• "date": "29 marca, 2012"
  • "title": "Tam, gdzie słońce nie dochodzi."
  • "blogger_blog": "30lat.blogspot.com"
  • "blogger_author": "30lat"
  • "blogger_permalink": "/2012/03/tam-gdzie-sonce-nie-dochodzi.html"
  • "blogger_internal": "/feeds/6495723430140596885/posts/default/1431793426578616747"

[Tekst poczyniony na potrzeby firmowego pisemka. Wrzucam też tutaj, byście nie myśleli, że zapomniałem o 30latku]

W życiu każdego Prawdziwego Mężczyzny nadchodzi taki moment, gdy jako odpowiedzialny za siebie i rodzinę samiec, najchętniej rzuciłby wszystkim łącznie z żoną i dziećmi, spakował manatki i zapadł się pod ziemię. Część z nas – Prawdziwych Samców – odnalazła swój spokój, swą świątynię dumania w miejscu, gdzie kartofel z wekiem się spotyka, a szczur przebiegający nocną porą kawałek opony z roweru spożyje. Znaczy się w piwnicy. Każdy wie, że w tym miejscu ZAWSZE jest coś do zrobienia: a to słoiki poprzestawiać trzeba, a to śrubki poukładać, rower do sezonu przygotować należy, a w razie braku innego sensowniejszego powodu wielogodzinnego przebywania w piwniczce – zawsze można podjąć próbę nauczenia piwnicznych pająków gry w warcaby.

Co ma zrobić nieszczęśnik, który z racji takich a nie innych warunków mieszkaniowych pozbawiony jest podpiwniczenia? Jeszcze pół biedy, jeśli persona taka mieszka na parterze – zawsze może zerwać kilka paneli z podłogi i niczym bohater Wielkiej ucieczki urządzić skromny osobisty podkop pod budynkiem. Jednak gdzie tu szczytny cel, jeśli zamiast podkopem – można prościej wydostać się na zewnątrz drzwiami, ewentualnie w przypływie kaskaderskiego uniesienia – oknem?

W takich przypadkach z pomocą przychodzą dziury zewnętrzne obcego pochodzenia. Znaczy się jaskinie.

Oczywiście dla mniej wymagających mamy zjawiska typu Jaskinia Łokietka, Sztolnia Czarnego Pstrąga etc. czyli miejsca, gdzie można uprawiać podziemną turystykę człapaną, spod znaku kebaba i budki z piwem. Dla prawdziwego Samca kipiącego testosteronem i chęcią udowodnienia sobie, jak twarde ma… nerwy, znajdzie się coś odpowiedniejszego w naszej najbliższej okolicy.
Będą to miejsca tak mroczne i wilgotne, że nawet ośmiornica mogłaby się nabawić klaustrofobii, a sam Wodnik Szuwarek mógłby nabrać wstrętu to wody. Będą to miejsca tak ciasne, że pośpieszny autobus z Zabrza do Katowic w czasie zajęć akademickich nie pozostawia mniej miejsca by zaczerpnąć powietrza. Będą to miejsca przesycone grozą, ciemnością, wszelkimi odmianami, gatunkami i podgrupami klaustrofobii, miejsca, po wyjściu z których człek cieszy się nawet na widok znienawidzonej teściowej, a dźwięk jej jazgotu jest niczym miód dla uszu po przerażającej ciszy, w której było dane spędzić ostatnie kilka godzin…

Spora część mieszkańców Śląska słyszała o Dolinie Sportowej Dolomity, jednak niewiele osób wie, że pod nią ciągną się najprawdopodobniej setkami kilometrów stare chodniki – pozostałości kopalni rudy ołowiu.
Po otrzymaniu wszelkich niezbędnych pozwoleń oraz skompletowaniu niezbędnych precjozów do bezpiecznej wyprawy, można zapuścić się w głąb chodników, gdzie jest tak samo ciemno, jak i mokro. Potężna część kopalni jest zalana, zwiedzanie odbywa się w większość po kolana lub po pas w wodzie. Niezapomnianą atrakcją są zatopione w wodzie deski, belki, oraz inne sprzęta czyhające tylko na to, by walnąć w nie goleniem, potknąć się o nie i zaliczyć pełne zanurzenie w wodzie, której picia nikt by nie zalecił.
Z racji wielkiej wilgotności połączonej z koniecznością brodzenia, po pas w wodzie, zwiedzanie chodników wymaga zaopatrzenia się w kombinezon tzw. OP1, który poza tym, że chroni spacerowicza przed wodą, to dodatkowo broni współtowarzyszy w przypadku zapachu, który mógł być skutkiem podziemnego strachu. Ogólnie całość wyprawy można określić jako prymitywną formę SPA połączonego z gimnastyką podwodną: błoto lecące z każdej strony doskonale wpłynie nawet na najbardziej zniszczoną cerę, pół dnia z kuprem w wodzie nawodni najgłębsze warstwy skóry, a ciągłe mrużenie oczu w ciemnościach, wyprostuje każdą zmarszczkę mimiczną. Nic, tylko korzystać!

