Tag: Tatry

Tańczący z czekanami, czyli szkolenie lawinowe.

Przeglądając zdjęcia z ostatniego weekendu, umacniam się w przekonaniu, że przyroda lubi równowagę. Bo jeśli w niedzielę wykańczała mnie Jaskinia Miętusia Wyżnia, to w sobotę dzień wcześniej powinienem na swej drodze spotkać coś, co było fajne, pozytywne, dawało chęć do życia. I dokładnie tak było. Sobota poświęcona na zajęcia ze szkolenia lawinowego, oraz szkoleniu jak trzymać czekan z rakami by nie tylko nie podziurawić sobie organizmu, ale i w razie czego sobie nimi pomóc, była jednym z najbardziej pozytywnych dni wyjazdowych całości kursu.

szkolenie-lawinowe-1

Być może chodziło o pogodę, a może o lekki plecak, równie dobrze radość mogła wynikać z faktu, że nie do końca się gdziekolwiek spieszyliśmy i w końcu można było się wyszaleć jak dziecko. Z tarzaniem się w śniegu, z fajnymi zabawkami – takimi dla dorosłych, a wszystko to mając świadomość, że nie trzeba cisnąć się dwie godziny przez dziurę, by wypełznąć na powierzchnię. Po prostu cały ten dzień poskładał się w sposób który sprawił, że wszystko było na TAK.

szkolenie-lawinowe-5 szkolenie-lawinowe-3

Przeżuwając dziś paluszka, siedząc nad klawiaturą, nadal jestem pod wrażeniem jak wiele nauczyłem się przez zwykłą zabawę. Przez teoretycznie błahe ćwiczenia. Wtedy, w sobotę, kolejny raz rzucając się z uśmiechem na ustach w dół, nie byliśmy kompletnie świadomi, że właśnie nabywamy umiejętności, które (oby nigdy nie było takiej potrzeby) mogą uratować nam kiedyś życie.

szkolenie-lawinowe-14 szkolenie-lawinowe-11 szkolenie-lawinowe-10 szkolenie-lawinowe-9

Szkolenie lawinowe, zajęcia z czekanami i rakami… Całkowicie inaczej wyobrażałem sobie przebieg tej części kursu. Nadal się upieram, ta wiedza nigdy mi się nie przyda. W końcu Tatry zimą to syf, zimno, śnieg i jaskinie, w których woda wlewa się w dupsko. A tego zdecydowanie nie lubię, w związku z czym nie planuję zimową porą ruszać się w tamtą stronę.

szkolenie-lawinowe-18szkolenie-lawinowe-16 szkolenie-lawinowe-17

…więc dlaczego zamiast siedzieć nad notatkami i uczyć się się do egzaminu – stoję w oknie?

Share



Kurs Taternictwa Jaskiniowego: Jaskinia Marmurowa

Droga do jaskiń, podejście, ma kilka bardzo wyraźnych faz:

  • Faza zdziwienia: że tak cały czas pod górę?
  • Faza wyparcia: no chyba kutfa nie!
  • Faza kartograficzna: to tak daleko jak leci ta kreska na mapie?!
  • Faza kopulacyjna: ja to wszystko pier*lę!
  • Faza ejakulacyjna: jest!!! Doszliśmy!!!

Można także wyodrębnić poszczególne fazy występujące już po wyjściu z jaskini:

  • Faza radości: o jest! Słońce i ciepełko!
  • Faza wściekłości: o kutfa, gorąco, ale tu napierdziela słońcem!!!
  • Faza bolesna zejścia: ała, moje kolana…
  • Faza nadchodzącej beznadziei: nie, nie dam rady dojść na doł…
  • Faza beznadziei i smutku: umrę tu kutfa, wezmę umrę i zginę na tym zboczu i rozdziobią mnie kruki i wrony.
  • Faza analna: a w dupie mam jaskinie, więcej nie jadę!!!
  • Faza megakopulacyjna: ja pierd*lę ten kurs i jaskinie i wszystko!!!
  • Faza dojścia, czyli faza spoczynkowa: w końcu obóz! Gdzie moje piwo?!

