• "date": "12 listopada, 2011"
  • "title": "Hubertus 2011"
  • "blogger_blog": "30lat.blogspot.com"
  • "blogger_author": "30lat"
  • "blogger_permalink": "/2011/11/hubertus-2011.html"
  • "blogger_internal": "/feeds/6495723430140596885/posts/default/1379026259924502531"

Jesień zawitała na pola i łąki. A w zasadzie nawet zima.
Konie z obrzydzeniem patrzą pod kopyta krzywiąc się na zmarzniętą trawę, puszczają grubszą sierść upodabniając się do przerośniętych bohaterów ulicy sezamkowej. Nawet utuczone prosiaki trochę smutniej pokwikując jakby przeczuwając nadchodzące święta w których wezmą udział nie tak, jakby chciały.
Ostatnie liście spadają z drzew okrywając swoimi płaszczami przymarznięte psie kupy.

Wraz z późną jesienią, nadszedł czas Hubertusów. Najwspanialsza-Z-Żon plącze się po domu zła jak osa z PMS`em, co chwila marudząc, że nie ma w co ubrać się na gonitwę (norma, przywykłem), z pewnością będzie zła pogoda (pewnie to będzie to moja wina), a ogólnie to czego tak siedzę patrząc jak szpak na srającego zająca. Najlepiej to powinienem też zacząć się przejmować Hubertusem!
A co ja mam do licha wspólnego z tą imprezą? Na czym to ja mam uczestniczyć w gonitwie? Na składaku?

W tym roku pojawił się nowy wątek podczas ogólnego przedhubertusowego szału. Otóż poza pogodą i ciuchami, Najwspanialsza-Z-Żon natrafiła na okrutny problem organizacyjny: w co ubrać konia?
No ja jebie… Jak dla mnie, to możemy go przebrać w nasz zielony namiot, dodatkowo przymocuje się półtorametrowy rulon do siodła i będzie można udawać, że w gonitwie bierze udział czołg.
Skąd ja mam u licha wiedzieć, w co ubrać konia? W pompony jakieś? Frędzle czy coś? Obklejmy go podpaskami ze skrzydełkami – będzie pegaz, może zacznie latać, albo polejmy go dodatkowo keczupem robiąc z niego Konio-Wampira o zainteresowaniach ginekologicznych, załatwi się od razu karnawałowy bal przebierańców i przyszłoroczne Haloween, które jak znam życie też pewnie poskutkuje przebieraniem koni w jakieś dziwne stworzenia. Byle nie w koniki morskie, bo ni cholery nie mam pojęcia skąd zorganizowac takie duże akwarium, żeby koń sie w nim zmieścił. Dobra, zostawmy już ten temat…

Tak czy inaczej nie pozostaje nic innego człowiekowi, jak znosić to wszystko starając się nie wchodzić w drogę Ucieleśnieniu-Szału-Przedgonitwowego.

Strasznie ciekawym zjawiskiem jest poruszenie w samej stajni tuż przed gonitwą. Ganiające bez ładu i składu niewiasty starają się robić wszystko jednocześnie, czyszczą więc zad zaplatając koreczki na grzywie, jednocześnie zakładając siodło, pijąc kawę, klnąc na swoich mężów (o my biedni!), paląc papierosa za papierosem, poprawiając koreczki na grzywie jednocześnie czyszcząc kawę, siodłając konia taboretem,  starając się od razu rozczesać papierosa poprawiając ogłowie założone na koński zad i mocując obrócone na lewą stronę siodło pod koński ogon.
Jeno konie jak oazy spokoju nieruchliwie stoją znosząc wszystko cierpliwie. Czasami tylko któryś w akcie zemsty za wszelkie cierpienia i zniewagi, podniesie ogon i walnie od serca kupą opryskując dopiero co założone owijki, ogłowie które gdzieś tam leżało, nogi właścicielki i pokrowiec na siodło. I zaczyna się od nowa: zdejmujemy owijki i koreczki bo nie pod kolor, zakręcamy koreczki na nogach i owijki na grzywie, siodło trzeba zdjąć bo czaprak nie do kompletu, trzeba rozczesać teraz futro bo się pogniotło pod czaprakiem, a czaprak ma plamkę a owijka była skręcona na lewą stronę…

Tia.. Tak będzie wyglądać w piekle. Wszyscy ludzie będą kobietami siodłającymi swoje konie na Hubertusa.