Główną atrakcją kopalni są miejsca, gdzie w chodniku metrowej wysokości woda sięga 50 centymetrów. Człek w takich warunkach jest w stanie odkryć w sobie niebywałe pokłady równowagi, która jest jedynym gwarantem tego, że w przypadku potknięcia w takim tuneliku nie dobędzie się spod wody radosny bulgot nurka-mimo-woli.

Ktoś mógłby zarzucić, że pół dnia spędzone po pas w błocie nie jest niczym pasjonującym, a sprowadzanie stanu swojego organizmu do poziomu szczęśliwego prosiaka wytarzanego w szlamie nie przystoi osobom ‘nadgryzionym zębem czasu’. Może i jest w tym trochę racji, jednak ma ona minimalne znaczenie wobec bezmiaru szczęścia przepełniającego człowieka, gdy po kilku godzinach wychodzi na światło dzienne obiecując sobie: “nigdy więcej nie wejdę do tego bagna. Tzn. z pewnością nie przez najbliższe dwa tygodnie, ale potem to może i nawet, no dobra, może znów za tydzień…”

Jeśli ktoś nie jest miłośnikiem sportów podziemych-prawie-wodnych, może udać się odrobinę na wschód w okolice Krakowa, gdzie czekają na zwiedzających dwa nieco przyjaźniejsze miejsca: Jaskinia Twardowskiego i Jaskinia Jasna. Obiekty te są idealnym miejscem dla osób, które przed nadchodzącym sezonem letnim chcą poćwiczyć wciąganie brzucha – jak wiadomo, zdolność ta jest szczególnie przydatna na plaży, gdy mijają nas jurne dziewoje kusząco kręcące biodrami.
Jaskinia Twardowskiego to doskonałe miejsce na rozruch zarówno fizyczny, jak i umysłowy. Najtęższe umysły mogą spędzić godziny zastanawiając się, skąd wzięto nazwy poszczególnych sal jaskini. Dopiero dokładne przebadanie zawartości pomieszczeń pozwala odkryć, że Salka Z Belką wzięła swą nazwę od starej belki z gwoździem, która służy głownie do potykania się o nią, zaś Salka Z Tabliczką to nic innego jak… salka z wykutą małą tablicą w ścianie. Ułańska fantazja odkrywców sal potrafi zniszczyć nawet największe mózgi…
Jaskinia Twardowskiego, na której się skupimy, to jak najbardziej naturalny twór. W przeciwieństwie do wspomnianej wcześniej kopalni, nie mamy tu prawie wcale do czynienia z błotem, za to miejscami kamulec sypie się na bogato. Czyni to w takiej różnorodności kształtów i ilości ostrych krawędzi idealnych do rozbijania kolan, że człowiek nie jest w stanie przewidzieć, o co jeszcze może się uderzyć. Jakkolwiek by się nie czołgać i przeciskać w którąkolwiek stronę, zawsze znajdzie się jakaś radosna skałka, która tylko czeka na to, by przypomnieć nam boleśnie o wszystkich stawach, jakie nasz organizm posiada.
Czas spędzony w Twardowskim to głównie walka z własnym strachem przed zaklinowaniem się w którejś z dziur, stawianie czoła zmęczeniu podczas czołgania się krętych tunelikach, oraz niesamowita radość w momencie napotkania miejsca, gdzie można się swobodnie rozprostować, korzystając z niewyobrażalnie wielkiej przestrzeni trzy metry na metr przy stropie na wysokości 60 cm.
Na ambitniejszych speleologów czekają bardziej wymagające odnogi, które do zagłębienia się weń wymagają odrobiny pokombinowania “jak dopasować swój organizm do otworu”. Zazwyczaj wystarczy obrócić się na brzuch i zjechać kawałek głową w dół by później obrócić się na plecy, a następnie przekładając nogi nad głową z jednoczesnym okręceniem się wokół własnej osi i przepleceniem rąk wokół głowy i lewej nogi przechodzącej pod prawą pachą, zrobić prawie-fikołka z jednoczesnym odbiciem się prawą nogą i lewą nogą od sufitu i dna, by prześlizgnąć się kawałek po błocie będąc wygiętym do tyłu trochę ponad 90stopni. A później to już jest łatwo – wystarczy udawać przerośniętą dżdżownicę radośnie borującą w podkrakowskiej ziemi.