Kilka dni później jest jeszcze pora fazy podziemnego Uroborosa: to jaka jaskinia następna?

Jaskinia Marmurowa.

Jak już wspominałem, to dzięki niej zaczynam patrzeć spod byka na Tatry. Dojście było piekłem, wyciągnęło ze mnie wszelką chęć do życia. Nie, nie jestem człowiekiem stworzonym do chodzenia po górach. Ale o tym przecież już było…

jaskinia-marmurowa-001

Jaskinia. Niepozorny otwór skrywał przede mną wszytko to, czego mogłem zaznać w dziurach. Pierwszy raz zdarzyło się, że nie wywiozłem z dołu praktycznie żadnych zdjęć. Całość akcji absorbowała uwagę w stopniu uniemożliwiającym bieganie ze światłem i aparatem.
Bo do poziomu sali deszczu jeszcze było zabawnie, jeszcze była przygoda, jeszcze była radosna wyprawa. Później już nie.

jaskinia-marmurowa-002

Zastanawiające jest, w jaki sposób działa moja psychika. Dobrze znane elementy wykonywane dziesiątki razy na ściance, nagle stają się czymś potwornie skomplikowanym. Nie tyle w swojej złożoności, kolejności kroków, ale… Ale. Takie nieznane Ale niosące ze sobą niebezpieczeństwo, Ale które nie dyszy w kark podczas ćwiczeń na sali.
Najlepsze jest to, że teoretycznie nie ma różnicy pomiędzy upadkiem z dziesięciu, a czterech dziesiątek metrów. Taki sam lot, takie samo uderzenie o dno, taka sama śmierć. No, może przy większej wysokości człowiek jeszcze zdąży się po drodze zesrać ze strachu. A jednak jest taki moment, gdy wisząc sam w Studni Kandydata, zacząłem się bać. No właśnie. Ale zaczęło dyszeć.

Jaskinia Marmurowa - M. Golicz.

Jaskinia Marmurowa - M. Golicz.

Wychodziliśmy już z jaskini. Deporęczowałem drogę, więc nie miałem za sobą żadnych głosów, świateł, dowodów na istnienie życia poza mną. Mozolnie prąc do góry, worując gdzieś w powietrzu linę, dotarłem do pierwszej przepinki. To była chwila, gdy mogłem na moment zatrzymać się, odetchnąć. Rozejrzeć.
W jaskiniach nie ma czerni, to nie jest ogarniająca wszystko czerń. Bo czerń jest niby pusta, ale ma swoją barwę, smak, temperaturę. Wnętrze jaskini jest wypełnione czymś innym. Wnętrzem jaskini chciałoby się powiedzieć. Nie wisiałem w powietrzu, nie byłem zawieszony w nicości. Wypełniałem sobą przestrzeń należącą do jakiegoś bytu, który mając taki kaprys – mógłby mnie wchłonąć. Rozmyć na swoich ścianach, dnie. Zupełnie, jakbym nurkował w żywej istocie otulony swoim kombinezowo-polarowym mikrośrodowiskiem, które miało mnie zabezpieczyć przed negatywnym oddziaływaniem nieprzyjaznego otoczenia. Jaskinia Marmurowa mogłaby mnie bez problemu wydrzeć z kombinezonu, zerwać z łba kask, przemielić, rozszarpać i pozwolić mi na powolne zarastanie białawą pleśnią.
Najwyraźniej powinienem od nowa zdefiniować pojęcie “przestrzeń pod ziemią”. To nie przestrzeń, to wnętrze tworu, w którym jestem jedynie gościem. Coś jakby wsadzanie ręki w majtki jurnej dziewoi. Niby jest miejsce, niby można zwiedzać, ale to jednak czyjś teren.
No i wilgoć w jaskini jest jakby mniej przyjazna.

