• "date": "20 sierpnia, 2012"
  • "title": "Zakaz pedałowania."
  • "blogger_blog": "30lat.blogspot.com"
  • "blogger_author": "30lat"
  • "blogger_permalink": "/2012/08/zakaz-pedaowania.html"
  • "blogger_internal": "/feeds/6495723430140596885/posts/default/3121836036181120661"

Niezbędny, nudny wstęp:

Rok 2003. Chyba.
Wracając z kolejnej wyprawy w stronę dowolną, utknąłem po północy w mieście istot, które idąc śpiewają, a stojąc śmierdzą. Znaczy się w mieście pielgrzymów.
Częstochowa. Sennym wzrokiem sunę po rozkładzie jazdy PKP. Jak nie patrzeć, czeka mnie ponad 2godzinna katorga oczekiwania na najbliższy pociąg. Całe szczęście – mam ze sobą niezastąpionego towarzysza podróży: książkę! Szukam więc na dworcu miejsca które będzie godnym tego, bym osadzil na nim swój zad szlachetny. Ławeczki wyglądają zachęcająco, jednak za ciemno tam będzie by czytać. Pod ścianą już rozłożył się okazały paw, kawałek dalej kilku bezdomnych urządziło sobie zawody, który z nich rozkoszniej puści nosem bąbelek przez sen.
Słodko.

Na pięterku częstochowskiego dworca znajduję miejsce, gdzie ochroniarz ma swoją kanciapę. Obok kanciapy stoi słup, nad słupem źródło światła, podłoga czysta, widok w dół zacny, można się rozkładać! Demontuję ze swego organizmu plecak, rozwijam karimatę, moszczę się niczym kura mająca zamiar srutnąć frutti-di-czikenem (znaczy się jajko znieść), będziemy czytać!
Cisza… Na dole bezdomny mamra coś przez sen. Ze stróżówki ochroniarzy słychać siermiężne pochrapytanie stróża mojego bezpieczeństwa. Idealna cisza. Jedynie ćma tłucze skrzydłam latając na pawiem, który swymi barwami przywiódł jej na myśl łąkę pełną kwiatów. Jednak ćma nie siada, zupełnie, jakby zapach cofniętej paszy nie zgadzał się z wonią kwiatów…

…otwieram książkę i wpadam w wyimaginowany świat bohaterów obcinających sobie głowy toporami, siekierami, wyrywających sobie flaki przez gardło i wznoszących modły do czegoś prastarego i ohydnego. Rozkosz!

Słyszę kroki. Podnoszę wzrok znad kartek i zerkam w dół. Nikogo nie widzę. Obracam się dookoła obserwując pięterko – ktoś się zbliża. Lat – trochę ponad 40. Ubrany jak przeciętny zjadacz chleba, z twarzy podobny do nikogo. Taki statystyczny Jan Nowak z lekką nadwagą. Nasz wzrok się krzyżuje, jegomość podchodzi i rozpoczyna dialog:

– Dzień dobry!
– A dzień dobry.
– Nie przeszkadzam?
– Nie, skąd 🙂
– A widzę, że Pan na pociąg czeka?
– Tia, jeszcze trochę ponad dwie godziny, dobrze, że mam co czytać.
– A to daleko Pan jedzie?
– Nie, jakieś 1,5 godziny na południe.
– Aha…

Następuje niezręczna cisza… Widać jak trybiki w głowie jegomościa pracują z zawrotną predkością, starając się podtrzymać rozmowę. W końcu nieznajomy wypala:

– To ja może bym do siebie na herbatkę zaprosił? Mam takie maleńkie, przytulne mieszkanko 10 minut od dworca…

Zwarły mi się pośladki. W tym momencie na moich twardszych od stali półdupkach kowal mógłby kuć podkowy.

– Eeeeeeee, nie… Może nie… Ale dziękuję za zaproszenie.
– A proszę bardzo, przepraszam, jeśli niepokoiłem… Dobrej nocy.
– Dobranoc.

Jegomość odchodzi w mrok. Na dworcu znów zapada cisza. Ochroniarz niezmiennie pochrapuje, bezdomny na dole cicho brzęcząc butelkami przewraca się na 2gi bok.

Kurwa. Miałem branie!
Wracam do książki. Piętro niżej ćma rozpaczliwie tnie skrzydłami powietrze starając się odkleić od 2go wcielenia czyjejś kolacji. Tak, paw zdecydowanie nie był kwiatkiem.

