo jak człowiek ma pecha, to i palec w dupsku złamie.

Dojechać – dojechaliśmy. Nawet bez przeszkód, nie licząc przelotu samochodem ponad jurajskimi bezkresami. Tzn nie tyle przelotu, co małej serii podskoków i szarpnięć, jednak z punktu widzenia pasażerów, wrażenia były przynajmniej zbliżone do czegoś pomiędzy dachowaniem samolotu, a odpaleniem petardy Achtung umieszczonej pomiędzy jajami a tyłkiem.

Tak czy inaczej – dojechaliśmy. Miło, biało, nawet ciepło – zapowiadane minus naście jakoś nie nastąpiło. Po wskoczeniu w jaskiniowe gatki, radośnie ruszyliśmy po sprzęt, którego oczywiście – jak się okazało – było za mało. Albo ludzi za dużo. Jakimś sposobem zabrakło jednej uprzęży, za to szpeju mieliśmy tyle, że można by obwiesić nim wszystkie choinki po drodze do jaskini.

Nic to. My nie damy rady? Coś się wymyśli.

Jako, że GPS radośnie zakomunikował “do jaskini 1.5 km.”, ruszyliśmy prowadzeni do celu przez cud współczesnej techniki.
Widoki oczywiście niezmiennie powalające: śnieg giął gałęzie, ptaki nieśmiało odmarzały na drzewach, puch radośnie zgrzytał pod butami. Gdyby jeszcze minutę po założeniu kombinezonu nie zachciało się siku – byłoby idealnie.

jaskinia-jozefa-1

Jaskinia Rysia

Oczywiście, że jej nie zrobiliśmy. Po pierwsze: było za mało sprzętu. Po drugie: pierwszą znaleźliśmy jaskinię Józefa. Po trzecie: cośtam cośtam, więc jednoznacznie stwierdziliśmy, że schodzimy przez magiczne okienko, by sprawdzić co tam u Józka słychać. Rysio został pozostawiony sam sobie. Ale jeszcze tu kurrrrrrr…. wrócimy!

Jaskinia Józefa

Nie była to moja pierwsza wizyta w tej jaskini. Prawie równo rok temu miałem okazję zaznajomić się z Józefem. Gdy dziś przeglądam zdjęcia z tamtej wyprawy, co chwilę sprawdzam datę strzelenia fot. Niemożliwym się wydaje, że w lutym rok temu nie było śladu śniegu i dało się swobodnie biegać po lesie w samych kombinezonach…

Wracając do tematu: w związku z brakiem uprzęży, musieliśmy dokonywać wymian sprzętu. W związku z tym poczekałem aż wszyscy spokojnie zejdą i dostanę majty z przydatnym złomem, po czym zanurzyłem się w paszczy (o ile to ten koniec przewodu pokarmowego) Józefa…

jaskinia-jozefa-2

I tu pojawia się kolejna ciekawostka. Dałbym pół lewej nerki, że przy zjeździe pierwszym odcinkiem (-10) przy półce należało iść w prawo i dalej jechać w dół. Albo iść w lewo i jechać w dół. Chyba jednak w prawo. Zdecydowanie. Więc gdy jeszcze podczas rozwieszania lin usłyszałem z dołu pytanie, w którą stronę puszczać drogę, z pełną stanowczością stwierdziłem: w prawo! Jak się okazało, strona prawa stronie prawej nie równa. Szczególnie, gdy się człowiek obróci o 180 stopni. Tym oto sposobem, miałem okazję poznać drugą drogę w dół jaskini Józefa. O ile dobrze wnioskuję ze zdjęć i filmów, poprzednio puściliśmy się Studnią Kominową, zaś tym razem dotarliśmy do dna jaskini Studnią Asa.

Jaskinia Józefa: Studnia Kominowa (proszę o korektę jeśli się mylę), rok 2014:

jaskinia-jozefa-studnia-kominowa

 

jaskinia-jozefa-studnia-kominowa-2 jaskinia-jozefa-studnia-kominowa-3

Ta wizyta w Jaskini Józefa wydawała się mimo wszystko… krótka. Za pierwszym razem Józef był jakby większym obiektem. Być może wtedy więcej czasu spędziłem gapiąc się w szatę naciekową, a może z ciekawości penetrowaliśmy więcej-wszystkiego…

jaskinia-jozefa-studzienka

Zwiedzanie jaskini zajęło mi w sumie może z półtorej godziny. Miło było znów odwiedzić ciasne dojścia do Zaburzeń Wschodnich, rzucić okiem w stronę Salki Niestałości. Ewidentnie, tym razem nie było szans na dokładniejszą penetrację wszystkich zakamarków. Szczególnie po drugiej stronie – na Dylematach Zachodnich wanty wyglądało wyjątkowo morderczo, a drobiny świeżego gruzu jednoznacznie sygnalizowały, że pchanie się w ostatni kawałek jaskini nie jest dziś dobrym pomysłem.