Jaskinia Marmurowa - M. Golicz.
Wspiąłem się, pokonałem studnię, trafiłem do zacisków nad Studnią Kandydata. Uprząż obwieszona karabinkami idealnie klinowała się przy każdym wystającym kamieniu. Wór wypchany mokrą liną leciał na pysk. Kląłem, bardzo dużo kląłem. Bo łokcie, bo jaja, bo kolano, bo zaklinowanie, bo nie można oddychać, bo dupa się zsuwa bo nie pamiętam jakim sposobem wcześniej udało mi się przecisnąć na dół.

Jaskinia Marmurowa - M. Golicz.

Więc podarowałem sobie dwie minut. Takie tylko dla mnie. W pozycji, która teoretycznie powinna skutkować złamaniem kręgosłupa, skręceniem karku, wygięciem kolana w drugą stronę i szramą na pysku. Dwie minuty w ciszy, na uspokojenie oddechu, wytłumaczenie sobie, że przecież nigdzie mi się nie spieszy. Że trzeba powoli, systematycznie, centymetr po centymetrze. I że nie ma opcji, żeby się poddać, bo przecież jeśli nie wylezę, to Ajax przyjedzie w Tatry i zejdzie do jaskini po to, by mnie zjechać jak burą sukę, zabić, wskrzesić i jeszcze raz zabić przy wykorzystaniu tak wyuzdanych tortur, że nawet Wielki Hiszpański Inkwizytor puściłby pawia widząc to, co jest mi czynione.
A gówno prawda. Wyszedłem, bo obiecałem.

Jak w takim momencie zachowują się ludzie, którzy nie mają do czego wracać?

Jaskinia Marmurowa jest piękna. Pewnie tak będę pisał o każdej z odwiedzonych jaskiń. No ale jest piękna, co mam na to poradzić?
Jest w niej coś niedostępnego. Takiego poza zasięgiem. Ściany Studni Kandydata – to chyba o nie chodzi. Pnące się 40 metrów w górę, od nicości w dole, po niemą nicość gdzieś nad głową. Jadąc w dół, czy wspinając się wzdłuż nich, nie mogłem ich dotknąć. Towarzyszyły mi przez całą drogę dumnie prezentując swoje walory, ale jednocześnie były całkowicie niedostępne. Musiałbym się okrutnie rozbujać, by znalazły się w moim zasięgu, bym mógł je musnąć, dotknąć. A na to jeszcze nie jestem gotowy.

jaskinia-marmurowa-006Wyjście.
Pierwsze promienie słońca wpadające do dziury, pierwsze głosy dobiegające z góry. Wygramoliłem się na powierzchnię, siadłem na dupsku. Gdzieś za moimi plecami dziura do -126, przed twarzą majaczące niżej doliny. Pomiędzy nimi zawieszony ja. Jakoś tak bardzo na krawędzi. Nienawidzący Tatr, gór, jaskiń.

jaskinia-marmurowa-007

Dajcie jeszcze.

*****
Podziękowania dla Mateusza Golicza za zdjęcia.
Share



Jaskinia Marmurowa – dojście, czyli nienawidzę Tatr.

21 lipca 2015 roku. To oznacza z grubsza tyle, że minęła ponad połowa wakacji. Czyli sezonu urlopowego, wypoczynkowego. O ile ma ktoś szczęście.
Oznacza to także, że za moment minie także i sierpień. I znów obudzimy się któregoś dnia, a za oknem zamiast zieleni – będzie można dostrzec jedynie resztki brązu i wszechobecną szarówkę. I trzeba będzie uciekać przed zimnem i szukać schronienia. To w mieszkaniu, to w knajpie, to pod ziemią.

Za szybko leci ten czas. Przez moment wydawało mi się, że świat stanął w miejscu. Kilka chwil później, Wszechrzecz pchnięta do przodu przez pęk warkoczy wkręconych w mikser, nabrała jakiejś szalonej prędkości. I toczy się wszystko i pędzi i cwałuje. Aż momentami może się wydawać, że to wszystko tak jakby trochę wymyka się spod kontroli.

