hoł hoł hoł, dzyń dzyń cyc.

Spadł śniego jego mać. Szarobiały kołderka przykryła chodniki, ulice, dachy. I nadal przykrywa mniej lub bardziej osłonięte głowy przechodniów słodko rozjeżdzających się na zmarzniętej skorupie pokrywającej chodnik. Nic tak nie pobudza, jak wsłuchwiania się w radosne ‘urwał nać!’ dobiegające zewsząd. Przynajmniej wiem, że nie tylko ja rozpoczynam ten dzień z niesamowitą energią do życia 😉

A mogło być tak pięknie. Wyobraźcie sobie, że zamiast śniegu – z nieba spadają cycki. Zależnie od obfitości opadów: cycki małe, cycki duże, a w przypadku cycko-śnieżyco-zamieci – gigantyczne bimbały. O ile więcej by wtedy było radości na świecie! Jakże chętnie ojcowie by wtedy brali dzieci na cyc-sanki, tarzali się z potomkami w cyc-śniegu, rzucali cyc-kulkami i skakali z dziećmi po cyc-zaspach. Nawet i od-cyc-śnieżanie samochodu sprawiałoby frajdę człowiekowi! Wychodzisz w cyc-zimie z domu, podchodzisz do auta, a tu witają Cię na szybie zmarznięte cycki ze stojącymi sutkami. Sama rozkosz! Wtedy zamiast kląć pod nosem – radośnie zabierzesz się za od-cyc-śnieżanie używając dłoni lewej, prawej dłoni, obu dłoni jednocześnie, a jeśli kogoś najdzie ochota – nawet i twarzy! Cóż za cyc-rozkosz!

Zejdźmy jednak na ziemie… Chwyćmy skrobaczkę w dłoń i zeskrobujmy przymarznięte, śnieżne dziadostwo dzielnie trzymające się szyby. Nie ma cyc-opadów. Jedyne co może być, to wielki penis narysowany palcem na szybie przez jakiegoś gimnazjalistę o twarzy niezmąconej myśleniem.

Share