• "date": "2 września, 2013"
  • "title": "Fasolzilla"
  • "blogger_blog": "30lat.blogspot.com"
  • "blogger_author": "30lat"
  • "blogger_permalink": "/2013/09/fasolzilla.html"
  • "blogger_internal": "/feeds/6495723430140596885/posts/default/3757116670151116099"

W życiu każdego Prawdziwego Samca zdarzają się takie chwile, gdy jego Druga Połowa wybywa gdzieś na pół dnia, zostawiając swego wybrańca samego w domu. Bywa też tak, że Prawdziwy Samiec jednocześnie dostanie wolną rękę w temacie tego, co wchłonie w ramach obiadu. Tak, to są te chwile, gdy w Samczym żołądku budzą się demony, a mózg rozpoczyna tworzyć pierwsze szkice gastronomiczno-samczej orgii, która tego dnia nastąpi.
Baba poza domem, lodówa do dyspozycji, stwórzmy coś bluźnierczego, od czego wątrobę i kardiologa szlag trafi!

*****

Zerkam do lodówki. Trzeba wyszperać jakąś podstawę dania, znaczy się jakaś świnia, krowa, coś w ten deseń. O ile pamiętam, to gdzieś za pomidorami (leżącymi tam dla odstraszenia Najwspanialszej-Z-Żon) miałem schowaną resztkę smażonej kiełbachy z cebulą… o, jest, przetrwała. Najwspanialsza-Z-Żon pierwotnie planowała oddać to Merdatemu, ale nie ze mną te numery! Nie będzie mnie tu pies kiełbasy mojej żreć! Mamy więc kiełbasę, chyba nawet jeszcze jadalną sądząc po kolorze i zapachu… no, może po zapachu to nie, ale po kolorze to jeszcze tak.

Nada się.
Pytanie brzmi: co możemy z nią zrobić? Przydałoby się ją poddać delikatnemu tuningowi, wzmocnić, dorzucić coś plugawego… wiem! Po Woodstocku zostały jeszcze dwie puszki fasoli w sosie pomidorowym!
Wygrzebuję z tajemnej skrytki dwie ostatnie puszeczki upewniając się, że Najwspanialsza-Z-Żon nie zna miejsca kryjącego moją kolekcję plugawych składników prawdziwie męskich dań, cicików i klasycznej, kolorowej literatury brykanej z lat 80. Tak, tajemny schowek… mekka Prawdziwego Samca: fasola, ciciki i zdjęcia pełne zapuszczonych bobrów i włochatych pach. Ale oto i fasola:

Ha! Dziś będzie Fasolzilla party! Biorę się do roboty, momentami obserwowany przez szykującą się do wyjścia Najwspanialszą-Z-Żon. O ile mój tajemniczy uśmiech jeszcze nie budzi Jej podejrzeń, tak siekiera wnoszona do kuchni jest już źródłem niepokoju. Siekiera? Tak. Albowiem Prawdziwy Samiec nie pierdoli się z kiełbachą, nie mizia jej nożykiem, nie łamie paluszkami. Prawdziwy Samiec bierze kiełbachę i nakurwia siekierą!

Posiekana kiełbacha jest godniejsza Męskiej Paszczęki niż kiełba w kawałku. A fakt, że zginęła po męsku, pod ostrzem topora, jeno dodaje jej godności podnosząc jednocześnie wartość emocjonalną dania.
Przydałby się do tego jakiś, bo ja wiem, zielony akcent? Nie to, że warzywo, czy inny bluźnierczy pomiot Matki Natury, tylko jakoś kolorystycznie mi czegoś brakuje. Wiem! Element dekoracyjny!

Od razu lepiej! Tymczasem Najwspanialsza-Z-Żon zerka do kuchni zwabiona systematycznym jeb! jeb! jeb! Zza Jej pleców wystaje Merdaty licząc, że coś ciekawego spadnie na podłogę.

Oboje widząc moje uniesienie i siekierę w dłoni – wychodzą.
Ha! Kiełbacha pociachana! Rozgrzana w dłoni siekiera domaga się kolejnych ofiar. Rozglądam się po mieszkaniu – moja Druga Połowa już ewakuowała się na przystanek, Merdaty zwiał na swoje miejsce. Na szczęście są jeszcze puszki z fasolą!
Oczywiście Prawdziwy Samiec brzydzi się pedalskiego otwieracza do konserw, Prawdziwy Mężczyzna nakurwia siekierą!!!

Po kilku solidnych dziabnięciach, z nieco zdemolowanych puszek zerkają na mnie fasolki w sosie pomidorowym. Oj będzie się dziś w nocy działo! I nie mam tu na myśli tarmoszenia Najwspanialszej-Z-Żon!