Coraz dalej, coraz szybciej, na coraz węższym szlaku z coraz mniejszym poboczem, na którym można znaleźć chwilę oddechu.
Podoba mi się to.

*****

Ostatnie dwa dni zastanawiałem się, jakim sposobem dałem się wpakować w kurs. Dlaczego nie zaświtało mi we łbie jak bardzo niekompatybilny jestem z wszystkim, co wiąże się ze zdobyciem Karty Taternika Jaskiniowego. Przecież ja nie lubię gór. Nie widzę sensu we włażeniu gdzieś przez cztery godziny jedynie po to, by po chwili znów złazić. To wszystko co wiąże się z górami, jest wbrew zdrowemu rozsądkowi, instynktowi, to szukanie na siłę urazów, niebezpieczeństw, zagrożenia w takiej formie, jaka mi kompletnie nie odpowiada. Już wolałbym posiedzieć w domu zabijając czas graniem w WOT, niż cisnąć pod górę mając na plecach ponad dwadzieścia kilogramów.

Pokonując kolejne metry dwa dni temu, zrozumiałem, jaką rolę mają góry w moim życiu. Ni mniej, ni więcej, tylko stoją mi na drodze do jaskiń. Nie są dla mnie wartością samą w sobie. Obcowanie z nimi jest mi zupełnie obojętne. Ładne widoczki można sobie pooglądać siedząc w wygodnym fotelu przed 50calowym telewizorem. Z puszką piwa w ręce i świadomością, że potknięcie się w mieszkaniu grozi co najwyżej obitym pyskiem. No dobra. Może i złamaną ręką. Ale nie lotem kilkadziesiąt metrów w dół.

Tfu!

Sobota. Cel: Jaskinia Marmurowa. Gdzieś nad Małą Świstówką zostałem na moment w tyle. Chciałem zrobić kilka zdjęć. Przystanąłem.

2015-07-19-491

Nigdy nie mogłem sobie wyobrazić, jak wygląda lawina zabierająca człowieka. Jak to jest możliwe, by połać śniegu miała na tyle miejsca, siły, możliwości, by zsunąć się gdzieś w dół zabierając ze sobą wszystko, na co natrafi.
W sobotę gdy tam stałem, miałem przed sobą wielką, zieloną połać. Gdzieś po lewej, kilkanaście metrów od ścieżki była granica życia. Zsunąwszy się tam – nie miałbym już szans na przeżycie. Bezmiar zieleni rozciągający się nad urwiskiem, tym razem wyglądał prawie przyjaźnie. Na pewno niewinnie. Ale w głowie mi się nie mieści, w jaki sposób miałbym przejść po nim zimą. Rzut kamieniem od lotu w kierunku wiecznej zimy, zastraszany od prawej widmem zsuwającego się śniegu, rozrywany od środka strachem przed postawieniem kolejnego kroku.
Nie jestem pewien, czy byłbym w stanie przejść ten odcinek.
Nie, nie, nie.

Tfu.

Przyspieszyłem kroku. Dogoniłem zespół, kontynuowaliśmy marsz w stronę otworu. Nigdy wcześniej nie stawiałem tak uważnie każdego kroku. Bałem się potknąć. Bałem się wiatru. Utraty równowagi. Czknięcia, kichnięcia, machnięcia ręką. Bo przecież po lewej, 30 cm od buta jest koniec pierwszej półki i można spaść w dół, może nie za daleko, bo ledwie z 3 metry, ale niżej jest pochyło i tam bym nie wyhamował, a później nie ma już nic i poczułem się tak cholernie mały i bezbronny. Stałem z plecakiem na jednym z pryszczatych skrajów wielkiego masywu utworzonego wieki temu przez lodowiec. Ja, nie mający prawa mierzyć się skalą z tym kolosem, ja, znaczący mniej, niż jeden podmuch wiatru, wdrapałem się na górę z plecakiem pełnym sprzętu. I stoję bezczelnie rozglądając się dookoła. I jakby to miało być niewystarczającym nietaktem z mojej strony, za moment wydrę tej górze kolejne centymetry pchając się tam, gdzie nikt normalny wchodzić nie powinien. Gdzie przełamię kolejną granicę, poza którą już nie ma różnicy czy spada się z pięciu metrów, czy z trzydziestu. A to wszystko po to, by zejść ponad 120 000 milimetrów w dół do mikroskopijnej salki pełnej piachu.

