Okumulacja #2

Kolejny identyczny dzień.
Kolejny identyczny poranek. Rozkleić oczy, zmyć oczy, nałożyć płyn, odczekać. Można w międzyczasie wstawić wodę na kawę i posłuchać TV. Zmyć jeszcze raz oczy, zakroplić ponownie sprawdzając w międzyczasie, czy prawe otworzyło się trochę mocniej, ewentualnie czy przestało się pogarszać widzenie.
Kawa. Przed telewizorem, w którym ledwie mogę odróżnić pizdę od gęby, więc w zasadzie bez różnicy, czy próbuję oglądać jakiś film, czy pornosa. Różnica jedynie w dialogach.
Po godzinie zacznę trochę lepiej widzieć, więc włączę komputer. Sprawdzę, czy świat się nie zawalił. Wpierdolę tosta, bo jedyne na co mi wystarcza pomysłów to tosty. Wcześniej były z keczupem, ale ten się skończył. Wpierdolę tosta i spróbuję chwilę poczytać. Oczywiście, że się kurwa nie da.
Więc nasram sobie znów maści do oczu i położę się z nadzieją, że jutro będzie lepiej.
Po godzinie znów będę na chodzie. Poudaję, że mam ochotę zrobić coś smacznego na obiad. Skończy się na gotowych rybnych kotletach. Jeśli wystarczy sił, dorzucę ziemniaki. Pewnie i tak tego nie zrobię bo jest jeszcze resztka chleba. Ten też się zaraz skończy. Jak keczup.
Po obiedzie maść. Już potrafię przy nakładaniu narysować sobie nią chuja na gałce ocznej. Jeszcze trochę i wyjdzie mi Mona Lisa.
Znów do wyra. Może zasnę.
Pewnie nie.
O 16 słońce zacznie napierdalać po oknach, więc trzeba będzie powiesić gruby koc. O 17 słońce wejdzie do mieszkania, więc trzeba będzie włączyć wentylator. O 18 będę się modlił, żeby już było ciemno. Wtedy można przynajmniej na moment gdzieś wyjść. Oczywiście poświęcając wcześniej godzinkę na wpieprzenie sobie maści do oczu, zmycie, odczekanie, zmycie, odczekanie.

Kolejny zasrany dzień. Nawet już mi się nie chce kłamać przed rodzicami, że jest fajnie i wypoczywam. Nie, nie wypoczywam, nawet nie wiem jaki jest dzień tygodnia.

Kolejny dzień z wielu identycznych. Tylko tym razem trzeba założyć ciemne szkła, żeby przy fajce w oknie nie zesrać się z bólu.

Kolejny pierdolony dzień świstaka.

Share