• "date": "2 lutego, 2012"
  • "title": "Stajenna spierdolina, czyli Czas Wojny."
  • "blogger_blog": "30lat.blogspot.com"
  • "blogger_author": "30lat"
  • "blogger_permalink": "/2012/02/stajenna-spierdolina-czyli-czas-wojny.html"
  • "blogger_internal": "/feeds/6495723430140596885/posts/default/9108695811435656650"

Popatrzcie, coś frunie nad frontem! Czy to rakieta? Nie! Czy to samolot? Nie! Czy to szczątki sapera który pierdnął podczas rozbrajania miny przeciwczołgowej? Nie! To Latający Wojenny SuperKoń!

Nie straszna mu czołgu armata,
gdyż nad czołgiem dzielnie przelata,
nie straszne mu niemieckie zasieki,
na których giną wszystkie człowieki!

To SuperKoń – kule go mijają,
na sam jego widok wrogowie uciekają
i choć granat mu urwie dupę do połowy
to na koniec filmu i tak będzie zdrowy!

No ja pierdolę, klękajcie narody…

W życiu każdego mężczyzny nadchodzi taki moment, gdy musi wyprowadzić swoją kobietę do kina na coś, co nie ma nic wspólnego ze skaczącymi cyckami, lub odgryzaniem głów przez stada kosmicznych potworów. W przypadku Najwspanialszej-Z-Żon kwestia wyprawy sama się rozwiązała, bowiem to właśnie Ona zaproponowała wypad do kina wspaniałomyślnie stwierdzając, że przejdzie się ze stajennymi niewiastami. Jak widać – moja obecność nie jest wymagana. Baby nie chcą by z nimi gdzieś iść? No oczywiście, że poszedłem!

I to był błąd.

Jak wiadomo, w kinie należy zakupić bilet, po czym zaopatrzyć się w pobliskim sklepie w jadło i pitło by nie przepłacać w kinowej knajpie. Ostatni etap, to powrót do sali kinowej w celu kontemplacji czyjejś radosnej twórczości.

Tyle w teorii.

Jak pokazała praktyka, naszej wyprawie od samego początku przyświecało hasło “bardziej spierdolić się nie da”. Środy z Orange może w założeniu i były dobrym pomysłem, lecz rzeczywistość przywodziła na myśl stary dobry dowcip, wg którego “był taki ścisk, że gdyby nie ta lalunia obok, to by nie było gdzie palca wsadzić”.
Organizacyjna rozjebunda przypominała sceny rodem z Reala, gdy pojawia się tam boczek po sześć pindziesiont: ludzie nie panowali nad sobą, obsługa nad ludźmi, a sądząc po zapachu który unosił się nad kłębowiskiem – cześć osób nie panowała także nad swoimi zwieraczami. No chyba, że wszyscy przed wyprawą do kina jedli cebulę, jajka na twardo i ser z czosnkiem.

Cierp samcze, cierp, kina się chciało. Niewiasty stajenne jak zwykle zaprezentowały idealną organizację, przybywając na losową godzinę, zbierając się w losowych miejscach, ustalając kto ma zniżki – w sposób losowy. Chcąc do tego pomóc sympatycznej kasjerce w zliczeniu naszego grona, na pięć prób przeliczenia stadka otrzymały siedem różnych wyników, z czego dwa były ujemne. Jeszcze ciekawsze było zamawiania paszy przez Najspanialsze-Z-Bryczesiar: po zliczeniu gastronomicznych zamiarów, podzieleniu tego przez ilość osób, uwzględnieniu gustów i chwilowych zachcianek, zarządały wydania takiej kombinacji dań i napojów, że równie dobrze mogły poprosić kasjerkę o zamontowanie wodomierza w rowerze.
Tia, doskonała komunikacja to połowa sukcesu naszego gatunku.

Nie się co dziwić, że w takich warunkach prawdziwy samiec – czyli ja – podejmuje jedyną poprawną decyzję: udaje się do pobliskiego sklepu po kilka browarów. Wszak na trzeźwo tego wszystkiego ogarnąć się nie da…

Koniec końców – udało nam się dotrzeć do odpowiedniej sali, przemycić jadło i pitło, a nawet siąść na przypisanych nam miejscach. Zgasło światło, w kinie zapadła cisza przerywana jedynie pochrumkiwaniem ukontentowanej Najwspanialszej-Z-Żon nurkującej licem w wiaderku z popcornem.