I stoję. Oto ja. Mający u stóp świat rozciągający się gdzieś w dole. Ja. Niczym pchła, która przeszła po grzbiecie lwa od czubka lwiego nosa po sam odbyt. I to nie jest moje ostatnie słowo.

Przy wejściu do jaskini zrzucam plecak. Wchodzę jeszcze kilka metrów wyżej, rozglądam się.

2015-07-19-515

Rety, jak tu pięknie.

Bezsilność z nadmiaru piękna. 

(cdn.)

Share



Kurs Taternictwa Jaskiniowego: Jaskinia Czarna

Wstrząs.
“Wstrząs” jest słowem najlepiej oddającym to, w jaki sposób zareagowałem na pierwsze zderzenie się z Tatrami. O ile ten przedsionek, przedpokój, można było tak nazwać. Bo nie mam prawa pisać “byłem w górach, zdobywałem szczyty Tatr”, jeśli tak naprawdę nie ruszyłem się poza Dolinę Kościeliską.

Tak, zgadza się. Nigdy wcześniej nie byłem w Tatrach. Nie lubię gór. Są zbyt… górzyste. Trzeba wchodzić kilka godzin na coś, z czego po chwili trzeba zleźć. No gdzie tu logika? Na Jurze jest łatwo i prosto: zazwyczaj z parkingu jest tylko kawałeczek drogi do jaskini, więc dojście do dziury, jest tak naprawdę spacerem.
A tutaj? Dwie godziny w górę, dziura, dwie godziny w dół… Żeby to jeszcze jakaś ścieżka fajna była, deptaczek, schodki, czy coś w tym stylu, to nie. Pysk w krzaczory i wspinaczka z plecakiem pod górę, pomiędzy drzewami. Jak jakaś przerośnięta, garbata wiewiórka.

jaskinia-czarna-DSC01539

jaskinia-czarna-20150620_103854

jaskinia-czarna-20150620_112616

Jaskinia Czarna.

Czarna dama. Pierwsze wrażenia: z rozwartej paszczy wieje jakąś taką przyjazną atmosferą.
Nawet nie mam czasu zrobić zdjęcia wejścia – od razu pod czujnym okiem instruktora, pierwszy raz w życiu, biorę się za poręczowanie drogi. Przerażające…

…a jednocześnie niezwykłe. Do tej pory, na ściance, budując linową trasę, byłem jej jedynym użytkownikiem. Wszelkie błędy, które mogły mi się trafić, odbiłyby się tylko na mnie. No, może jeszcze na instruktorze, który poszedłby siedzieć. Tym razem, po stanowiskach które robię, mają przejść inni ludzie. Niby nic nie może się wydarzyć, w końcu to kilka powtarzanych w nieskończoność węzłów, przecież wszystko co robię, jest sprawdzane przez kogoś mądrzejszego, ale jednak…

Chyba nawet w miarę sprawnie udaje mi się pociągnąć liny, przygotować drogę do zejścia. Kilka(naście?) minut od założenia pierwszej ósemki, stoję na dnie pod otworem głównym. Będąc już na dole, ponad dwadzieścia metrów poniżej poziomu wejścia, spoglądam do góry. Drogą, którą zbudowałem, podążał kolejny człowiek. Tak… Zawsze w jaskiniach byliśmy za siebie współodpowiedzialni, pilnowaliśmy, by nikt nie został, by wyszła ta sama ilość ludzi, która weszła… Tym razem wszystko było jakby poziom wyżej.