Fani prędkości także znajdą coś dla siebie: jeden z tuneli Twardowskiego (a dokładnie Piaskowa Rura) jest idealny do uprawiania podziemnego saneczkarstwa. Kilkunastometrowy korytarz ostro spadający w dół, daje możliwość solidnego rozpędzenia się na błotku pokrywającym drogę ku piekielnym czeluściom. Oczywiście o ile człowieka nie przeraża zjazd w tunelu niewiele szerszym niż ramiona dorosłego mężczyzny.

Żarty żartami, ale bądźmy przez chwilę poważni i odpowiedzmy na pytanie: po co to wszystko?
Odpowiedź jest prosta: by na chwilę zapomnieć, odciąć się od pędu codzienności, wyhamować solidnie i oczyścić głowę z wszystkiego, co w powszednie dni nas męczy. Idąc, pełznąć, brodząc czy czołgając się pod ziemią, wszystkie zmysły wyostrzają się jedynie na to, jak bezpiecznie przebyć kolejny odcinek podziemi. Nie ma miejsca na zastanawianie się, czy nie do końca lubiana ciotka męża kuzynki mojej szwagierki nie wpakuje nam się w niedzielę na kawę, nie jest ważny wynik ostatnich wyborów, a cena paliwa jest ostatnią rzeczą, która nas obchodzi kilka kilometrów od wyjścia na powierzchnię.
Niesamowitych wrażeń potrafi dostarczyć to, co oferuje swoim gościom podziemie: chodniki, w których człowiek może odnieść wrażenie, że cofnął się o kilkadziesiąt lat wstecz, widok podziemnych studni z wodą tak czystą, że jedynie odbicie światła w jej tafli sygnalizuje nam jakąkolwiek ciecz po nogami, idealna cisza, którą zakłóca jedynie nasz własny oddech.
Czasami pomimo kilku godzin spędzonych pod ziemią, człowiek wychodzi nie tyle zmęczony, co o wiele silniejszy. Świadom swojej wytrzymałości, napędzony satysfakcją ze zwycięstwa nad własnymi słabościami i strachem uświadamiasz sobie, że codzienne problemy to nie koniec świata. Bowiem czym jest denerwująca wszystkich, gderająca ciotka wobec sytuacji, w której trzeba było się rozebrać pod ziemią, bo inaczej zaklinowane dupsko nie chciało prześlizgnąć się przez zacisk.

Jest jeszcze jedna rzecz, bardzo prosta, ale jednak dająca wielką radość. Moment, gdy wypełzając spod ziemi na powierzchnię gdzie jest kilkunastostopniowy mróz, można natknąć się na jakiegoś spacerowicza. Mina takiego człowieka – bezcenna: wszak właśnie wypełzło przed nim z ziemi coś, co przypomina połączenie ubłoconego warchlaka z okablowanym żółwiem ninja ubranym jedynie w lekki kombinezon. Cóż, wszak pod ziemią zawsze jest tych kilka stopni na plusie.
Nie pozostaje nic innego, jak powiedzieć zdziwionemu jegomościowi “dzień dobry” i wrócić innym wejściem do jaskini, gdzie w ciszy i ciemności czeka radosna mordka sympatycznego nietoperza sennie dyndającego z sufitu.

Uwaga: opisane wyprawy odbyły się za zgodą właścicieli obiektów, pod czujnym okiem doświadczonych grotołazów, z zastosowaniem wyspecjalizowanego sprzętu. Odradzam organizowania samemu tego typu wypraw przez osoby nieposiadające odpowiedniego doświadczenia.

Share

Jestem pełna podziwu! Mnie samo wyobrażanie sobie tego przyprawia o klaustrofobię, ale ja preferuję otwarte przestrzenie. 2 tysiące metrów nad ziemią ze skałami dookoła też jest fajnie 🙂