Film: do połowy pierwszego piwa po łące biega koń. Niby mijają 2 lata. Przez dwa lata koń nie sra. Sąsiad właściciela konia przez 24 miesiące obserwuje przyszłego Super-Konia-Wojennego ze wzrokiem pedofila spacerującego po przedszkolu. Po 24 miesiącach koń jest już dorosły, oraz – jak to zauważyła Najwspanialsza-Z-Żon – “on ma kurwa jakieś inne skarpetki”…
Otwieram 2gie piwo. Przyszły Super-Koń-Wojenny będący kopytnym odpowiednikiem wątłego geja, w pocie czoła orze kamieniste pole. Pod górkę. Nadal ani razu nie srał.
W połowie 2go piwa Przyszły Super-Koń-Wojenny jest już Super-Koniem-Wojennym, czyli mamy wojnę. Zaczyna się część Science-fiction: sześćdziesięciu wyposzczonych, niemieckich wojaków nie gwałci jurnej, bezbronnej dziewoi, konie fruwają nad gniazdami CKMów, Super-Koń-Wojenny ratuje swojego końskiego przyjaciela ciągnąc mu armatę (jakkolwiek to nie brzmi), a w finale – bohaterski patataj otoczony z 3 stron zasiekami a z 4tej będąc atakowanym przez czołg – przefruwa nad czołgiem niczym półnaga nimfa nad bagienkiem.
Aha, nasz kopyciak nawet prawie-rozjechany-przez-czołg też nie sra. Normalnie zwieracz roku.

Kończy się 2gie piwo, w filmie zaczyna się etap horroru. Koń postanawia robić na drutach, zamiast włóczki używając drutu kolczastego z zasieków, a zamiast drutów do robótek – własnego organizmu. Prawie mu wyszła czapka, niestety nieco się w druciki zaplątał. Nadal nie sra. Zaczynam się zastanawiać, czy w finale nie zginie rozsadzony przez nadmiar ładunku zgromadzony w końskiej dupie.

Lecimy dalej: albo… nie lecimy. Nie chcę Wam psuć przyjemności oglądania tego arcydzieła. Jedna dobra rada dla Panów: walnijcie przed filmem z dwa bronki, będzie Wam się lepiej spać. A jeśli nawet nie przyśniecie – piwo cisnące na pęcherz będzie doskonałym powodem, by co chwila wychodzić z sali. Ulotki nad pisuarami w WC są ciekawsze niż to, co dzieje się na ekranie…

*****

Koniec filmu. Bryczesiary wylały się z kina, odpalają fajki. Cisza. Brak słów. W końcu ktoś się odzywa podsumowując całe kinomatograficzne wydarzenie:
– ja pierdolę…

I nic więcej dodać nie trzeba.

*****

Wyprawa do kina zakończyła się grzecznie. Żadnych ekscesów, zamieszek, jeno bardzo ważna nauka płynąca z faktu, że to Niewiasty podjęły decyzję o wyborze filmu: teraz już rozumiem, dlaczego tak długo kobiety nie miały praw wyborczych. Kolejny raz gdy zarządzą wymarsz do kina – pozostanę w domu wybierając coś z klasyki niemieckiej filmoteki przyrodniczej –  scenariusz w niskobudżetowym porno z włochatą gorącą pięćdziesiątką w roli głównej, będzie zapewne ciekawszy niż to, co samiczna brać wybierze.

Share

No! Już chciałem jebać za spadek formy, ale to pewnie przez egzaminy ostatnie wypociny nie sięgały szczytów doskonałości. Ale dziś pierwsza klasa. Trzy razy musiałem podchodzić, bo szef dziwnie patrzał, jak ryczałem, zamiast zadowalać użyszkodników. Jak tylko z powrotem wpełzłem na krzesło, znalazłem hicior: "zwieracz roku"! Mam pomysł na nowy nick w MW2.