Sześć dusz zawieszonych na zaufaniu do Emilowych węzłów.

jaskinia-czarna-DSC01549

Szczęśliwie wszystkie węzły i stanowiska wytrzymały. W końcu nie mogło być inaczej.

*****

Jaskinia Czarna. To, czego szukałem schodząc w jej głąb, to przestrzeń. Miałem nadzieję, że tatrzańskie dziury będą w stanie zaoferować mi to coś, czego brak zawsze odczuwałem na Jurze. Z jednej strony może się to wydawać nielogiczne: schodzić do dziury po to, by odnaleźć bezmiar, którego więcej miałbym na wyciągnięcie ręki na powierzchni. Jednak z drugiej strony może właśnie na tym polega cała magia… Pchać w miejsce, które wydaje się, że chce zacisnąć, zdusić, zdławić… i odkryć tam możliwość odetchnięcia pełną piersią?

Partie Tehuby pozwoliły złapać taki głębszy wdech. Tego dnia, to one były celem naszej wyprawy.

jaskinia-czarna-partie-techuby

jaskinia-czarna-DSC01567

jaskinia-czarna-DSC01579

Jaskinia Czarna, część, którą odwiedziliśmy – wspomnienie jej, budzi we mnie niesamowite emocje. Dziura ta wydaje mi się bez mała… pluszowa. Przytulna. Ani nie za duża, ani za mała… Technicznie – odrobinę wymagająca, wysiłkowo – pozwalająca się trochę spocić. Stawiająca przed gościem kilka zagadek, ale tych przyjemnych, niemęczących.

I to właśnie w Czarnej pierwszy raz zdarzyło mi się, że miałem chęć przystanąć pod ścianą. Zagapić się na nią. Zapomnieć o całym świecie.
Nigdy nie byłem wielkim fanem szaty naciekowej. Akceptowałem jej obecność, starałem się nic nie uszkodzić, ale nie budziła ona we mnie jakichś większych emocji, nie gwarantowała uniesień. Tym razem było inaczej. Mając przed sobą ciągnącą się przez kilkanaście metrów ścianę, naznaczoną efektem pracy miliardów kropki, poczułem się maleńki. Ogrom roboty wykonanej przez skapującą, płynącą ciecz uświadamiał, jak bardzo niczym jest się wobec nieskończonej cierpliwości czasu i wody.

jasknia-czarna--2011-11-26-396

jaskinia-czarna--2011-11-26-388

Nawet nie wiem, kiedy minęło na dole całe 6 godzin. Przecież tylko zrobiliśmy trzy kroki, ledwie prześlizgnęliśmy się przez Rurę Ze Stalagmitem, nawet nie spędziliśmy sekundy pod Białą Płytą, gdy nagle okazało się, że Sala Pod Głazem została za nami i można było wracać, odwiedzając jeszcze na moment Pochyły Korytarz i… i… i…
…i już? Koniec? Mamy wracać? Bez sensu…

jaskinia-czarna-DSC01563

jaskinia-czarna-DSC01599

jaskinia-czarna-DSC01612

Lecz co poradzić… Wracamy.
Wyjście z jaskini nie stanowiło większego problemu. Niestety, wdrapanie się na powierzchnię nie oznaczało w tym przypadku końca wyprawy. Czekało nas jeszcze zejście do doliny i przemarsz samą doliną: ponad godzina walki z ujeżdżającym spod tyłka gruntem i kolejna godzina marszu, gdy za każdym krokiem plecak staje się jakby cięższy.

jaskinia-czarna-20150620_181239

Podróż ta mięła bez większych uniesień, bez dostrzegania chwytających za serce zjawisk, bez doceniania piękna Doliny Kościeliskiej. Nie było we mnie miejsca na dostrzeganie jakiejkolwiek formy piękna – była ona momentalnie wypierana ze przez wszechwypełniające mnie zmęczenie.

Szczęśliwie, wieczorową porą docieramy do naszej noclegowni.
Wstrząs. Zaczynam się trząść. Nie wiem, czy ze zmęczenia, czy z zimna?
Zaczynam sobie zadawać pytanie: po co mi to wszytko. Po co zrobiłem sobie “Tatry”?

