• "date": "20 grudnia, 2012"
  • "title": "Pół żartem, pół serio: syndrom srającego kota."
  • "blogger_blog": "30lat.blogspot.com"
  • "blogger_author": "30lat"
  • "blogger_permalink": "/2012/12/po-zartem-po-serio-syndrom-srajacego.html"
  • "blogger_internal": "/feeds/6495723430140596885/posts/default/8068068044459455700"

Czasami w życiu bywa tak, że lepiej nie podchodzić.
Bywają takie chwile, godziny, a nawet i dni, gdy próba komunikacji z Prawdziwym Mężczyzną może skutkować odmruknięciem, odwarknięciem, a w bardziej drastycznych przypadkach – opierdolem.

Bo czasami Prawdziwy Mężczyzna ma dzień srającego kota.

O ile gorszy moment dopadnie samca w domu – to pół biedy. Zawsze można zamknąć się w kiblu z książką, liczyć gwoździe w zabarykadowanej piwnicy, lub gapić się bezmyślnie w telewizor. Niech tylko jednak słabsza chwila złapie człeka w swe sidła na terenie centrum handlowego podczas zakupów… o masakro!

Idziemy przez centrum handlowe. Plan prosty: kupić produkt a, produkt b, produkt c. Żaden z tych produktów nie wiąże się ze sklepami sprzedającymi ciuchy/buty/ozdoby, więc jakoś przetrwam.Wokół mnie zapoceni ludzie w zimowych kurtkach pchają wózki, targają pakunki, warczą na siebie trącając wszystkich dookoła. Dzieci drą mordy, baby jazgoczą, faceci odwarkują, świąteczna atmosfera kurwa jej mać pełną gębą. Staram się nie porwać z ziemi ławki i nie zajebać wszystkich wokół za sam fakt stawienia się ich tutaj, dziś, w tym samym miejscu co ja.
Przeżuwając pod nosem przekleństwa trzymam kurczowo dłoń Najwspanialszej-Z-Żon. Ona mnie rozumie, na Nią zawsze mogę liczyć, wiem, że jeśli mamy w planie wejść już tylko do drogerii, to właśnie tam się udamy i nigdzie więcej.
Z naprzeciwka najeżdża na nas wózkiem coś, czym powinien się zainteresować Greeneace – najwyraźniej jakiś obiekt został wyrzucony przez morze na brzeg i to coś przyszło na zakupy. Puszczam dłoń 2giej połowy unikając w ostatnim momencie rozjechania koszykiem pełnym zakupów…
…i już nie odnajduję swojej towarzyszki.

Nosz urwał jego nać! Rozglądam się wokół, trąca mnie wąsaty jegomość spierający się o coś z dzieckiem, obok trąbi wózek zmywający podłogę, za nim leci stado dzieciaków ślizgających się po mokrej jeszcze posadzce. Oczywiście drą się wniebogłosy, jakby samo ślizganie były zbyt mało ekscytujące i trzeba było je podkreślić wydając z paszczy jak najbardziej irytujący dźwięk.
Bombardowany falami akustycznymi rodem ze średniowiecznego świniobicia, mrużę oczy szukając w tym całym kurwidołku swojej zguby.

….jest w obuwniczym. Powoli liczę do dziesięciu, bez mała zaginając siłą umysłu klucze spoczywające w kieszeni, robię słodką minę i wchodzę do sklepu.
Z tą niewinną i słodką miną chyba nie do końca wyszło, bo sprzedawca i dwoje klientów widząc grymas na mej mordzie od razu schodzą z drogi. Najwspanialsza-Z-Żon w tym czasie boruje w stosie z kapciami:

– musisz, ale MUSISZ to zobaczyć! Zobacz jakie śmieszne kapcie!

…i dla udowodnienia swej teorii pcha mi pod nos gigantyczny, puchaty lać w kształcie łosia. I tak stoimy sobie twarzą w twarz z tym łosiem. Okrągłe łosiowe gały na wprost moich, wielki czerwony nos zaraz obok mojego, gapi się na mnie ten pluszolaciorogacz bujając delikatnie porożem. Nie mam siły przyglądać się fizjonomii kapcia, ale z ułożenia łosiowego organizmu wnioskuję, że stopę wkłada się mu do dupy.
Kapeć, dupa, kapeć w dupie, kapeć brutalną siłą wepchnięty w dupsko i do kompletu poprawiony kilkoma solidnymi kopami w zad, by nadać pęd w kierunku drogerii….

…Najwspanialsza-Z-Żon chyba zauważa płonącą rządzę mordu w moich oczach. Odkłada łosia na miejsce. Do mych uszu trafiają Jej słowa:

– wiesz co?
Przez zaciśniętą krtań wysykuję:
– tak?
– a nic, o zobacz! Kapeć w kształcie Homera Simpsona! Chodź, zobacz, musisz, ale MUSISZ to zobaczyć!!!

Ojapierdolę. Pójdę do nieba.

*****

Mija dwadzieścia minut. Człapiemy przez parking w kierunku samochodu. Przed nami jakaś niewiasta drze się na pół miasta w kierunku zaparkowanego auta. Sądząc z ilości śliny tryskającej z jej paszczy – właśnie omawia ze swoim facetem przebieg zakończonych przedwcześnie zakupów.
Mijając kobietę, zerkam w kierunku samochodu. Za kierownicą siedzi sinozielony na twarzy Samiec, zaciskając ręce na kierownicy. Nieobecnym wzrokiem mówiącym “ja, yhy, ja yhy” szuka czegoś przed sobą.
Na moment nasze oczy odnajdują się, spoglądamy na siebie ze zrozumieniem. Delikatne kiwnięcie głową i wszystko wiadomo.

Wesołych świąt.

Share

Nooo, jakem Cię opierdzielił ostatnio dlaczemu dostaję powiadomienie o wpisie ostatni, to od razu widzę poprawę… nawet jeszcze nikt nie skomentował 😛

No tak… tego bloga odkryłam dziś, bo Agniecha moja współprowadząca dodała go do ciekawych – pewnie… Jestem kobietą… hmmm… i tak sobie myślę, że mój mąż też ma ukochany pokoik tam gdzie ubikacja, i tak sobie myślę, że samczy charakter – też, i tak sobie myślę, że jeśli Ty myślisz, że Wy Samce jedne nie macie Wad, które my musimy znosić i robić słodkie miny, gdy pytamy – a pamiętałeś o… oczywiście nie pamiętacie, bo Wasz mózg nie został stworzony do zajmowania się przyziemnymi kwestiami – ja wiem…
A tak w ogóle, to bardzo się uśmiałam i bardzo mi się podobało:-) będę tu zaglądać – Paulina.