Dla ludzi, którzy nie znają tematu krótka informacja: czym jest Hubertus? Otóż (pomijając wszelkie natchnione tłumaczenia z rozbudowaną ideologią) chodzi o to, że jeden człowiek ma do organizmu przyczepiony lisi ogon, a reszta ludzi goni go starając się zerwać kitę. Dla utrudnienia ci co gonią – są na wspomnianych wcześniej koniach. Żeby ten co ucieka nie był pozbawiony szans na przeżycie – też ma konia na którym może uciekać. No i tak się gonią po jakimś wyznaczonym terenie.
Żeby nikt nie padł na zawał (zarówno jeździec jak i koń), jest coś takiego jak lisia nora, czyli teren, na którym nie można gonić lisa. Lis (czyli człowiek z kitą jadący na koniu) wjeżdża sobie na ten teren pokazując goniącym go uczestnikom zabawy fuckery, wypięta dupę, język, ewentualnie inne ogólnie przyjęte formy pozdrawiania się zdalnego, chwilę odpoczywa wraz z koniem, po czym znów wyjeżdża na teren polowania starając się tak jechać, by nikt nie dał rady zerwać lisiej kity.
W sumie sympatyczne zabawa, ja bym osobiście dorzucił do niej możliwość korzystania z broni palnej, ewentualnie proc lub łuków – zdecydowanie by to podniosło dramatyzm i atrakcyjność całej imprezy.
Wracają do tematu: osoba, która złapie ogon lisa – zostaje za rok lisem. Czyli będzie spieprzać na koniu podczas gdy pozostali będą starali się złapać jej ogon, by za rok zostać lisem, by spieprzać na koniu podczas gdy pozostali będą starali się złapac jej ogon… Taka samonapędzająca się spirala śmierci. Uroboros jeździecki – chce się powiedzieć 😉

Zastanawia mnie jedna rzecz: skąd się wziął w tym wszystkim lisi ogon? Jeśli cały czas ktoś od kogoś przejmuje kitę, to wychodzi na to, że ktoś kiedyś w przeszłości jako pierwszy musiał ją wyrwać z lisiej rzyci!
Ała….

Hubertus…
…czas gonitw i czas natchnionych rozmów o swych kopytnych maskotkach, czas analiz, który z nich ma ruch ładniejszy, brzydszy, lżejszy, który żre marchewkę na sposób plebejski obśliniając dookoła wszystko łącznie z koniem w boksie obok, który koń wciąga owies sposobem szlacheckim w paszczękę, a który niczym ćpun zasysa go nozdrzem.
…czas gonitw i czas tradycyjnej zabawy przy ognisku. Czas masakrycznie smacznego żurku spożywanego z megawielkiego gara, czas tańców…

…czas śpiewów-czy-jak-to-tam-nazwać, cytuję:
– mmmm.. mmm-osze dam Ci kredki, HIK! bo jsz tyle wypiłaś, że jsz z pyfnośom HIK! lepiej idzie Ci rysowanie niż śpieffffanie…

…czas rozmów od serca, cytuję:
– …bo nikt mnie nie lubi i nie kocha i nie szanuje i gdzie są kurwa moje fajki!??!?!

…czas rozważań na temat związków, cytuję:
– …ale że aż z takim starym? Dobrze, że impreza jest daleko od cmentarza, bo by jeszcze sobie kogoś wykopała!