*****

Niedziela. Późny wieczór. Zawinięty w koc, po raz setny przeglądam zdjęcia i filmy z wyprawy. Nadal, skrawkiem emocji jestem w Jaskini Czarnej. Chyba gdzieś w głębi duszy mam nadzieję, że podnosząc w górę wzrok, natknę się na… Sam nie wiem.

Bo wychodzi na to, że dużo się zmieniło.

Bo czasami człowiek ma nadzieję, że coś się w końcu uda. Że tym razem złośliwy los nie wyrwie człeka z pędu ku czemuś, co niegdyś wydawało się całkowicie nieosiągalne: poza możliwościami, poza siłami, poza posiadanymi zasobami.

Czasami człowiek zaczyna się nieśmiało uśmiechać. Pomimo, że momentami jest trudno. Ciężko jak cholera, kiedy kolejny krok do przodu, w kierunku szczytu, jest prawdziwą mordęgą. Gdy każdy oddech rozdziera człeka w środku, rozszarupje i rozrywa, zaś wpychany w obsypujące się szczeliny klej, zamiast scalać – żre, pali i utrudnia kolejne ruchy.

Droga do celu. Teoretycznie można pozwolić sobie na uniesienie głowy w górę, marzenie, że uda się zdobyć to, co człowieka już raz pokonało. Trzeba tylko zrobić ten pierwszy, najboleśniejszy krok. A za nim kolejne, o wiele bardziej bolesne od tego pierwszego. I kolejne. Równie-bolesne-plus-jeden.

Dziwne to wszystko. Tak naprawdę zapakowałem się w świat, który jest mi zupełnie obcy. Który wiem, że istniał, ale zawsze bł gdzieś z boku. Nieosiągalny. Bo po co? W końcu dolina też potrafiła dostarczyć równie wielkich uniesień.

A jednak. A jednak ten łeb wykręca się gdzieś ku górze…

jaskinia-czarna-2011-11-26-434

– No, kupcem można być i można nie być, to zależy od pana…


Uwaga: poniższe notatki są moimi osobistymi zapiskami, zbiorami informacji mogącymi mi się przydać kiedyś w przyszłości. Nie należy ich traktować jako materiał szkoleniowy, instruktażowy, porady czy sugestie. Informacje pochodzą z jaskiniepolski.pgi.gov.pl, kktj.pl i moich własnych materiałów.

Lokalizacja: Główny i drugi otwór jaskini znajdują się w Dolinie Kościeliskiej, w masywie Organów, wśród skałek u podnóża Czarnej Turni.

Dojście #1: Do głównego otworu jaskini podchodzimy z Hali Pisanej, początkowo żółtym szlakiem sprowadzającym z Jaskini Smocza Jama T.E-08.07. Po kilkudziesięciu metrach skręcamy w lewo, w górę stoku wyraźną, wydeptaną ścieżką. Ścieżka ta prowadzi stromo w górę, początkowo przez las, następnie żlebem. W górnej części żlebu skręcamy na lewo przez wiatrołom do otworu jaskini.

Dojście #2:

  • Start: Kiry, idziemy Doliną Kościeliską
  • Brama Kantaka
  • Wyżnia Kira Miętusia
  • Mijamy Lodowe Źródło mając je po lewej
  • Brama Kraszewskiego
  • Polana Niżnia Pisana (parking dla koni)
  • Wchodzimy na lewo na Polanę Wyżnią Pisaną
  • Żółtym szlakiem “pod prąd”
  • Zakręt w lewo w wydeptaną ścieżkę.
  • …i pod górę.

Okolica:

  • Naprzeciwko Lodowego Źródła po drugiej stronie doliny: Kominiarski Przysłop
  • Z Niżniej Polany Pisanej widoczne (w stronę Jaskini Czarnej): większe po prawej – Zdziary, mniejsze na lewo od Zdziar – Czarna Turnia (u podnóża Jaskinia Czarna), na lewo od Czarnej Turni – Organy.