*****

Rok 2004? 2005?
Wakacje. Uczelnia, praca, problemy zostały gdzieś z tyłu, odprężony umysł chłonie rozkosz płynącą z przedzierania się przez Polskę. Daleko za mną Zambrów, na celowniku S1. Gdzieś w połowie tej drogi stoję ja. Żwir pobocza rozkosznie chrupie pod glanami, plecak wydaje się wyjątkowo lekki. Ciepły, lecz niezbyt upalny dzień dopełnia ogólną zajebistość poranka.

Dochodzę do miejsca, gdzie może się bez problemu zatrzymać TIR z naczepą. Wkładam na twarz standardowy-uśmiech-nr-3 i wzrokiem słodkiego szczeniaczka wbijam ślepia w kierowców przejeżdżających samochodów.
Nie mija wiele czasu, zatrzymuje się obdrapana fiesta, corsa, obojętne. Uchyla się okno od strony pasażera, słyszę dobiegający ze środka głos kierowcy:
– W którą stronę chcesz pan jechać?
– Na południe! Na Warszawę, a potem na S1!
– Wsiadaj pan!

Niewiele myśląc otwieram drzwi, odchylam siedzenie do przodu, wrzucam na tylną kanapę plecak, kładę siedzenie, siadam z przodu, zapinam pasy i zwracam się do kierowcy by powiedzieć zwyczajowe “dzień dobry”, gdy orientuje się, do jakiego auta wsiadłem. Lub bardziej: w co się wpierdoliłem.

Po mojej lewej jegomość. Na oko 50 lat na karku, lecz równie dobrze mógł mieć 30 i nieco przechodząną wątrobę. Brudne pazury wbite w kierownicę, wymiętolona koszula. I oczy. Nieobecne, śniete rybie oczy zionące nicością i chaosem, wypełnione jakby bladoniebieskim śluzem. Wyduszam z siebie:
– Dzień dobry.
– Dzień dobry – odpowiada kierowca uśmiechając się kącikiem ust.

Kurwa kurwa kurwa kurwa! Jestem w dupie. Rozkładam na kolanach atlas drogowy sprawdzając, gdzie dokładnie jestem. Staram się być zajęty gapieniem się w mapę najbardziej jak się da. Kątem obserwuję wnętrze samochodu. Coś, co wydawało mi się zniszczoną przez przewóz narzędzi deską rozdzielczą samochodu, wydaje mi się teraz pokopaną przez kogoś deską rozdzielczą samochodu. Mógłbym przysiąc, że widzę odbity obcas obok przyklejonego św Krzysztofa.

Nie ma co jednak się denerwować, trzeba robić dobrą minę do złej gry. Trzymając mapę na kolanach, uśmiecham się do kierowcy. Uśmiech na mojej twarzy pewnie przypomina grymas kota srającego po zjedzeniu butelki tabasco.
Wydawać się może, że uda nam się tę podróż spędzić w ciszy. Wlepiam ślepia w drogę przed nami szacując, jak długo dam radę jechać z panem Rybiookim. Niestety, Rybiooki ma chęć pogadać.

– A pan często sam tak jeździ autostopem?
Powietrze zrobiło się ciężkie jak humor Strasburgera w oglądanej znad niedzielnego rosołu familiadzie.
– Praktycznie cały czas, gdy tylko mam możliwość – jeżdżę sobie gdzieś autostopem.
Rybiooki przygląda mi się z uśmiechem:
– A nie boi się pan sam tak jeździć? – zapytuje obcinając mnie wzrokiem od stóp do głów.
Liczę: jedziemy około 90km na godzinę. Wszystkie rzeczy mam na tylnym siedzeniu, dookoła lasy.
– Nie, częściej to ludzie się mnie obawiają.
Rybiooki jakby zdziwiony moją odpowiedzią, posapując pyta:
– Dlaczego?
– No wie Pan, wysokie glany, czarne ciuchy, krótkie spodnie, ludziom to przeszkadza – odpowiadam czując na sobie śliski wzrok Rybiookiego.

90km na godzinę. Pierdolę plecak, wyskoczę w czasie jazdy, pobocze jest trawiaste, nawet gdy sobie coś połamię, to przynajmniej dupa będzie cała. Honor uratowany.
Rybiooki po przemyśleniu mojej odpowiedzi i dlugieeeemu przyglądnięciu się glanom obudowującym moje opalone łydki, stwierdza gulgoczącym głosem:
– Mnie tam glany nie przeszkadzają, nie mam nic przeciwko!