Zerkam do wnętrza puszki: skąpane w morzu sosu pomidorowego fasolki błyskają przy powierzchni swoimi kremowymi dupkami. Trzonkiem trzymanej w ręku siekiery zaczynam podtapiać fasolki, które wypłynęły zbyt blisko powierzchni. Ha! Jestem Pomidorowym Neptunem z siekierą zamiast trójzębu, panem fasolowego życia i fasolowej śmierci! To ja decyduję, która z fasolek pójdzie na dno, a która będzie mogła dryfować po powierzchni sosu skąpana w blasku mojej gastronomicznej zajebistości!
Wróćmy do rzeczywistości.
Rozglądam się po kuchni, z dwóch planowanych składników przygotowałem dwa, więc wszystko zrobione. Mięsiwo pociachane, puszki otwarte. Wrzucam wszystko do gara, całość wygląda zacnie. Moja wątroba przeczuwając z czym będzie dane jej się zmierzyć, stara się schować za dwunastnicą.

Zaglądam do garnka jak pedofil do przedszkola, na gębie zaczerwienionej z wrażenia rysuje się lubieżny uśmiech. Tak. To będzie TO. Porąbana kiełbasa bez mała prosi, by wymiąchać ją z fasolą, resztki cebuli wiją się niczym glizdy w majtkach dziwki przy DK88, wszystko idzie w dobrą stronę.
I pomyśleć, że niedawno kiełbacha rosła sobie w chlewie, mając jeszcze nóżki, kręcony ogonek i ryjek, którym radośnie chrumkała na widok uzbrojonego w gumowce rolnika niosącego jej wiadro z pomyjami. I nikt, ale to praktycznie nikt nie pomyśli o tym, że być może świnkę i rolnika łączyło nie tylko wiadro z pomyjami, że pomiędzy nimi zakwitła przyjaźń równie szczera co bliska, że rolnik nie pozwolił nigdy śwince zmarznąć i w najchłodniejsze, najmroczniejsze noce udawał się do chlewika, gdzie otulał swym ciepłem młodą świnkę, dając jej poczucie bezpieczeństwa i miłość…
…tak. Być może w moim garze leży porąbana świnka przyprawiana miłością.

Tylko czegoś tu brakuje… A, tak, element dekoracyjny do zdjęcia!

W wersji woodstockowej, danie byłoby już gotowe. Lecz tym razem, mając do dyspozycji kuchenne zapasy przypraw, podkręcam kaliber dania. Po pierwsze – czosnek. Czosnek jest dobry do wszystkiego. Masz katar – jedz czosnek. Kaszlesz – jedz czosnek. Chcesz puścić NAPRAWDĘ piekącego bączusia – dopraw fasolę czosnkiem! Sięgam po główkę, z której wyrywam dwa dorodne ząbki. Kładę je na kuchenny blat, by miały chwilę na zapoznanie się z siekierą:

Zgodnie z tradycją siekiera idzie w ruch:

I mamy odpowiednio pognieciony czosnek. Nie, nie przeciśnięty na miazgę, lecz rozbity na drobne kawałki. Wszak Prawdziwy samiec lubi gdy pod zębami trzaskają mu kawałki czosnku przynosząc… ej, zaraz.

No tak, element dekoracyjny do zdjęcia.

Wracając do tematu:
…bo Prawidzwy Samiec lubi, gdy mu pod zębami trzaskają kawałki czosnku przynosząc piekący posmak pierdziawy Belzebuba!

Teraz przyprawy:

Wrzucamy przyprawy do gara, gotujemy 10 minut. Gdy danie zaczyna bulgotać, po kuchni roznosi się powalający zapach zwiastujący epicką gastroorgię. Lecz nie, jeszcze nie rzucam się twarzą do gara by wciągać, ciamkać mlaskać i przełykać. Prawdziwy Samiec wie, że trzeba na jakiś czas powstrzymać swe gastronomiczne żądze i poczekać 2-3 godziny, by całość potrawy nabrała mocy urzędowej dzięki czosnkowi. Niechaj czosnkowa nuta wije się pomiędzy fasolkami rozpuszczona w pomidorowym sosie, niech porąbana świnia da całości smak tłustego, świńskiego dupska uwielbianego przez Prawdziwych Samców i tak kochanego przez rolnika od wiadra pomyj.
Walcząc z sobą samym odstawiam garnek nie podjadając ani łyżeczki, wychodzę z kuchni.

Mijają dwie godziny.
Teraz nie pozostaje nic innego, jak puścić sobie krwawy film z dużą ilością potworów z kosmosu i jędrnych cycków niezbyt rozgarniętych bohaterek, zagrzać Fasolzillę i delektować się się prawdziwie męskim daniem!

*****
Późne godziny wieczorne. Zawartość garnca Fasolzilli zniknęła w moich czeluściach. Wzdęte brzuszysko pomrukuje złowieszczo. Uśmiecham się tajemniczo wiedząc, że jak syknę przez sen to się pod kołderką cellulit Najwspanialszej-Z-Żon wyprostuje.
Byle hukowy nie poszedł, bo mi się kobita obudzi, a wtedy będzie naprawdę… przesrane.

Share

Mocne 🙂

Tylko błagam nie zamieniaj się w blogera kulinarnego co to ma zdanie na każdy temat a przy okazji coś gotuje i fotografuje.. chociaż może byłoby to świeże podejście do tematu;)