Pliki:

2015-09-2511_04_41-Jamnik-t-czarna jaskinia-czarna-dojscie-skan jaskinia-czarna-partie-tehuby

Share



Tatry

Ciekawa rzecz w sumie…

….bo przygotowując się do najbliższego wyjazdu, z jednej strony nie wychodzę zakresem wykonywanych czynności poza to, co robiłem szykując się na Jurę, lecz z drugiej strony jest jakoś… Obco. Jakbym miał jechać nie w inny rejon, ale do innego świata.

Gdzieś we łbie tkwi obawa przed Tatrami. Bo to nie skałki 100km od domu, bo tam jest z czego spaść, bo tam są “prawdziwe” jaskinie. Sraty taty. Równie łatwo można się zabić w Czarnej, co i w Cabanowej. Wystarczy tylko mieć odpowiedniego pecha.

Pakuję się. Przeglądam sprzęt. Porównuję stan z listą. Sprawdzam notatki. Co chwilę dopisuję coś do listy.
Zupełnie, jakbym miał wyjechać na pół roku w środek dżungli. A przecież najbliższa wyprawa nie różni się niczym od dotychczasowych dziur! No, może trochę głębiej i trochę dalej. I ciut dłużej na dole. Skąd więc te wszystkie emocje?

…bo to Tatry? Bo nigdy tam nie byłem? Bo muszę dopytywać, jakie mam zabrać ciuchy, bo nawet nie mam pojęcia, czy tam gdzie idziemy jest jeszcze śnieg?!

To będzie ciekawe doświadczenie. W końcu do tej pory, jaskinia była celem samym w sobie. W chwili obecnej, droga przez Tatry jest czymś, co stoi pomiędzy mną, a wejściem do dziury. Pytanie brzmi: czy ten przemarsz sam w sobie stanie się jakąś wartością? Czymś, co wzbudzi jakiekolwiek pozytywne emocje? Czy może znienawidzę wielogodzinne targanie gratów pod górę i zatęsknię za płaską Jurą?

Jestem tego ciekaw.

*****

W międzyczasie domyka mi się we łbie ostatni wyjazd. Wyklarowały się dwa jasne wnioski, o których warto będzie pamiętać:

– Na ciasne szczelinówki nie warto brać kamery. Nie ma dla niej miejsca  – to raz. Dwa: N8 lepiej się sprawdza w takich warunkach.

– Spadek po Jaskini Dującej, czyli kwestia pchania się w dziury: jeśli był problem z zejściem, to przy wyjściu mogąc korzystać z obejścia – należy to zrobić. No chyba, że to Jaskinia Dująca i miejsce, z którym mam do wyjaśnienia jedną taką kwestię… 😉

I chyba miło było w końcu ruszyć się gdzieś poza standardowy teren. Poza Jurę, w Beskidy.
Zobaczymy, jak w tym wszystkim odnajdą się Tatry…

*****

Środa wieczór. Siedzimy w klubie. Pochylony nad szkicem technicznym, próbuję wyliczyć, ile kawałków liny będzie nam potrzebne na dojście do celu. Mnożą mi się karabinki, plączą słupki, w głowie brzęczą jakieś plakietki.
Kawałek dalej, przy wielkim stole kilkoro klubowiczów planuje sobie zejście do innej jaskini. Rozglądam się po pomieszczeniu.
Na ścianach mapy i szkice dziur. Jakiś plakat ze wspinającym się kolesiem. Kilka węzłów, mała biblioteczka poświęcona górom i dziurom. Nad stołem papierowe nietoperze. Po lewej magazyn.
Gdzie ja do cholery trafiłem?
Przecież to nie ma nic wspólnego z beztroskim, weekendowym czołganiem się w błocie. Tu są jakieś plany, wyliczenia, tu nie ma miękko i pluszato i piwo pod wyjściem. O co tu chodzi?!

Po co? Dlaczego?

Oby było warto.

Share

Tagi: