Pół żartem, pół serio: Mapy

Kurs. Kartografia.
Znaczy się, że siedzimy nad mapami i robiąc mądre miny, wyznaczamy kierunki, zwroty, azymuty i inne srutytuty.
Z wywalonym na wierzch jęzorem, pochylam się nad mapą. Kreska od krzyżyka do tej górki to nasza droga, idziemy stąd tam, tu robię kreseczkę, tam przekręcam dzyndzel na kompasie, dzielę to przez podziałkę, mnożę przez czas i wyciągam średnią uwzględniając prędkość ruchu obrotowego ziemi. Zerkam na wynik. No jak w ryj strzelił wychodzi mi, że z Kasprowego na Sarnią Skałę idzie się przez Nowy Bytom.

Najwyraźniej gdzieś wkradł się błąd.

No to jeszcze raz. Najpierw ustalę, gdzie z grubsza jestem. Wyznaczam azymut na trzy punkty charakterystyczne, wyznaczam je na mapie, biorę odwrotność azymutu jadę z kreskami, jest! Mam! Wyznaczył się ładny trójkącik w którym z najpewniej się znajduję. Do dupy, bo wyszło, że jestem na środku Morza Kaspijskiego.

No coś mi nie gra w tych mapach, chyba są jakieś nie do końca dokładne.

No to inaczej: wezmę sobie najpierw ogarnę jakiś punkt charakterystyczny na tym terenie, wyznaczę jego dokładne położenie, użyję GPSa i sprawdzę, na ile pomyliłem się w poprzednich obliczeniach. Ha! To musi się udać!

Przykładam przymiar do mapy, szukam kropeczki, kropeczka do dziureczki siateczka do kreseczki, czerwone do czerwonego, tu dodać, tam odjąć, jest! Mam magiczne 7 cyferek! Wklepuję to do Google Maps, włączam widok satelitarny.
Tak. Tym razem wg wyliczeń i tego co pokazuje smartfon, jestem gdzieś w Teksasie na parkingu przed marketem. Momentalnie wyświetla mi się reklama środka na hemoroidy dostępnego w pobliskim sklepie.

Ja pierdolę…
Teraz już wiem, czemu rodziłem się przez cesarkę. Z moją orientacją w terenie, sam nie byłem w stanie odnaleźć drogi na zewnątrz.

Share