Czuję jak zimny pot leje mi się po plecach. Drzwi nie mają centralnej blokady. A może go jebnąć w twarz i dopiero wyskakiwać? Nie… Wtedy moglibyśmy uderzyć w jakieś drzewo, albo inny samochód.
Rybiooki oblizując wargi ciągnie temat:

– A zdarzyło się kiedyś, że ten, no, w drodze ktoś się do pana, tego no, dobierał?
Patrzę na Rybiookiego, ten bezczelnie gapi mi się na krocze. Podciągam mapę z kolan wyżej, zasłaniając sobie nią klejnoty. Zdecydowanie, najpierw strzał w ryja, a potem wyskakuję z samochodu.
Jednocześnie przypomina mi się sytuacja z Częstochowy.

– Tak, kiedyś na dworcu w Częstochowie podszedł jakiś pacjent do chcąc zaprosić mnie do siebie na herbatkę.

Rybiooki charcząc w głębokim oddechu spojrzał na mnie i głosem kapiącym śluzowatą słodyczą zapytał:

– Tak?!?!!??
– Tak.

Rybiooki kręcąc się na fotelu kierowcy to rozluźniał, to zaciskał palce na kierownicy. Przechodząc w falset, zapytał:

– I co Pan wtedy zrobił?
– Bałem się.

Rybiooki i szczytu wytrzymałości zacisnął swe uda i po raz kolejny obcinając mnie wzrokiem wypalił:

– Naprawdę się pan bał?!?! Dlaczego?!?!
– Bo jak skopałem skurwysyna, to musiałem chyba go trafić glanem w krtań, bałem się, że się udusi.

Atmosfera momentalnie pękła niczym nabrzmiały ropień pod łopatką. Z Rybiookiego momentalnie spłynął cały parujacy lepką czułością śluz. Przerażony wbił oczy w drogę przed sobą.

– To gdzie Pana mam wysadzić?
– A w Warszawie jak mogę prosić. Zdaje się, że będziemy jechać pod Krakowskim Przedmieściem – tam mi pasuje.

Kilka godzin później dotarłem do domu. Wchodzę do mieszkania, ojciec obserwuje jak ściągam plecak wyplątując się jednocześnie z glanów.

– Jak tam trasa, spokojnie?
– Tak, spokojnie. Idę na piwo. Tak. Zdecydowanie muszę iść na piwo.

Share

ciekawe, powiem Ci, że tak ich do Ciebie ciągnie;D No ale dobrze to rozegrałeś, Rybiooki się chyba przestraszył z deka.

Ja sama póki co bałabym się podróżować autostopem. Zwłaszcza po Twojej notce;p

pozdrawiam!;)

Zastanawia mnie co Cię skłoniło do wspominania owego "brania" … po 7 latach od ostatniego razu 🙂
Przewróciłeś się ostatnio po prysznicem i pacłeś tyłkiem na mydło ? 😉

Jedyna kobieta, która zwróciła ostatnio na mnie uwagę, to pani ze straży wiej… miejskiej. I chyba nie chodziło jej o moją osobowość – bardziej o psa, który bez smyczy i kagańca obsrywał radośnie okolicę 😉

Kurcze! Jesteś genialny! Twoje wpisy czyta się jednym tchem… Uśmiałam się jak mało kiedy 🙂 Pewnie nie raz słyszałeś, że powinieneś pisać książki, albo chociażby felietony!? Zazdroszczę polotu!
Też 30latka 🙂

Podziwiam Cię gościu, że odważyłeś się usiąść na dworcu w Częstochowie… Ławki mają tam własne życie, a podłoga… cóż, podłoga tym bardziej. Za każdym razem, kiedy przechodzę przez ten dworzec (czyli codziennie w roku akademickim) mam wrażenie, że coś po mnie łazi…

Dla Ciebie chyba zaloze konto, by nie byc Anonimomym! Piszesz super, ze tez dopiero Cie znalazlam, ale to dobrze, bo mam mnosto archwalnych wpisow do czytania!!! Nie wiem tylko, czy czytac wszystko jednym tchem czy zostawic sobie – jedno opwiadanie na kazdy nowy poranek….pomysle, a Ty pisz, jestes super!

Mam jednak nadzieję, że po tych wydarzeniach nie masz urazu i nie kroczysz dumnie wśród owych miłych chłopców w pochodach narodowych, dzierżąc dumnie transparent z zakazem jeżdżenia na rowerze. Jon