jaskinia-jozefa-5

jaskinia-jozefa-wanty

Z pozostałych atrakcji jaskiniowych: udało się wejść prawie wszędzie, gdzie pchanie tyłka nie groziło śmiercią lub trwałym kalectwem, w końcu sam zlokalizowałem Rekinią Płetwę, a zainteresowani mogli sobie uwiecznić szatę naciekową.

jaskinia-jozefa-galeria-rekina

Niestety – wszystko co dobre, szybko się kończy. Nadszedł moment, gdy należało zapakować tyłki na liny i rozpocząć radosną drogę ku powierzchni…

Jaskinia Józefa: Studnia Asa – wyjście do góry(proszę o korektę jeśli się mylę):

jaskinia-rysia-studnia-asa-1

jaskinia-jozefa-studnia-asa

…i wszystko wydawać by się mogło, że zakończyło się dobrze… Wydawać by się mogło… Do momentu, gdy jako ostatni stanąłem przed liną z zadaniem wpełznięcia na górę, z jednoczesnym demontowaniem punktów. Niby wszystko się zgadzało, niby nic się nie zmieniło, a jednak było jakoś inaczej. Dziwnie. Lina jakby się źle prowadziła, sprzęt w łapie nie leżał…

…i tym oto sposobem zorientowałem się, że kumpel którego małpę miałem przy tyłku, używa jej w lewej dłoni. A ja oczywiście, bawię się tylko i wyłącznie prawą…

jaskinia-jozefa-malpa

Wydawać by się mogło, że to ten moment, gdy można już zapłakać, ale nie… Łza bezsilności zakręciła się w oku dopiero wtedy, gdy na ostatnim odcinku do wymałpowania, worki z linami zaklinowały się w dziurze, dłoń przestała jakkolwiek sensownie i wygodnie pracować z małpą, zaś uprząż stwierdziła, że też dorzuci coś od siebie, więc wbiła się w… me atrybuta z siłą rozpędzonego bizona. Tym oto sposobem wychodząc z Jaskini Józefa nienawidziłem lewych małp, klinujących się worków, uprzęży kastracyjnych i ogólnie całego świata, a najbardziej siebie samego za to, że zapomniałem spakować piwa, by mieć czym uczcić wyjście z jaskini.

Z nosem spuszczonym na kwintę, ruszyłem wraz z radosną ekipą w stronę samochodu. Tak, w tamtym kierunku musi być jakaś cywilizacja. I łazienki z ciepłą wodą i Restauracja Pod Złotymi Łukami i śmierdzące hamburgery i…

jaskinia-jozefa-powrot

…i oby do zobaczenia Józefie. Być może znowu za rok.

jaskinia-jozefa-papa

Papa.

Share



Kierunek – Jaskinia Rysia

Czekam. Wyczekuję. Tuptam z nogi na nogę nie mogąc się doczekać kolejnego stanięcia nad jakimś dziurskiem wzywającym mnie swą wielką, czarną paszczą, by ją spenetrować. Nigdy bym wcześniej nie pomyślał, że tak bardzo będzie mi brakowało miejsc, które z założenia nie są dla mnie pisane. Tymczasem bezustannie wracam do zdjęć z poprzednich wyjazdów, wracam do map, książek, szukam.
I mam nadzieję. Liczę na to, że w ludziach znów narodzi się zapał, że będzie się chciało.

Patrzę dookoła – wszystko się rozlazło. Diabelnie żałuję, że nie byłem świadkiem wielkości ext, nie uczestniczyłem w wydarzeniach, o których wiem jedynie z opowieści. Nie mogłem dorastać, szkolić się w środowisku, które stworzyło prężnie działające skupisko ludzi połączonych wspólną pasją. Tia, pierdu pierdu, łza w oku, patos, chwila zadumy. Darujmy sobie.

Wiem, że wszyscy mają jeszcze w sobie potencjał, że chcą, ale czegoś brakuje. Spoiwa? Wspólnego mianownika? Kogoś, kto pociągnie ten cały bajzel?

Z jednej strony mam “a czy to ważne”, z drugiej “fajnie by było”. I nie ma tu złotego środka. Wychodzi na to, że trzeba się zdecydować: łapać temat za wory, organizować terminy, zejścia, sprzęt, albo siedzieć biernie i marudzić, że świat sam z siebie nie staje się lepszy.

A póki co można powoli szykować sprzęt. Naładować akumulatory. Pooglądać szpej, poprawić mocowania na kasku, setny raz sprawdzić, czy uprząż dobrze leży, a kombinezon nadal nie przetarł się tam, gdzie nie powinien. Jeszcze trzy tygodnie. Mniam. Jaskinia Rysia czeka.

Share