…czas rozważań o swojej własnej godności i różnicy wieku w związku, cytuję:
– …ale naprffffdę nigdy nie byyy-yłam taka HIK! pjana, szeby brać się za prehistoryczne swierzęta!

…czas rozmów o miejscu kobiety w towarzystwie po jej zamążpójściu, cytuję:
– …ej, to, szze mam męęęłża fffffffffff.. fffcale HJIK! nie znaczy, szzze jestem trędowata!

…ale przede wszystkim czas, kiedy można na chwilę siąść na dupie, miło spędzić czas bawiąc się do upadłego, wygadać za wszystkie czasy, a wszystko to bez żadnego pośpiechu i żalu, nawet jeśli na maskę czyjegoś samochodu wróci zjedzony kilka godzin wcześniej, wspomniany gdzieś wyżej żurek.

Hubertus 2011 za nami. Dziękuję wszystkim za wspaniałą zabawę, było wyśmienicie, jednak nadal będę się upierać, że należy Was wszystkich wyegzorcyzmować, a Wasze konie zjeść! 😉

Share

Hubertusy, wspaniały okres w życiu koniarza.
Małż mój miał szansę pierwszy raz w takiej imprezie uczestniczyć. radość jego wyrażana była słowami wsparcia"ale ty prowadzisz, prawda?".

przed wyjazdem na rzeczone widowisko zorientowałam sie, ze jechac nie mogę. absolutnie, jest to niemożliwe. usiadłam na srodku podwórka i już mam zacząć rozpaczać, ale nie, wsparcie moje, serduszko jedyne przychodzi! chce pomóc, dobre słówko szepnąć, odgonić załamanie.

"czego tu siedzisz babo?"

szybko i zwięźle wyjaśniłam, ze oto własnie w tym miejscu po cichutku dogorywać będę. zapewne zapyta dlaczego, zmartwi sie i będzie tulił.

"aha, to kto bedzie prowadzil?"

więc zachęcona wsparciem wyjasniam, dlaczego ja jechac nie mogę.
lamówka czapraka nie pasuje do lamówki owijek!! jakże to, białe wszystko, odcieniowo zaplanowane, a tu nagle taka tragiczna sytuacja! nie mogę wszak zieleni z błękitem paryskim połączyć.
więc ino pędem na dół. do piwnicy. do maszyn szwalniczych. i odpruwam, dopasowuję, przyszywam, przypalam papierosem lamówkę bo mi wypada z nosa (usta zajęte spożywaniem kawy) więc znów pruję, przyszywam, dopasowuję.
zwycięsko, z kropelkami potu na piersiach, obłędem w oczach prezentuję dzieło. jak zwykle małż mnie nie zawodzi
"o tu masz plamkę"

jedziemy zwycięsko do stajni, ja czuję się jak gladiator, będę chłostać, zabijać i patroszyć. małż marudzi gdzie wódka stoi, bo jeszcze przed chwilką ją widział, a teraz butelka pusta.
w gwarze dopasowuję wszystko, koń lśni (wyżebrałam nabłyszczacz do konia, choć trudno bylo wyjasnic ze smar silikonowy to nie to samo) ja lśnię, lśnimy sobie razem.
muzyka własnie rozbrzmiała, lisica na swym karym rumaku ruszyła, no to heja za nią.
od tamtego momentu sądzę, ze mam pecha.

pasek trach, ja pach, kobył phi.
coś wstać nie mogę, coś pleców nie czuję. podbiegają, martwią się, wypatruję małża, przecie ja tu umieram cichutko i mało inwazyjnie! podbiega z kubeczkiem.
"wiesz, to poleż chwilkę, a ja pojdę odstawić, bo mi się wyleje".
troskliwosc małża mnie oszałamia.

dwa tygodnie w łóżku-brak czucia czesci pleców do dzis.

ale czaprak miał idealnie dobraną lamówkę.

Izabela